sobota, 15 marca 2014

Falenica 2013/2014 - podsumowanie

No i się skończyło rumakowanie po wydmie. To była moja pierwsza Falenica, ale na pewno nie ostatnia. Już teraz nie mogę się doczekać, aż w grudniu znów stanę na starcie i wraz z całą ferajną ponownie ruszymy po kolejne zdobyte metry, urwane sekundy i upragnione chwile nieopisanej satysfakcji.

© Nola Szule
 
Sześć falenickich startów było dla mnie jak "szóstka" niechcący trafiona w biegowym totolotku. W każdym z nich rytm moich kroków wyznaczała intuicja, a cyfry, które pojawiały się na świetlnej tablicy, za każdym razem gdy wbiegałem na linię mety, to była istna gra na "chybił-trafił". Nigdy nie mogłem być pewny, czy pobiegłem lepiej czy gorzej niż poprzednim razem. Tylko radość była łatwa do przewidzenia - za każdym razem równie duża, szczera i nieokiełznana...

© Nola Szule
 
Dzisiejsze zawody były dla mnie najtrudniejsze ze wszystkich - a to dlatego, że miałem wobec siebie i swojej formy duże oczekiwania, za to warunki i trasa do najłatwiejszych nie należały. Od początku chciałem się bić o życiówkę, w związku z czym ruszyłem zdecydowanie żwawiej niż zwykle i pod pierwsze wzniesienie gnałem nawet przez chwilę z najlepszymi jak z równymi. Pierwsze okrążenie zrobiłem więc naprawdę szybko, ale jeszcze szybciej przekonałem się, że to nie był ani mój dzień ani moje wymarzone okoliczności do walki o indywidualne rekordy.

© Nola Szule
 
Myślę, że w osiągnięciu zamierzonego rezultatu, czyli zejściu poniżej 42 minut przeszkodziły mi dwa elementy: jednego z nich dziś mi zabrakło, drugiego z kolei było w Falenicy aż nadto. Zacznę od tego, czego nie miałem, a mianowicie mocy - pomimo, że czułem się silny i podbiegi pokonywałem w tempie dotychczas nieosiągalnym, brakowało mi "nośności" na zbiegach i na płaskim. Byłem lekko ociężały i kompletnie utraciłem swoje największe argumenty z poprzednich edycji, kiedy to lecąc w dół mijałem dosłownie wszystkich, a po równym, w najgorszym wypadku, nie odstawałem od pozostałych uczestników. Za to dziś to inni mijali mnie.

© Nola Szule
 
Drugi element, który nie pozwolił mi rozwinąć skrzydeł to piach. Było go dziś na wydmie jakby więcej, a na dodatek wydawał się bardziej kopny i grząski niż zazwyczaj. Chyba tylko podczas pierwszej edycji warunki były porównywalne z dzisiejszymi. Mnie w każdym razie piaszczyste łachy dzisiaj zatrzymały i nie pozwoliły biec tak szybko, jak wymyśliłem to sobie przed startem.

© Nola Szule
 
Rezultat 43:03 sprawia, że szósty bieg w Falenicy był zarazem pierwszym, na którym nie poprawiłem swojego najlepszego czasu, ale nie mam o to do siebie pretensji - dałem bowiem dzisiaj z siebie sto procent i absolutnie nie było mnie stać na pobiegnięcie ani o jedną setną sekundy szybciej. Swoją drogą ciekaw jestem, jak wielu uczestników poprawiło swoje życiówki, ale stawiam, że jednak nie ja jeden musiałem dzisiaj przełknąć gorycz zawiedzionych oczekiwań. Na szczęście, przynajmniej w moim przypadku, gorycz ta szybko została osłodzona przez magiczne eliksiry Sport Guru - w tym miejscu musi się pojawić tradycyjne DZIĘKI za to, że chciało się Wam stać w deszczu, w śniegu i na mrozie i grzać biegaczom swoją najsmaczniejszą na świecie herbatę i niewiele jej ustępujący izotonik!

© Nola Szule
 
A zatem to już koniec. Aż do grudnia nie będzie ani napojów od Guru, ani gromkiego odliczania sekund do startu ani serdecznych uścisków ze współzawodnikami na mecie. Ale żeby jeszcze przez chwilę popławić się w cudownej atmosferze falenickiej wydmy, postanowiłem zrobić subiektywne podsumowanie mojego udziału w Zimowych Biegach Górskich 2013/2014  i związanych z nim wrażeń:
 
Trasa
 
Z uwagi na to, że podczas każdego startu na 10 kilometrów tradycyjną pętlę po wydmie pokonuje się trzykrotnie, łatwo policzyć, że w czasie trwania całego cyklu trzeba ją przebiec osiemnaście razy. Niby dużo, ale nie na tyle, żeby mogła się znudzić. Jest bowiem na tyle różnorodna i męcząca, że przy każdym kolejnym okrążeniu ma się wrażenie, jakby pokonywało się ją po raz pierwszy. Na jedną pętlę składa się 7 podbiegów i 7 zbiegów, czyli po 21 na edycję. A zatem w przekroju całego cyklu zalicza się 126 podbiegów i 126 zbiegów, dacie wiarę?
 
Atmosfera
 
Pomimo że na kilku biegach frekwencja zdecydowanie przekroczyła zdolności absorpcyjne ścieżki, na szczęście na wydmie obyło się bez ekscesów. A to dlatego, że Falenica wciąż jest kameralnym biegiem, który może i nie oferuje technologicznych fajerwerków, ale za to daje uczestnikom wyjątkowe poczucie wspólnoty i rodzinnego podejścia do biegania. Ja sam, gdybym miał wybierać pomiędzy wprowadzeniem elektronicznego pomiaru czasu i innych udogodnień, a zachowaniem niezwykłego charakteru Falenicy w obecnej formie, zdecydowanie postawiłbym na to drugie. No chyba, że udałoby się obie te rzeczy pogodzić...
 
Postęp
 
Co prawda ostatni bieg okazał się końcem mojej passy wciąż poprawianych rezultatów, ale w niczym nie zmienia to faktu, że bieganie w Falenicy, oprócz tego, że przyjemnością, było dla mnie doskonałym treningiem i przygotowaniem do sezonu w górach. Po zaliczeniu całego cyklu czuję się silniejszy, mocniejszy i bardziej świadomy swoich ograniczeń. Dlatego uważam, że sześć falenickich rund zdecydowanie wprowadziło moje bieganie na wyższy poziom, za co jestem szczególnie wdzięczy organizatorom. Bo gdyby nie oni, pewnie nigdy nie dowiedziałbym się, że taki kawał pięknych gór mamy tuż pod Warszawą!   
 
Znajome twarze
 
W Falenicy w zdecydowanej większości przewijają się wciąż te same twarze. Wiele z nich widziałem wielokrotnie i gdybym teraz spotkał je na ulicy, mógłbym mieć problem z powstrzymaniem się przed rzuceniem się ich posiadaczom na szyję i przywitaniem jak najlepszych przyjaciół. Mogłoby to być zabawne, bo przecież wciąż znamy się tylko z widzenia...
Natomiast dwie z nich stały mi się dzięki Falenicy szczególnie bliskie. Z Tomkiem vel Gibonem w większości przypadków startowaliśmy ramię w ramię i tylko traf decydował, kto danego dnia był szybszy. W efekcie raz pierwszy przybiegał on, a raz ja. To zdecydowanie najbardziej pozytywna biegowa rywalizacja, jakiej doświadczyłem w życiu. Dzięki Gibon!

© Nola Szule
 
Z Nolą natomiast nie rywalizowałem bezpośrednio, ale nieustająco patrzyłem na nią z podziwem i stale dopingowałem obserwując, jak dzielnie zmaga się z falenickimi pagórkami. Nola, szczery szacunek! No i dzięki za piękne zdjęcia!
 
Twarze z Internetu
 
Dzięki Falenicy bliższe stały mi się również cztery twarze, które - jak się okazało - mają swoje "przedłużenie" w Internecie. Oprócz tego, że biegają, to o bieganiu piszą i bieganiem zarażają. Za ich sprawą odkryłem, że bieganie w Internecie ma swoje drugie, nie mniej ciekawe oblicze:
Biegacz Krasus: http://www.biecdalej.pl/  
Biegacz Mikołaj: http://mikolajbiega.blogspot.com/ (powodzenia w Lizbonie!)
i, na koniec, mój absolutny faworyt:
Biegacz Norbullo: https://www.facebook.com/biegowo (powodzenia w walce z kontuzją!)
 
Soundtrack na trasę do Falenicy
 
Ten utwór za każdym razem na trasie do Falenicy leciał jako pierwszy, często z włączoną funkcją "repeat", jeszcze częściej niemalże rozsadzając wysłużone głośniki w mojej poczciwej hondzie. "Getaway" napędzał mnie tak, że mając go w pamięci, pierwsze okrążenie robiłem jak na dopingu!
 
 
 
Soundtrack na trasie z Falenicy
 
Gdy wracając z biegu puszczałem z kolei ten kawałek, wyobrażałem sobie, że nagle przenoszę się z Falenicy w rozgwieżdżoną beskidzką noc i gnam przed siebie po odkrytych połoninach nie zważając na to, że na niebie już dawno zagościł księżyc. A od 2 minuty odpływałem już totalnie...

 

Buty

Nie byłoby takiej frajdy i takich wyników w Falenicy, gdyby nie nieocenione wsparcie moich butów. Cały cykl przebiegałem w ukochanych - czy to aby nie wariactwo pisać tak o butach? - minimusach. Podczas sześciu edycji dzielnie prowadziły one moje stopy po piachu, błocie, korzeniach, śniegu i lodzie, i muszę powiedzieć, że spisały się fantastycznie. Czy to na podbiegach czy na zbiegach zawsze trzymały poziom, dzięki czemu ja mogłem trzymać pion.
 
Minimusy to obuwie całkowicie pozbawione amortyzacji, tak więc dystans 10 kilometrów teoretycznie mógłby spowodować jakieś kłopoty. Jednak w moim przypadku ani razu nie pojawił się ani ból w stawach, ani żaden inny rodzaj dyskomfortu. To pewnie w równej mierze zasługa butów, co tego, że falenicka trasa jest bardzo miękka, ale fakt jest faktem i żadnej kontuzji się w minimusach nie nabawiłem.
 
Każdemu, kto chciałby spróbować minimalistycznego doświadczenia, szczerze polecam ten model ponieważ jest on niezwykle przyjazny biegaczowi a zarazem bardzo wytrzymały. Ja biegam w moich już półtora roku (z półroczną przerwą na kontuzję), a buty po umyciu (co za często im się nie zdarza) wyglądają jak nowe.
 
Na jedno tylko trzeba przed okutaniem minimusów uważać, a mianowicie na wagę. Zdecydowanie odradzam je cięższym biegaczom - pomimo całego mojego uwielbienia dla tego modelu, mam świadomość, że przeciążenia jakich doświadczają w nich stopy i nogi są znacznie większe niż w bardziej obudowanych butach. Dlatego przed ich przywdzianiem warto się upewnić, że jest się bliżej dolnej granicy swojej optymalnej wagi niż górnej!
 
                  

Falenico, będę tęsknił i już teraz obiecuję, że nie raz odwiedzę Cię incognito. Do zobaczenia!

© Nola Szule

piątek, 14 marca 2014

"13" trzynastego

Nie biegałem od niedzieli. Co prawda poniedziałkowe i wtorkowe wolne było zamierzone - moje nogi potrzebowały chwili na regenerację po intensywnym weekendzie - ale już na środę planowałem normalny trening. Jednak skutecznie "wyleczyły" mnie z niego zabójcze zakwasy, jakie czułem po wtorkowym crossficie dosłownie w całym ciele. Najbardziej odczuwałem pachwiny, które - dochodzę do tego wniosku z każdym kolejnym przysiadem - są zdecydowanie moją piętą achillesową i mam w nich wyjątkowo ograniczony zakres ruchu. Ale równie mocno dawały o sobie znać zbolałe uda i nieprzyzwyczajona do wyciskania ciężarów obręcz barkowa. 
Jeszcze wczoraj było niewiele lepiej i rano wciąż myślałem, że czwartek będzie z biegowej perspektywy kolejnym straconym dniem. Na szczęście cały dzień odpoczynku i rowerowa rozgrzewka na trasie do i z pracy sprawiły, że wieczorem poczułem się znacznie lepiej, a nogi aż rwały się do wyfrunięcia z domu.

Wybiegłem spokojnie z jasno założonym planem: jeśli będę się czuł niewyraźnie, zrobię 10 kilometrów w spokojnym tempie, jeśli poczuję moc, zrobię po prostu 1 godzinę ciągłego biegu - pomyślałem, że przy najgorszym scenariuszu powinienem wtedy dobić do 12 kilometrów, a przy najlepszym - do 14. Koniec końców zdecydowałem się na opcję jednogodzinną, a odległość jaka wyszła, ostatecznie uplasowała się dokładnie w połowie skali przewidywań. Tym samym 13 marca przebiegłem 13 kilometrów, po drodze zaliczając 3 podbiegi i mijając chyba ze 130 biegaczy. Choć jeśli mam być szczery, szczęśliwą "13" osiągnąłem nie w godzinę, a w godzinę i trzy minuty. Dla nie biegacza to żadna różnica, dla biegacza - wiadomo... No i warto zaznaczyć, że zupełnie niechcący wyszedł mi trening fachowo opisywany jako "bieg z narastającą prędkością" - zacząłem bowiem od tempa powyżej 5 minut na pierwszym kilometrze, by - zachowując stałą i równomierną tendencję spadkową - na ostatnim zejść do 4:16. To lubię!

Jednak pomimo ogromnego entuzjazmu, jakim jestem naładowany, jednocześnie czuję w sobie pewnego rodzaju konflikt biegowych interesów. Z jednej strony zachwyciłem się crossfitem, a wszystkie treningi biegowe najchętniej spędzałbym na górce Kazurce albo w lesie, ale z drugiej, wiem, że przed maratonem powinienem postawić na zupełnie inny rodzaj ćwiczeń. Dlatego postaram się ze wszystkich sił zmobilizować i od przyszłego tygodnia robić zdecydowanie więcej treningów szybkościowych i wydolnościowych, a mniej tych stricte siłowych. Może też warto przez kilka nadchodzących tygodni powstawać godzinę wcześniej i zwiększyć objętość mojego biegania? Tym bardziej, że niewykluczone, że łódzki maraton będzie moim jedynym startem ulicznym na tym dystansie w tym roku. Taka odrobina dodatkowej samodyscypliny i poświęcenia na pewno się przyda. Jasne że mogę odpuścić i pobiec w łódce bazując na tym przygotowaniu, które udało mi się wypracować do tej pory, jednak wiem, że nagroda w postaci radości po osiągniętym celu jest zbyt cenna, żeby dopuszczać ryzyko utracenia jej na własne życzenie. Jeśli się nie uda, ale będę miał przekonanie, że zrobiłem wszystko, żeby się udało - nie będę miał do siebie pretensji, ale głupio by było zaprzepaścić tyle wysiłku po to, żeby na ostatnim wirażu miało zabraknąć mi sił... Tak więc nie ma co pajacować i trzeba ten ostatni miesiąc przepracować najrzetelniej, jak tylko się da!          

***

Do kin wchodzi właśnie film "Witaj w klubie". W zeszłym tygodniu miałem okazję oglądać jego pokaz przedpremierowy i byłem nim szczerze zachwycony. Fantastyczne kreacje aktorskie, skromna forma, bogata treść, rozebrany do rosołu Teksas lat 80', no i fantastyczny duet Mccounaughey + Leto - istny dowód na to, jak znakomicie potrafią się uzupełniać dwie skrajności. Do tego świetnie zdjęcia, przyjemna ścieżka dźwiękowa i absolutnie urzekająca tragikomiczność losów głównych bohaterów - wszystko to sprawia, że wizytę w klubie Dallas Buyers polecam wszystkim miłośnikom dobrego kina, nie tylko biegającym! 

środa, 12 marca 2014

Fit as F***

Dziś nareszcie dowiedziałem się, co oznacza dobrze mi znane z dzieciństwa, ale nigdy do końca nie rozpoznane, określenie "fafarafa". "Ale z niego fafarafa", "Nie bądź taki fafarafa" - w taki sposób mówiło się w dawnych czasach (a może mówi się dalej?) o kozaku, ważniaku. Wołano tak na przykład na szychę osiedlowego towarzystwa, tego, który najlepiej się bił, miał najlepsze gadane, albo potrafił zrobić najwięcej podciągnięć na poprzeczce bramki do piłki nożnej... 

Nigdy nie wiedziałem, skąd ów tajemniczy fafarafa się wziął. Aż do dzisiaj, kiedy przeżyłem najprawdziwsze olśnienie. Czytając relację biegającego brata z Ultramaratonu Karokonoskiego dowiedziałem się zupełnym przypadkiem, że fafarafa to nikt inny jak...crossfiter. A skąd taki pomysł? A stąd, że crossfiterzy sami o sobie mówią często "fit as fuck", w wolnym tłumaczeniu: kurewsko wyćwiczeni, w skrócie: FAF. A od faf do fafarafa już naprawdę niedaleko, prawda?

Ja, po czterech treningach, jestem ze swoim crossfitem pewnie gdzieś w połowie pierwszego "f" i do miana prawdziwego fafarafa jeszcze mi daleko, ale się staram. Wczoraj na przykład uczyłem się latać na drążku, robić kaczy kuper ze sztangą nad głową, a na koniec wypychać w górę dziesiątki razy piętnastokilogramowy ciężarowy talerz robiąc jednocześnie przysiady. A w przerwach zbiegać i wbiegać po schodach. Mówię wam, istne pozytywne szaleństwo!

© Filip Bojko

Po pierwszym miesiącu mojej znajomości z crossfitem mogę śmiało powiedzieć, że zakochałem się w tej formie ruchu na zabój. Po każdym treningu czuję się bowiem, jakbym na chwilę wrócił do tych niezwykłych lat życia, kiedy przez całe, spędzane w górach, wakacje mogłem na zmianę rąbać drewno na opał, wozić ze strumienia wielkie, ciężkie kamienie do utwardzania terenu, albo wkopywać w ziemię setki metrów ogrodzenia dla koni. Crossfit jest dla mnie jak łyk świeżego powietrza w gęstwinie miejskich obowiązków, jak chwilowy powrót do beztroskiej przeszłości, jak nagła przemiana z dorosłego mężczyzny w małego chłopca...

Ale ma też crossfit jedną podstawową wadę - nie mogę przez niego biegać. Może nie, że nie mogę zupełnie, ale na pewno nie tyle, ile bym chciał. A wynika to z tego, że każdy trening daje mi tak popalić, że muszę po nim dobrych kilka dni dochodzić do siebie. A żeby było śmieszniej, za każdym razem, kiedy zakwasy w danej partii mięśni ustąpią, okazuje się, że kolejne ćwiczenie uruchamia następną zastaną partię ciała i, gdy wydaje mi się, że gorzej być już nie może, okazuje się, że jednak może... 

Jedynym pocieszeniem pozostaje to, że podobno po około dwóch miesiącach ćwiczeń limit miejsc do zakwaszenia się wyczerpuje i godzenie crossfitu z bieganiem zaczyna być możliwe. Jednak w moim przypadku te dwa miesiące mijają akurat w dniu maratońskiej próby, także chyba będę zmuszony na jakiś czas porzucić marzenia o zostaniu crossfitowym fafarafa i na kilka tygodni skupić się tylko na bieganiu!     

wtorek, 11 marca 2014

4 biegi moich marzeń

Wiele się odbywa różnych biegów na całym świecie i są wśród nich zapewne piękniejsze, trudniejsze i ciekawsze niż te, które wybrałem, ale z jakichś powodów jeśli miałbym wskazać tu i teraz cztery, w których chciałbym wystartować najbardziej, lista moich marzeń wyglądałaby tak:

Chianti Maraton

Najmniej egzotyczny w zestawieniu. Z Warszawy do Sieny można na upartego dojechać samochodem w 16 godzin, a z południowej i zachodniej Polski nawet szybciej. Dlaczego więc go tu umieściłem? Ano dlatego, że dość dobrze znam okolice, którymi wiedzie jego trasa i jest to jeden z najbardziej urokliwych ze znanych mi zakątków Europy. Region Chianti to bowiem nie tylko smaczne wina, ale i przepiękne krajobrazy, z sięgającymi horyzontu plantacjami winorośli, obłędnymi gajami oliwnymi, dostojnymi cyprysami porastającymi pobocza białych, szutrowych dróg i piękne kamienne budowle często pamiętające jeszcze czasy Średniowiecza. Miałem kiedyś okazję zjeździć okolice Sieny na rowerze, ale myślę, że wzgórza Chianti są jednak najpiękniejsze, kiedy ogląda się je w biegu. Dlatego jeśli tylko będzie mi kiedyś dane być w październiku w tamtych okolicach, na pewno nie odpuszczę Ecomaratona del Chianti!

http://www.ecomaratonadelchianti.it/

©ouritaly.com


Canadian Death Race

Pierwszy z dwóch biegów z mojej listy odbywających się w Ameryce Północnej. Kanadyjski Wyścig Śmierci - jak sama nazwa wskazuje - do łatwych nie należy. Jego trasa prowadzi po najdzikszych zakątkach Gór Skalistych, a jego uczestnicy nie dość, że mają do pokonania 125 kilometrów jeśli chodzi o odległość, to muszą się jeszcze zmierzyć z ponad 5 kilometrami przewyższeń. Z naturalnych przeszkód organizatorzy gwarantują liczne przełęcze, strome zbocza, rwące, górskie rzeki, upał w dzień i chłód w nocy. A najwięksi szczęściarze, lub też pechowcy, w zależności od perspektywy, mogą mieć na Canadian Death Race okazję do spotkania oko w oko z wilkiem lub misiem. A to dodatkowo świetna okazja do poćwiczenia sprintów na pochyłym terenie. Canadian Death Race odbywa się w sierpniu w miejscowości Grande Cache w kanadyjskiej prowincji Alberta, a wpisowe kosztuje drobne 350 $ od osoby.

http://www.canadiandeathrace.com/

©trainharder.com


San Francisco Gore-Tex 50 Mile

Na kolejne zawody musimy udać się równe 1500 mil na południe, do najbardziej europejskiego z amerykańskich miast - San Francisco. Na szczęście biec będziemy tu trzydziestokrotnie krócej niż jechać, bo całkowity dystans do pokonania wynosi "tylko" 50 mil. Przy tym na pokonanie trudnej acz przepięknej trasy w sercu Kalifornii będziemy mieli raptem 14 godzin, więc naprawdę trzeba uważać, żeby cudowne widoki nie wciągnęły nas za bardzo, i nie spowodowały, że nie zmieścimy się w limicie. Okolice San Francisco to, wspólnie z miejscowością Cannon Beach w Oregonie, zdecydowanie najpiękniejsze miejsce, jakie miałem okazję zwiedzić podczas podróży po zachodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. A zatem gdybym tylko mógł, już teraz zapisałbym się na "mikołajkowy", bo odbywający się 6 grudnia, Gore-Tex 50 Mile.   

http://www.thenorthface.com/en_US/endurance-challenge/san-francisco-championship/?stop_mobi=yes 

©joshuadinen.blogspot.com


Maraton Naftowy

Marzenie o uczestnictwie w ostatnim z czterech biegów z mojej listy jest paradoksalnie najtrudniejsze do zrealizowania. A to dlatego, że te kameralne zawody odbyły się tylko jeden jedyny raz i...słuch po nich zaginął. Miałem to szczęście, że w maju 2012 roku dane było mi się stawić na starcie w Gorlicach w Beskidzie Niskim i wraz z niewiele ponad stu śmiałkami ruszyć przez pagórki i góry Beskidu Niskiego ku mecie w Wysowej. Jednak wielu z moich znajomych i przyjaciół, którzy chcieli wystartować w kolejnych edycjach Maratonu Naftowego, niestety musiało obejść się smakiem. 
Po - moim zdaniem - wielce udanym debiucie organizatorzy zawiesili bowiem imprezę i, tłumacząc się brakiem zainteresowania sponsorów, postawili na krótsze, w pełni miejskie biegi. Wielka to szkoda, bo wiodący przez tradycyjne beskidzkie wsie i mieściny maraton był według mnie prawdziwą perełką na mapie polskich biegów. Urzekła mnie jego kameralna atmosfera, bezpretensjonalność i - przede wszystkim - dzika przyroda i unikalna architektura mijanych miejsc. Dlatego mam nadzieję, że nawet jeśli nie w tym roku, to za rok lub dwa Maraton Naftowy odżyje i znów będziemy mogli ścigać się po malowniczych drogach i bezdrożach Małopolski.       


©weekendnaftowy.pl

poniedziałek, 10 marca 2014

Mt. Kazurka

Za mną piękna biegowa niedziela. Miałem co prawda spore wątpliwości, czy to aby dobry pomysł, żeby dzień po półmaratońskiej próbie znów wskakiwać na najwyższe biegowe obroty, ale koniec końców ambicja pokonała ostrożność i równo 21 godzin po ukończeniu testowych 21 kilometrów stałem u stóp ursynowskiej górki Kazurki z zamiarem zrobienia solidnego siłowego treningu.

Jak już kiedyś wspominałem, kazurkowe boje traktujemy z moim biegowym partnerem jako doskonałe przetarcie przed czerwcowym Biegiem Rzeźnika. Dlatego jak często tylko się da, umawiamy się na wspólną sesję po zboczach ursynowskiej Czomolungmy licząc na to, że wytrenujemy się na niej na tyle dobrze, że za niewiele ponad 3 miesiące to my pokonamy bieszczadzką trasę a nie ona nas.   

Bieganie po Kazurce wymaga: po pierwsze, bardzo dobrej kondycji, po drugie, dość mocnych nóg, a po trzecie - najważniejsze - psychiki na poziomie niemalże wysokogórskiego wspinacza. Kazurka bowiem to już nie przyjemne bieganie po płaskim, gdzie każdy krok jest najczystszą przyjemnością, Kazurka to mordercze podbiegi, trudne, techniczne zbiegi i - choć niepozorne - to skrajnie wykańczające muldy na szczycie. Bieganie po Kazurce to gwarancja braku tchu, tętna na poziomie nierzadko 200 uderzeń na minutę, bólu łydek i napęczniałych ud, które czujesz, jakby miały ci zaraz eksplodować.

Ale Kazurka to również pasja, ambicja i narkotyczna przyjemność. Każda pętla liczy dwa podbiegi, dwa zbiegi i jeden trawers przez grzbiet wzniesienia, który pokryty jest grzebieniem większych i mniejszych muld tworzących ekstremalny tor rowerowy. Przyjemna (jeśli można w ogóle mówić o jakiejkolwiek przyjemności) jest tylko pierwsza z nich, zaś każda kolejna to już po prostu najczystsza walka o przetrwanie. 

Zaskakujące jest to, jak bardzo zróżnicowane szlaki można odnaleźć na tak niewielkiej przestrzeni. Prowadzeni przez lidera naszego dwuosobowego zespołu możemy wspiąć się na Kazurkę albo prostym, stromym zboczem, albo łagodnym - choć sporo dłuższym - lejem, albo też prowadzącym zakosami wyżłobionym głęboko w ziemi torem rowerowym. Ze zbiegami jest podobnie - każdy kolejny różni się od poprzedniego, dzięki czemu naprawdę trudno się Kazurką znudzić. Nie mówiąc o tym, że przy takim poziomie wysiłku, mowa o jakimkolwiek znudzeniu jest dość abstrakcyjna.

W niedzielę - zapewne za sprawą skumulowanego wysiłku z poprzedniego dnia - już przy drugiej pętli zaczęły mnie palić uda, na dodatek czułem, że przeciążyłem kolano, do tego ciągnęła mnie pachwina i coraz ciężej było złapać mi oddech. Myślałem wtedy, że jeśli dotrwam do końca piątej serii, to będzie cud. Całe ciało i głowa jednym głosem mówiły: "STOP!". Wtem, pod koniec czwartego kółka poczułem, że wróciła mi moc, członki jakby się naoliwiły, a charczenie i stękanie znów stało się oddechem. Ciężkim bo ciężkim, ale jednak miarowym i pełnym. Postanowiłem wtedy wykorzystać wiatr w żaglach i dopłynąć na nim tak daleko, jak tylko się da. Ostatecznie dobiliśmy do szczęśliwych siedmiu pętli, a cały trening zakończyliśmy z biegającym przyjacielem (choć bardziej odpowiednie byłoby stwierdzenie: z jego plecami) długim zbiegiem ze szczytu na rozciągający się u podnóży górki Kazurki parking.

Jeszcze tylko obowiązkowe rozbieganie nabitych jak armaty nóg, rozciąganie zmęczonych ścięgien, łyk zimnego kefiru na ugaszenie pragnienia, dojrzały banan na uzupełnienie energii i już można było wracać do domu pod prysznic i na zasłużone, obfite śniadanie. I tylko odjeżdżając spojrzałem jeszcze raz na spowitą lekką mgiełką Kazurkę, która w porannym słońcu wyglądała niczym dumny szczyt z korony świata i pomyślałem, że to naprawdę duże szczęście móc pobiegać w tak wspaniałym otoczeniu i w jeszcze lepszym towarzystwie. Zdałem sobie wtedy sprawę, że może i nie jestem wielkim biegaczem, za to na pewno jestem wielkim szczęściarzem!        

niedziela, 9 marca 2014

Testowy półmaraton

Na 5 tygodni przed startem w Łodzi postanowiłem sprawdzić swoją przedmaratońską formę. Na sprawdzian wybrałem sobotni poranek i dystans 21,1 kilometra, czyli równe pół tego, co zamierzam pokonać za miesiąc z okładem.
 
Do sprawy podszedłem fachowo - obudziłem się o 7, czyli na półtorej godziny przed planowanym ruszeniem z bloków, następnie przygotowałem sobie kilka energetycznych placków owsianych z bananem, wypiłem słabą kawę, po czym na niecałą godzinę wróciłem jeszcze do łóżka "na ułożenie".
 
Wystartowałem równo o 8:30 z przekonaniem, że każdy rezultat poniżej 1 godziny i 35 minut będzie moim zwycięstwem. Miałem przy tym świadomość, że oznacza to, iż będę musiał zasuwać tak szybko, jak jeszcze nigdy w życiu. Oczywiście, zdarzało mi się biegać w większym tempie w zawodach na 5 czy 10 kilometrów, ale nigdy, przenigdy nie zdarzyło mi się - no może poza samymi finiszami - biegać tak szybko na dłuższych biegach. Możecie więc sobie wyobrazić, że w sobotni poranek czułem przed pierwszym krokiem lekką tremę...
 
Na szczęście z każdym pokonanych kilometrem i wraz ze wzrostem zmęczenia, poziom stresu w mojej głowie malał i prędko zamiast na walce z nim, skupiłem się na zmaganiu z dobrze znanym demonem długich dystansów, który ochoczo rozpoczął swoją dywersyjną działalność. "A może zrobić dzisiaj tylko dyszkę?", "A może odpuścić test dzisiaj i zrobić go za tydzień?", "Bolą nogi, nie dam rady" - to tylko niektóre z myśli, jakie przepychały się między sobą w mojej głowie. Ale na szczęście nie dałem im się rozkręcić za bardzo i, jak tylko czułem, że z psychiką jest gorzej, przyśpieszałem kroku, a zdradzieckie myśli momentalnie wyparowywały razem z potem.
 
Trasa mojego prywatnego półmaratonu wiodła bliżej niesprecyzowaną plątaniną ścieżek po warszawskich Łazienkach, a także  wzdłuż chodników i ulic dookoła nich. Początkowo i w samym parku i dookoła niego było zupełnie pusto, ale mniej więcej od godziny 9 alejki zaczęły wypełniać się młodymi rodzicami prowadzącymi przed sobą eleganckie dziecięce wózki, idącymi pod rękę starszymi parami oraz licznymi biegaczami. Nie wiem, czy którykolwiek z nich wyznaczył sobie tamtego dnia równie ambitne zadanie jak ja, ale tak mi to wyglądało, bo w ciągu kilkudziesięciu minut biegu, niektóre twarze minąłem kilka albo i kilkanaście razy.
 
Co dziwne, najtrudniejszym odcinkiem okazał się ten między 7 a 10 kilometrem. Najpierw spojrzawszy na pożyczony od mojej najdroższej biegaczki zegarek z tomtomem nie mogłem uwierzyć, że jestem dopiero w jednej trzeciej zaplanowanej trasy, za to później deprymowało mnie to, jak wolno płynęły zarówno kolejne minuty jak i metry.
 
Przełom nastąpił mniej więcej w połowie trasy, kiedy to przebrnąłem przez najcięższą walkę z samym sobą, a za plecami miałem już również pierwszy z dwóch planowanych długich podbiegów. Po pokonaniu wzniesienia prowadzącego wzdłuż ulicy Belwederskiej wybiegłem na długą prostą vis-a-vis Kancelarii Premiera, gdy nagle usłyszałem skierowany do mnie okrzyk: "Wyżej ręce. Naprawdę. Jestem trenerem!". Byłem cholernie zaskoczony, tym bardziej, że domniemany trener bardziej niż na lekkoatletę wyglądał mi na lekkoducha wracającego właśnie z ostro zakrapianej piątkowej imprezy. Choć w sumie, jedno nie wyklucza przecież drugiego, a na dodatek rozbrajający szczery uśmiech bijący z jego twarzy nie pozwolił mi myśleć, że ów sympatyczny jegomość mógłby mnie okłamywać. A zatem odkrzyknąłem mu donośne: "Dzięki Trenerze!" i pomknąłem dalej. Ręce trzymając oczywiście wyżej...

To niespodziewane i sympatyczne spotkanie z "trenerem" natchnęło mnie entuzjazmem, energią i mocą potrzebną do pokonania drugiej połówki dystansu. A na niej znowu to samo: alejki w Łazienkach, wąskie uliczki dookoła nich i nieliczne wiewiórki zerkające na mnie chytrym wzrokiem orzechożerców. Ale akurat one dobrze już mnie znają i wiedzą, że w kwestiach zaopatrzeniowych nie mają co na mnie liczyć - za bardzo jestem zabiegany...

Ostatecznie udało mi się przebiec testowy półmaraton w 1 godzinę 33 minut, co daje średnio 4 minuty i 25 sekund na kilometr. Byłem zachwycony! Taki wynik to zdecydowanie dobry prognostyk przed Łodzią i potwierdzenie, że moje marzenie o osiągnięciu czasu 3:15 jest całkiem realne. Jednak równocześnie mam świadomość, że nie mogę teraz spocząć na laurach, tylko dalej rzetelnie trenować przez kolejne 4 tygodnie. Dopiero piąty, ten przed samym startem, będzie luźniejszy.
Za to już za tydzień kluczowe długie wybieganie z Mistrzem Darkiem. Planujemy solidnie przepracować 2,5 godziny po malowniczych trasach i bezdrożach dookoła podlaskich Łap. Mistrzu, już nie mogę się doczekać!

piątek, 7 marca 2014

Canuck biegnie przez Meksyk

Temat dzisiejszego wpisu jest dość egzotyczny. Niedawno napisał do mnie bowiem list przyjaciel z Kanady - niezwykły człowiek, wspaniały biegacz i prawdziwy miłośnik przyrody - Jordan. Od kiedy go poznałem, przeszło 3 lata temu, zawsze miewał zwariowane pomysły. Potrafił przejechać na rowerze z Vancouver do Kalifornii i z powrotem z pięćdziesięcioma dolarami w kieszeni, wspinać się samotnie po otaczających Whistler wysokich szczytach, albo założyć tradycyjną farmę w jednym z najnowocześniejszych miast świata. Jednak jego najnowszy pomysł przyćmił wszystkie dotychczasowe. A mianowicie postanowił, że na odbywające się w miejscowości Ixtapa w Meksyku wesele brata, nie przyjedzie a...przybiegnie. Co prawda nie z samego Vancouver, ale z oddalonego o ponad 700 kilometrów od miejsca uroczystości Puerto Vallarta - dystans też nie w kij dmuchał, co? A na dowód, że to nie bujda, przedstawiam wam list, który nadesłał między innymi do mnie z końcówki swojej niezwykłej meksykańskiej tułaczki:

Witajcie drodzy przyjaciele,

Mam wrażenie jakby ostatnie 15 dni trwało całą wieczność i bardzo za wami wszystkimi tęsknię. Mój samolot wylądował w Puerto Vallarta, a ja wyruszyłem w drogę prosto z bram lotniska. Do tej pory udawało mi się pokonywać od 40 do 70 kilometrów dziennie z kilkoma dniami przerwy. Staram się trzymać wybrzeża, ale bez porządnej mapy często muszę się cofać i wspomagać kompasem, żeby nie pogubić się między cyplami i odnaleźć właściwy kierunek przez dżunglę.

Znalazłem wielkiego Boa Dusiciela, którego rozważałem zabrać ze sobą z powrotem do Kanady – myślę, że mógłby być miłym zwierzakiem, obawiam się tylko, że nie dogadałby się z kaczorem Steve’m. Zaznajomiłem się też ze skorpionem i nauczyłem aportować tarantulę.

Biegłem pośród oddalonych od cywilizacji wspólnot, żyjących dokładnie tak jak dawni Meksykanie. W niewielkich wioskach kobiety gotowały swoje dania na kamiennych piecach, takich jak ten na naszej farmie, a smażyły nad opalanymi drewnem paleniskami. Byłem tam witany nadzwyczaj serdecznie i często, kiedy byłem spragniony i zmęczony, proponowano mi kokosy i zimne piwo.

Czasami na noc rozciągam na jakiejś dzikiej plaży pomiędzy palmami mój hamak, rozpalam ognisko i przyrządzam sobie kolację z ryżu i fasoli. Jedynym moim towarzystwem są wtedy samotne kraby i wszystko to, co skrywa się w dżungli za moimi plecami…

Te miejsca są jak z pocztówki. Jednak samotność sprawia, że czasami stają się one tylko kolejnymi miejscami, w których trzeba wytrzymać w niewygodzie noc, po to tylko, by następnego ranka na nowo wyruszyć w drogę. Jednak zdarza się też, że kiedy uda mi się przebrnąć przez trudny kawałek buszu, i odnajdę się po drugiej jego stronie na jakiejś plantacji trzciny cukrowej, czuję się najszczęśliwszy na świecie!

W tej chwili jestem niesamowicie podekscytowany, bo zbliżam się do kresu wędrówki. W sumie pokonałem dotąd około 650 kilometrów, a jutrzejszy etap nie dość że krótki, to na dodatek wiodący wzdłuż gładkiej plaży, pośród palm kokosowych, bananowców i plantacji trzciny cukrowej. Już nie mogę się doczekać, aż zobaczę moją rodzinę.

Wczoraj byłem chory i nie dałem rady wstać z hamaka. Piłem więc wodę z kokosów, jadłem banany i spałem. Myślę, że to nie najgorsze, co mogłoby mi się przytrafić.

Najbardziej samotny czuję się, gdy przybywam do jakiegoś miasta i jestem zbyt zmęczony, żeby z kimkolwiek rozmawiać, a jedyne o czym marzę to przytulić się do kogoś. Za to najbardziej się denerwuję nawigując między urwiskami, cyplami, albo przedzierając się przez zarośla nie bardzo wiedząc, gdzie wyjdę. Najszczęśliwszy jestem natomiast, kiedy piję zimne piwo, a brzuch mam pełny dobrego jedzenia. Lubię również to uczucie, kiedy wyłaniam się prosto z dżungli w jakimś odległym gospodarstwie, a zdumiona rodzina wita mnie i nie może zrozumieć, „co to za biały facet i skąd on się tu zjawił?”

Najprzyjemniej jest mi z kolei, kiedy poruszam się owiewany porannym chłodem lub gdy mknę w deszczu po plaży. Ale i tak największą radością jest dla mnie to, że już wkrótce zobaczę moją rodzinę na weselu Tika w Ixtapa.

Nogi wytrzymują trudy wyprawy nadspodziewanie dobrze. Za to nie mogę powiedzieć tego samego o moich butach i skarpetkach. Staram się tak rozkładać plan dnia, żeby około południa zaliczyć siestę. Gorąco tu.

Po weselu wyruszam do Nowej Zelandii pobiegać jeszcze trochę i popracować na farmach.
Mam nadzieję, że macie się bardzo dobrze i dostajecie 8 uścisków każdego dnia.

Jordan.


Prawda, że ciekawy sposób na dotarcie na rodzinne święto? A to poglądowa ilustracja, jak mniej więcej mogła wyglądać wędrówka dzielnego kanadyjskiego farmera z Vancouver:


czwartek, 6 marca 2014

Z biegiem "Rzeki Życia"

Jest taki film "Rzeka Życia", oglądaliście? Ładne antidotum na współczesną, efektowną sieczkę.
Historia nie jest może porywająca, ale za to wiele w niej piękna i mądrości. Wyjątkowy nastrój wprowadzają zniewalające zdjęcia krajobrazów dzikiej, górzystej Montany z początku XX wieku, a niedzisiejsze, mocne i wyraziste relacje między bohaterami tylko dodają filmowi uroku. 

Gdybym miał sprowadzić moje wrażenia z seansu do sportu, oglądanie "Rzeki Życia" na pewno nie było dla mnie jak trening crossfitowy ani tym bardziej mecz tenisowy - za dużo w nich zwrotów, dynamiki i nieprzewidywalności. I choć - jak sama nazwa wskazuje - w scenariuszu sporo miejsca zajmuje woda, to mimo wszystko raczej nie szukałbym odniesienia także do pływania w basenie - tu z kolei zbyt wiele monotonii i surowych ograniczeń. Podczas gdy w "Rzece Życia" - wbrew woli ojca głównych bohaterów, pastora Macleana - ograniczenia są dla nich znakomitym pretekstem, by je pokonać i zaznać smaku wolności. 

Każdy z braci ma swój własny sposób na osobisty bunt i realizację najskrytszych marzeń. Młodszy Paul jest symbolicznym sprinterem, który chce osiągać spontanicznie rodzące się w jego głowie cele szybko, efektownie, nie bacząc przy tym na zagrożenia. Jest urodzonym kaskaderem, bon vivantem, ale niestety i straceńcem. Za to starszy Norman to urodzony długodystansowiec, lekko safandułowaty marzyciel o poetyckiej naturze, który, nawet jeśli sprzeciwia się konwenansom, robi to z wyrzutami sumienia. Jednak ta jego nieporadność i brak charyzmy blakną w zestawieniu z niezwykłą lojalnością i wrodzoną troską o tych, których kocha najbardziej. Nieprzypadkowo porównuję braci Maclean do biegaczy, bowiem - wracając do początku myśli - jeśli miałbym wybrać zajęcie, do którego mógłbym porównać wczorajszą podróż wgłąb telewizyjnego ekranu, byłaby to - a jakże mogłoby być inaczej? - długa przebieżka w spokojnym tempie po bezdrożach Montany, najlepiej wzdłuż dzikiego brzegu Blackfoot River...

Tak jak już wspominałem akcja "Rzeki Życia" raczej nie spowoduje w was ekstremalnych doznań, a jeśli już, to najprawdopodobniej będą to doznania estetyczne. Ja w każdym razie jestem absolutnie urzeczony rewelacyjnymi zdjęciami gór, rzek, lasów i rozległych dolin jednego z najdzikszych stanów USA. Jednak, mimo wszystko, to nie obrazy zapadły mi z tego filmu w pamięć najbardziej, a dwie kwestie wypowiedziane przez pastora Maclean'a - człowieka niezwykle zasadniczego i rygorystycznego, ale zarazem dobrego, potrafiącego dostrzegać piękno świata, a przede wszystkim zdolnego do prawdziwej, bezwarunkowej miłości.

Pierwsza z dwóch zwerbalizowanych przez niego myśli może się wydawać banalna, szczególnie komuś, kto nie ma i nigdy nie miał problemów ze zrównoważeniem sfer psychicznej i fizycznej. Ale - jeśli zagłębić się odrobinę bardziej - uważam, że słowa, które wypowiada do swojego starszego syna: "masz rację, zdrowe ciało napędza umysł" są przepełnione najwyższą mądrością dotyczącą ludzkiej egzystencji. Tak jak nasze ciało - choćby najpiękniejsze i najbardziej wytrenowane - zawsze będzie ułomne bez odpowiedniego wsparcia umysłu, tak i nasza psychika - nawet najbardziej wytworna i wykształcona - spychając fizyczność na margines, może na takim rozwiązaniu tylko stracić. Pastor nie mówi w filmie dużo, ale jak już mówi to - może poza scenami zbyt radykalnego jak dla mnie musztrowania chłopców - słuchając go, chciałbym wziąć jego mądrości wprost do swojego serca i nigdy ich już stamtąd nie wypuścić. 

Powyższy zachwyt szczególnie odnosi się jednak do kazania, które wygłasza przed swoimi wiernymi tuż przed swoją śmiercią, a którego przepiękny fragment brzmi tak:

"Każdy z nas spojrzy kiedyś na bliską osobę w potrzebie i zada to samo pytanie - chętnie pomogę, ale jak i czy w ogóle można? Bowiem rzadko możemy pomóc osobom nam najbliższym. Albo nie wiemy, jaką część siebie im dać, albo oni nie chcą brać tej części, którą dajemy, Tym sposobem, ci, z którymi żyjemy, i których powinniśmy znać, najbardziej się przed nami skrywają. Ale nadal możemy ich kochać. Możemy ich kochać skończenie, nie rozumiejąc do końca."           

środa, 5 marca 2014

Crossfit przy Stryjeńskich

Jeśli dwa poprzednie spotkania z crossfitową przygodą nazwałem niewinnym flirtem, to to co wczoraj wydarzyło się w sklepie biegowym przy Stryjeńskich, było wybuchem prawdziwego płomiennego romansu.

Czterech zapaleńców, cztery stacje, minuta czasu na każdej, w sumie trzy serie i 12 minut nieprawdopodobnego wysiłku. Na koniec 8 minut bez przerwy w pełnym przysiadzie (kto musiał - tak jak ja - robił przerwy). Efekt? Cztery roześmiane, choć noszące znamiona wykończenia twarze, rozpierane poczuciem mocy, zdrowo naprężone ciała, żyły i tętnice wypełnione rozbudzoną, natlenioną krwią, a głowy luźne i choć na moment uwolnione od stresu i poczucia wszelkiej powinności. Jednym słowem chwila wolności i najczystszego sportowego spełnienia...

© Filip Bojko    

Wczorajsze stacje to: 1. przysiady (pełne!) ze sztangą 2. wymachy obciążnikiem zwanym kettlem 3. zgiń, przepadnij: burpee 4. pompki na obręczach gimnastycznych.
Na każdą z nich mieliśmy minutę i wszyscy wyciskaliśmy z niej, ile tylko się dało. Potem minuta przerwy i kolejne ćwiczenie. I tak w kółko - 3 rundy po 4 ćwiczenia, czyli w sumie 12 stacji w ciągu 24 minut. Dwie pierwsze rundy jeszcze jakoś poszły, za to trzecia to już czysta walka głowy, która chce, z ciałem, które już nie może. Doprawdy niesamowite jest to uczucie, gdy robiąc kolejne burpee rzucasz się na ziemię i za nic nie możesz z niej wstać. Albo gdy robiąc pompkę schodzisz na rękach na dół, ale gdy już tam jesteś, dopada cię taki dygot mięśni, że jedyne co ci pozostaje, to po prostu bezwładnie zwalić się na podłogę. I od początku... Ja wczoraj kilka razy doszedłem do takiego poziomu (dosłownie!) bezradności, że musiałem ryknąć czy też jęknąć jak tenisistka Wiktoria Azarenka, żeby w ogóle dać sobie szansę na dokończenie ćwiczenia...

© Filip Bojko

To co w crossficie ujęło mnie do tej pory najbardziej to pozytywna rywalizacja. Oczywiście, że można go ćwiczyć samemu, ale jednak to towarzystwo i wspólne gonienie za jak najlepszym wynikiem sprawia, że sport ten jest tak efektywny i efektowny zarazem. Pokonując kolejne stacje jest się ze swoimi kompanami jednocześnie rywalami i partnerami z drużyny - każdy z nas mierzy się bowiem z takim samym skrajnym wyczerpaniem, tak samo mocno pragnie dotrzeć do końca zmagań, ale zarazem nie poddaje się, a najlepszą motywacją do przekraczania własnych granic jest właśnie to, że trudno ot tak zrezygnować, gdy tuż obok twój kumpel nadal wytrwale walczy...

Z wczorajszych stacji zdecydowanie największą trudność sprawiły mi zilustrowane na zdjęciach pompki na obręczach. Wystarczy wspomnieć, że podczas trzeciej, ostatniej serii udawało mi się w nich schodzić o raptem kilka, no może kilkanaście centymetrów ku podłodze. Natomiast przekroczenie niewidzialnej linii własnych możliwości powodowało, że nie byłem już w stanie dźwignąć się ani o milimetr i zwyczajnie padałem na glebę. Owszem, to była mordęga, ale jakże przyjemna, a nawet pokusiłbym się o określenie "życiodajna". Bo koniec końców co może nas przybliżyć do życia bardziej jeżeli nie zbliżenie się do limitów własnego ciała i umysłu?

Wtorkowy crossfit po raz kolejny wlał we mnie solidną dawkę entuzjazmu i wiary w możliwość przezwyciężania własnych niedoskonałości. I to nawet w tak banalnej sprawie jak zwykły przysiad. Gdy dwa tygodnie temu przyszedłem na Stryjeńskich na pierwszy trening, nie byłem w stanie w nim wytrzymać dłużej niż minutę. A już wczoraj udało mi się w nim wytrwać ponad trzy razy dłużej. Tylko, do jasnej cholery, dlaczego z taką miną?!

© Filip Bojko

wtorek, 4 marca 2014

Transgrancanaria 2014

No i dobiegły kanarki.
Wyobrażaliście sobie kiedyś bieg na 125 kilometrów? Brzmi nieosiągalnie, co?
No to wyobraźcie sobie taki właśnie bieg, dołóżcie do niego góry, palące słońce w dzień, chłód i ciemność nocy, a na koniec pomyślcie, że na pokonanie tej arcytrudnej trasy macie nie więcej niż trzydzieści godzin. Niemożliwe?
Też bym tak myślał, gdyby nie to, że wiem, że są tacy, którzy to zrobili. Na dodatek nie są to żadni nadludzie, a tacy sami jak my biegacze, których na strome zbocza Gran Canarii nie poniósł nie wiadomo jaki talent, tylko niebywała pasja i ogrom konsekwencji oraz ciężkiej pracy.

Wśród kilkuset uczestników tegorocznej Transgrancanarii wybitnie zaprezentowała się polska reprezentacja, że wymienię tylko 12-go na mecie Piotrka Hercoga i 30-go Krzyśka Dołęgowskiego. Ktoś mógłby powiedzieć, że miejsce w drugiej czy trzeciej dziesiątce to nie takie znowu wielkie osiągnięcie. Niewielu jednak zdaje sobie sprawę, że - w przeciwieństwie do większości swoich rywali - za takimi Piotrkiem czy Krzyśkiem nie stoi kolejka sponsorów, lekarzy, fizjoterapeutów ani marketingowców. Jasne, że zarówno jeden jak i drugi reprezentują na zawodach konkretnego producenta sprzętu sportowego, ale zapewniam was, że nie wiąże się to dla nich z komfortem skoncentrowania się tylko i wyłącznie na bieganiu. Wszystko muszą sobie załatwić i zorganizować sami, a wsparcie firm macierzystych jest, choć sympatyczne, to raczej symboliczne. W ich przypadku bowiem bieganie to wciąż pasja, a jeśli nawet powoli staje się jednocześnie sposobem na życie, to gwarantuję wam, że nie dzieje się to ot tak, tylko proces ten jest okupiony ciężkim wysiłkiem, setkami wyrzeczeń i nieuniknionym codziennym poświęceniem. Dlatego, pomimo całej mojej sympatii do Timothy'ego Olsona i spółki, to ludzie tacy jak Krzysiek czy Piotr są dla mnie prawdziwymi zwycięzcami zawodów takich jak Transgrancanaria.

Na oddzielny akapit zasługuje natomiast wynik w tych zawodach Magdy Ostrowskiej-Dołęgowskiej, która tym jednym startem udowodniła niedowiarkom, którzy nie doceniali jej zeszłorocznego zwycięstwa w Biegu Rzeźnika (w klasyfikacji kobiecej, wspólnie z Sabiną Giełzak), że przebojem wdarła się do ścisłej czołówki polskich biegaczek ultra. Magda jest nieprawdopodobna - nic sobie nie robi z męskiej dominacji na ultra trasach, tylko niepozornie i po cichutku mija na nich kolejnych poczerwieniałych, zapoconych i zrezygnowanych samców. Zupełnie tego nie rozumiem, ale dla wielu mężczyzn fakt bycia prześcigniętym przez Magdę (czy jakąkolwiek inną kobietę) to powód do wstydu. Dlatego pozwolę sobie w tym miejscu wykrzyczeć: Magda, jeśli kiedykolwiek spotkamy się na biegowej trasie i mnie wyprzedzisz, nie będzie to dla mnie żadna ujma. Co więcej będę trzymał za Ciebie kciuki i liczył, że zaraz po mnie wyprzedzisz jeszcze wielu kolejnych facetów!
Magda zajęła na Kanarach 56. miejsce w ogóle, a 7. w klasyfikacji kobiecej. Trudno w to uwierzyć, ale osiągnęła to dziewczyna, która jeszcze 10 lat temu nie biegała w ogóle, a obecnie do górskich startów przygotowuje się głównie na warszawskich i podwarszawskich wzniesieniach. Jasna sprawa, że do tego dochodzą obozy na większych wysokościach, ale jednak gro treningu realizuje zasuwając po miejskich chodnikach, a w najlepszym razie po leśnych ścieżkach. Nie stoi za nią przy tym żaden branżowy gigant pokroju Salomona czy The North Face, nie ma zagwarantowanej nieograniczonej opieki lekarskiej, zakontraktowanego dietetyka ani fizjoterapeuty dostępnego na każde zawołanie. Dlatego każdy przebiegnięty przez nią kilometr jest dla mnie o wiele cenniejszy niż ten sam kilometr przebiegnięty przez jej wielkie, utytułowane, ale przy tym hojnie dofinansowywane, rywalki. Wszystko to sprawia, że Magda jest w mojej opinii cichą bohaterką Transgrancanarii 2014 i polskiego biegania ultra w ogóle. 
Ale jednocześnie, przy całym moim zamiłowaniu do sportu w wydaniu amatorskim, wypełnionym pasją i chałupniczym podejściem, mam nadzieję, że osoby takie jak ona czym prędzej zaczną być doceniane tak jak na to zasługują i wspierane w sposób profesjonalny, na takim poziomie na jakim jest ich bieganie...

***

A przeglądając artykuły dotyczące Transgrancanarii znalazłem w sieci takie oto zdjęcie trzeciego na mecie, wspominanego już, Timothy'ego Olsona. Piękne.

                    
***

Z ciekawostek pozabiegowych, od 2 tygodni staram się pisać na klawiaturze "bezwzrokowo". W związku z tym czasem wychodzą mi zabawne konstrukcje, ale ogólnie idzie ku lepszemu. Najtrudniej było zacząć - tak samo jak i z bieganiem...

niedziela, 2 marca 2014

Adapter prorok i bieganie po Kabatach

Wczorajszy dzień zaczął się dla mnie trzęsieniem ziemi. I tak też się skończył. Tyle tylko, że trzęsienie poranne było tylko jednym małym Richterkiem w porównaniu do wieczornego. Za to pomiędzy nimi znalazło się tej dziwnej soboty miejsce na piękny kawałek biegania. Ale od początku...
 
Około 5 nad ranem zerwał mnie z łóżka rytmiczny huk uderzających o beton wojskowych kamaszy. Obudzona nagłym zamieszaniem pod kołdrą moja najdroższa biegaczka zapytała zaspanym głosem: "Co to za dźwięk?". Na co ja odpowiedziałem: "Nie wiem, ale mam nadzieję, że nie wojna...". Po czym poszedłem niepewnym krokiem w kierunku, z którego docierał tajemniczy, złowrogi dźwięk. Wierzcie albo nie, ale w tamtym momencie naprawdę przeszła przez moją głowę myśl, że między Ukrainą a Rosją wybuchła wojna, a nasi dowódcy postanowili w związku z nią zmobilizować i nasze wojsko. Oczami wyobraźni widziałem setki a może i tysiące żołnierzy idących równo rzędami po pięciu ostukując przy tym kruszejący asfalt mocnymi obcasami swoich ciężkich butów. Moje myśli na dłuższą chwilę zdominowało przerażenie. Łatwo więc można sobie wyobrazić ulgę, jaką poczułem, gdy zdałem sobie sprawę, że cykliczny dźwięk to nie echo żadnego wojskowego przemarszu, tylko... odgłos zapomnianej płyty winylowej, kręcącej się bezradnie na talerzu adaptera jeszcze od poprzedniego wieczoru. Traf chciał, że sprawcą tego militarnego złudzenia paradoksalnie okazał się jeden z najbardziej znanych pacyfistów - słynny kanadyjski krzewiciel wartości pokoju, Leonard Cohen. Ale nawet przez myśl mi wtedy nie przeszło, że już kilkanaście godzin później uczucie strachu wróci do mnie ze zwielokrotniona mocą.
Była godzina 20, kiedy odebrałem telefon od biegającej przyjaciółki: "Jest zgoda rosyjskiej rady federalnej na wejście wojsk na terytorium Ukrainy" - powiedziała. Najpierw mnie zmroziło, potem zamarzyłem o tym, żeby prędko okazało się, że to znów Leonard się wygłupia i ździera kolejną płytę, a dopiero na koniec zrozumiałem, że tym razem to już nie poranna fatamorgana, a okrutna rzeczywistość. Nic więcej w tym miejscu nie napiszę, nie jestem bowiem ani historykiem ani politologiem ani tym bardziej jasnowidzem. Jedyne co mi przychodzi do głowy to zwykłe: Rosjo, schowaj pazury, prosimy...
 
Za to jeśli chodzi o bieganie, sobota udała się znakomicie. W godzinę po niespodziewanej pobudce zgotowanej przez proroczy adapter wsiadłem w samochód i ruszyłem na spotkanie z przyjacielem od biegania i od życia. Dojechałem na miejsce chwilę po 7, po drodze słuchając w radio między innymi fantastycznego, wypełnionego kalifornijskim słońcem utworu z nowej płyty Becka.
 
W las wyruszyliśmy kwadrans po, a dla mnie miało to być wybieganie szczególne, bo nie dość, że stanowiło pierwszy z trzech założonych testów przed łódzkim maratonem, to na dodatek po raz pierwszy założyłem na nie buty, w których zamierzam pobiec w czerwcu "Rzeźnika"! Biegliśmy z dużym animuszem i bez żadnych oczekiwań - po prostu parliśmy przed siebie nie nastawiając się absolutnie na nic. Jedynym naszym ograniczeniem była godzina 9, o której to biegający przyjaciel musiał skończyć trening. Mieliśmy więc równo godzinę i czterdzieści pięć minut na danie z siebie tego dnia wszystkiego. Wystarczyło. 
Równo 1h36minut z naszego limitu poświęciliśmy na zaliczenie dystansu półmaratonu po leśnych kabackich alejach, a kolejne 9 zajęło nam luźne rozbieganie nabitych intensywnym wysiłkiem mięśni. Na koniec zaordynowałem jeszcze dla każdego z nas po nieudanym owsianym ciasteczku. Nieudanym dlatego, że przy pieczeniu dodałem do ciasteczkowej masy melasy zamiast cukru, a efekt jest taki, że ciasteczka przypominają w smaku znienawidzone przez dzieci czarne żelki. 
Po tej wątpliwej, choć bardzo wartościowej pod względem odżywczym, przyjemności mogliśmy się rozejść w swoich kierunkach z poczuciem dobrze wykonanego zadania. A zatem podsumowując trening - w przeciwieństwie do ciasteczek - udał się on wybornie, a na dodatek świetnie się na nim spisały moje nowe buty terenowe w salamandrzych barwach. Wystarczy napisać, że, mimo że nierozbiegane i jeszcze sklepem pachnące, poniosły mnie po najlepszy w życiu czas na 21 kilometrów nie sprawiając mi przy tym ani krzty poczucia dyskomfortu i nie powodując ani jednego odcisku na nieprzyzwyczajonych do imponującego bieżnika stopach. A zatem już się nie mogę doczekać pierwszej górki, na którą przyjdzie mi się w nich wspiąć!   

piątek, 28 lutego 2014

Mr. Burpee

W tym tygodniu trochę mniej było biegania, a więcej kuśtykania. I to nie za sprawą żadnej kontuzji a za sprawą spotkania z Panem Burpee. Choć tak naprawdę, to chyba Panią, bo burpee to crossfitowe (i nie tylko) ćwiczenie, a crossfitowe ćwiczenia podobno często biorą się od imion sympatycznych pań, które je wymyśliły (na przykład niejaka Helen - spróbujcie się z nią zaprzyjaźnić). Ale mniejsza z tym, czy to pan czy pani, w każdym razie nasze wtorkowe spotkanie trwało - uwaga! - 7 minut, ale i tak wystarczyło, żebym do dziś ledwie chodził. 
Burpee poznałem już w zeszłym tygodniu, jednak wtedy było zupełnie przelotnie. Za to tym razem poszliśmy na całość - to było 420 nieprzerwanych sekund pasji, dzikiego wysiłku i skrajnego wycieńczenia ciała. Ćwiczenie to polega na dynamicznym przejściu z pozycji stojącej do padu, tak żeby pas i pierś dotknęły w jednym momencie podłoża, a następnie szybkim powrocie do pozycji wyjściowej. Na koniec dochodzi jeszcze podskok w miejscu z klaśnięciem dłoni za głową. Myślę, że dla wielu z nas sprawne wykonanie już pojedynczego takiego zadania jest wyzwaniem samym w sobie, wyobraźcie więc sobie, że w ciągu siedmiu długich minut musicie powtórzyć je kilkadziesiąt razy. A najlepsi podobno dochodzą nawet do stu kilkudziesięciu powtórzeń! Mój licznik zatrzymał się na niezbyt efektownej liczbie 74, ale nie ilość była w tamtym momencie dla mnie najważniejsza. Najistotniejsze było to, że dałem z siebie wszystko i naprawdę nie miało dla mnie znaczenia, czy na liczniku miałem z przodu siódemkę, ósemkę czy jakąkolwiek inną cyfrę. Burpee dało w kość moim nogom, jeszcze bardziej rękom, ale najbardziej cierpiałem z powodu... niesamowitego bólu gardła. Przez dwie ostatnie minuty tej masochistycznej przygody, każdy wdech powodował we mnie odczucie, jakby ktoś przesuwał mi po przełyku i gardle grubym papierem ściernym. Później dowiedziałem się, że ma na to wpływ nagła zmiana krążenia, które przy tak intensywnym wysiłku jest zupełnie inne niż przy stosunkowo spokojnym bieganiu. A żeby było ciekawiej, jak tylko wybiła 7 minuta i przestaliśmy się rzucać na podłogę jak szaleńcy, ból nagle zniknął. Łyk wody z dystrybutora wystarczył, żeby cały diabelny dyskomfort w okamgnieniu odszedł w niepamięć. 
Pod koniec spotkania z burpee moje ciało było zmęczone - to prawda - za to na duchu zrobiło się nieprzyzwoicie lekko. Czułem niesamowite zadowolenie z siebie i z wykonanej misji, i to pomimo tego, że - jak wspominałem - mój wynik nie był wcale nadzwyczajny. To naprawdę niesamowite, jak siedem ciężko przepracowanych minut może podnieść ludzkie morale. Niby nie wydarzyło się nic szczególnego, ale fakt jest faktem, że jedno proste ćwiczenie sprawiło, że wtorkowy wieczór stał się dla mnie nagle dużo piękniejszy... Ale w życiu nie ma nic za darmo: środa jeszcze nic nie zapowiadała, za to w czwartek zacząłem czuć się jak człowiek z kamienia. Burpee weszło mi we wszystkie części ciała - od ud po barki. No i tak łażę od wczoraj sztywny, jakbym pod ubraniem był z góry do dołu oblany gipsem. Ale już jutro długie wybieganie, także wygonię z siebie te crossfitowe pozostałości, jak nie po dobroci to siłą!    

poniedziałek, 24 lutego 2014

Sezon na Rzeźnika


W sobotni poranek po raz kolejny wybrałem się na przebieżkę wzdłuż prawego brzegu Wisły. Zgodnie z obietnicą daną na tym blogu o godzinie 9 przystanąłem na parę minut na plaży przy Moście Łazienkowskim czekając na potencjalnych towarzyszy biegowej wycieczki po moim ukochanym lesie łęgowym. Ale, że nikt się nie zjawił, mój pomysł na spotkania biegowe Along the Łęg po raz drugi można było uznać za organizatorski niewypał, a mi pozostało jedynie ruszyć przed siebie i skoncentrować się na sprawnym pokonaniu nadwiślańskiej ścieżki w pojedynkę. Ruszyłem mocno, najpierw wyprzedziłem młodą dziewczynę ze słuchawkami w uszach i turystycznym plecakiem na ramionach, potem starszą panią z małym pieskiem, aż w końcu minąłem pierwszego z napotkanych tamtego dnia biegaczy. Po drodze ku Mostowi Grota-Roweckiego było ich jeszcze kilku, w tym dwie dziewczyny. Wszyscy biegli sprawnym, lekkim krokiem, ale ja byłem tego dnia jeszcze szybszy od nich. Nie wiem, czy to zadziałała tak na mnie wewnętrzna złość na to, że nikt w końcu nie zdecydował się do mnie dołączyć, czy był tego jakiś inny powód, ale fakt jest faktem i gnałem ku horyzontowi prędko niczym najszybszy z Indian Tarahumara, delikatnie tylko muskając ziemię stopami odzianymi w ulubione minimalistyczne buty. Trasa do końca ścieżki upłynęła momentalnie - nawet nie dostrzegłem, kiedy udało mi się minąć kolejno pięć mostów, w tym jeden kolejowy. Zdecydowanie trudniej było za to w drodze powrotnej - 10 kilometrów w tempie zdrowo poniżej 5 minut każdy zrobiło swoje, a dodatkowo w całym ciele czułem pozostałości wtorkowej przygody z crossfitem. Bolały ramiona, ciągnęły pachwiny, a i kolano jakoś tak nieprzyjemnie promieniowało. Za to, na szczęście, przy wszystkich tych deficytach, nie zabrakło mi tego, co w bieganiu najważniejsze - ambicji. Całą drogę powrotną męczyłem się więc z własnym ciałem, na każdym kroku krzyczącym o chwilę przerwy, ale głowa pozostawała świeża i nie dawała się wciągnąć w tę podstępną grę. Za każdym razem, gdy już wydawało mi się, że powinienem odpuścić i spokojnie wrócić do domu spacerem, w głowie pojawiało się pytanie: czy naprawdę coś mi dolega? A że za każdym razem odpowiedź była mniej lub bardziej przecząca, dając nauczkę samemu sobie, wciąż przyśpieszałem kroku. Aż w końcu jedno wydarzenie wyrwało mnie z tych wewnętrznych przepychanek i pozwoliło po prostu skoncentrować się na dobiegnięciu do celu. To było na wysokości portu praskiego - nagle zza jednego z wielu zakrętów wężowatej ścieżki wyłoniły się dwie postacie. Wyglądały bardzo profesjonalnie ale i znajomo. Ale dopiero kiedy znalazły się na mojej wysokości rozpoznałem w nadbiegających z przeciwka atletów Oskara Zimnego i Michała Jochymka - zwycięzców zeszłorocznej edycji Biegu Rzeźnika! Przywitałem ich radosnym okrzykiem "Cześć Rzeźnicy!", po czym życzyłem im powodzenia i ruszyłem dalej ze zdwojoną mocą. Spotkanie z nimi tchnęło we mnie nowe siły i sprawiło, że wszystkie dotychczasowe niedogodności właściwie przestały istnieć. Po raz kolejny okazało się więc, że w bieganiu większość zależy od głowy - czy to na finale maratońskiego wyścigu czy na zwykłym sobotnim wybieganiu. A gdy wróciłem do domu pomyślałem, że niespodziewana mijanka na nadwiślańskim szlaku z Oskarem i Michałem to znak, że sezon na rzeźnika został ostatecznie rozpoczęty!


               



czwartek, 20 lutego 2014

Niezłomny

Przeczytałem wczoraj na portalu bieganie.pl notkę o tym, że w sieci pojawił się właśnie zwiastun filmu "Unbroken", będącego ekranizacją słynnej książki Laury Hillenbrand (u nas ukazała się pod tytułem "Niezłomny"). Światowa premiera planowana jest na grudzień, zaś w Polsce możemy się jej spodziewać w styczniu przyszłego roku. Ciekawostką jest, że za reżyserię odpowiada Angelina Jolie, a do napisania scenariusza zaangażowano między innymi braci Joela i Ethana Cohen'ów. Jestem bardzo ciekawy, co z tego wyjdzie, bo z jednej strony książka ta jest fantastycznym materiałem na triumfalne przeniesienie jej na duży ekran, ale z drugiej, nie potrafię sobie wyobrazić, jakim sposobem twórcy zdołają pomieścić mnogość wątków z życia jej głównego bohatera w standardowych dwóch godzinach kinowego obrazu tak, by nie prześlizgnąć się jedynie po jego losach. Mimo to wierzę, że dzielna Angelina wspierana przez słynnych braci podołają wyzwaniu i oddadzą w swoim dziele niezwykłą historię Louisa Zamperini najwierniej, jak to tylko możliwe. I mam nadzieję, że ich film zrobi na mnie przynajmniej w części tak duże wrażenie jak książka, która podczas dwóch tygodni lektury pochłonęła mnie bez reszty i nie pozwoliła myśleć o niczym innym niż o dziejach zawadiackiego potomka włoskich emigrantów a zarazem słynnego biegacza, który w czasie działań wojennych II Wojny Światowej został celowniczym amerykańskich sił powietrznych.
Nie chcę zdradzać zbyt dużo z treści "Niezłomnego", na wypadek, gdyby ktoś z was chciał nadrobić czytelnicze zaległości przed obejrzeniem filmu, i skusił się na kilkaset stron niezapomnianej podróży w czasie i przestrzeni, ale myślę, że - na zachętę - mogę przytoczyć kilka podstawowych informacji. Przede wszystkim, trzeba zaznaczyć, że historia Louiego jest prawdziwa (choć czasem naprawdę trudno w to uwierzyć). Ten skromny chłopak z Torrance i jego życie spokojnie mogłyby posłużyć jako scenariusz nie jednego, ale kilku dobrych filmów. Już sama jego kariera lekkoatlety to naprawdę kawał ciekawej sportowej biografii. Myślę, że niejeden biegacz będzie czytał i oglądał z dużym entuzjazmem niezwykłą drogę Zamperiniego od szczeniackich ucieczek przed policją po rodzinnym mieście, aż do udziału w mistrzostwach USA i Igrzyskach Olimpijskich w Berlinie. W ogóle - co ciekawe - bieganie jest osią całej opowieści, bo w kilku miejscach tylko ono pozwala trwać jej dalej. Myślę, że śmiało można pokusić się o stwierdzenie, że gdyby Louie nie był biegaczem, z dużym prawdopodobieństwem nie zdołałby przeżyć wojny, nie mówiąc nawet o późniejszym spisaniu swoich doświadczeń. Oczywiście nie można odmówić mu nieprawdopodobnie silnej psychiki i nadludzkiej woli przetrwania, jednak w najbardziej krytycznych momentach to właśnie bieganie zawsze odwracało mu dobrą kartę w powracającej rozgrywce ze zgubą. No może poza sytuacją na oceanie, w której nikt ani nic poza nim samym, nie było w stanie go uratować. Ale historia Louie Zamperiniego to oprócz pasjonującej opowieści o sportowcu, również świadectwo niezwykłych przyjaźni, okrucieństw i nieludzkości wojny, kosztownych zwycięstw i jeszcze kosztowniejszych porażek. "Niezłomny" to również historia niezawinionego upadku człowieka oraz cudownego odzyskania przez niego wiary w siebie i w świat. A jednocześnie to kawał dobrej, wciągającej lektury pozwalającej spojrzeć z dystansu na doskwierające nam problemy. Bo gdy uświadomimy sobie, że większości z nas nigdy nie przyjdzie zmierzyć się nawet z ułamkiem zła i potworności, którym musiał stawić czoła sam jeden Louie Zamperini, od razu lżej się robi na duszy i łatwiej dostrzec pozytywną stronę mocy... Dlatego szczerze polecam "Niezłomnego" każdemu!      

środa, 19 lutego 2014

Crossflirt

Wczorajszy dzień przyniósł mi ze sobą początek zupełnie niespodziewanego flirtu. Flirtu z crossfitem. Zaczęło się niewinnie - od sobotniej imprezy i wypowiedzianego w jej trakcie niezobowiązującego zaproszenia od biegającego brata na wtorkowe zajęcia dla początkujących. Wtorek przyszedł szybko, zapakowaliśmy się więc z moją najdroższą biegaczką w samochód i ruszyliśmy na południe miasta. Jak przystało na crossfit, pierwsze kroki przyszło nam w nim postawić w dość niekonwencjonalnym miejscu - w tym przypadku w gościnnych progach...sklepu biegowego. Właściciele-pasjonaci ustawiając w nim pomiędzy półkami z butami, stojakami na ubrania, a sklepową ladą podstawowe przyrządy do ćwiczeń, przekształcili go w miniaturową salę do ćwiczeń. W skromnym wnętrzu najbardziej wyróżniał się solidny, podwójny drążek do podciągania zawieszony nad samymi drzwiami wejściowymi, ale wrażenie robiły też zbite z płyty pilśniowej podesty do wskoków i budząca respekt sztanga z wielkimi (choć niespodziewanie lekkimi) ciężarami. Były też hantle do wymachów, rura pvc do przysiadów i różne gumy do ćwiczenia stabilności mięśni. No i wreszcie, były też nasze ciała - najważniejszy bodaj element crossfitowego treningu. 
Sport ten albowiem, w znacznie większym stopniu niż same przyrządy, wykorzystuje potencjał naszej fizjonomii. Atrybuty pomagają, ale to jednak my - nasze nogi, ręce, plecy, brzuchy i głowy - jesteśmy kołami zamachowymi wszystkich ćwiczeń. Crossfit nie polega wszakże na bezmyślnym dźwiganiu ciężarów, ale na wprowadzeniu się w dynamiczny trans różnorodnych zadań wykonywanych seriami aż do utraty tchu. Co ciekawe, pomimo niezwykłej intensywności, bardzo trudno się w nim przeforsować - dzieje się tak ponieważ w momencie, w którym dochodzisz do granicy swojej wytrzymałości, twoje ciało po prostu się zatrzymuje i nie pozwala ci na ani jeden ruch więcej. Trudno więc o przeciążenie, szczególnie biorąc pod uwagę, że pierwsze treningi raczej nie przekraczają - uwaga - 20 minut. I to z przerwami pomiędzy kolejnymi sesjami! Cały sekret polega tu na tym, żeby tych 20 minut nie przebimbać, ale dać z siebie w ich trakcie absolutnie wszystko. Choć muszę w tym miejscu przyznać, że akurat ja wczoraj odrobinę się oszczędzałem (co jest absolutnie niezgodne z generalną zasadą tego sportu). Jednak na swoje usprawiedliwienie mam to, że po nie wiem już ilu kontuzjach kolan, coraz bardziej na nie uważam. Dlatego, gdy dostałem za zadanie przez minutę non stop wskakiwać i zeskakiwać z kilkudziesięciocentymetrowego podestu, te same nogi, które jeszcze przed chwilą bez zawahania dziarsko znosiły dynamiczne burpee, teraz lekko się pode mną ugięły. Podszedłem więc do tego ćwiczenia z dużą ostrożnością i ostatecznie zrobiłem tylko kilkanaście powtórzeń w serii. Za to dużo lepiej poszło mi z pozostałymi atrakcjami wieczoru - przysiadami ze sztangą (choć na pierwszej lekcji zamiast sztangi dostaliśmy w dłonie leciutką rurę pvc), wymachami przed siebie żeliwnym hantlem i wspomnianymi już burpee. Te ostatnie były niesamowite - łączyły w sobie pad, skłon, pompkę, przysiad i podskok - najdoskonalsze ćwiczenie ogólnorozwojowe, jakie w życiu widziałem! Na pierwszym treningu odpuściliśmy za to ewolucje na drążku i zabawy z gumami - na nie przyjdzie jeszcze stosowny czas. Ale nie żałowaliśmy - dwie serie, z których każda zawierała zestaw czterech różnych ćwiczeń, i tak dały nam wystarczająco popalić. Ja wciąż nie mogę przy tym uwierzyć, że efektywny czas wysiłku wyniósł wczoraj raptem 8 minut, i że to wystarczyło, żeby każde z nas dosłownie zlało się potem. Na koniec warto wspomnieć o tym, że jedną z podstawowych zasad crossfitu jest to, żeby zawsze wesprzeć słabszego, szczególnie wtedy, gdy ty już skończysz, a on wciąż zmaga się z ostatnią serią swojego zadania. Oj, gdyby tak samo było w bieganiu i zwycięzca oklaskiwałby wbiegających na metę rywali, byłoby cudnie... 
Reasumując, nie wiem, dokąd doprowadzi mnie flirt z crossfitem i czy przekształci się w coś poważniejszego, ale wiem, że zauroczyłem się nie na żarty i już teraz myślę o kolejnym treningu. I wam też radzę o nim pomyśleć - najlepiej w rodzinnej atmosferze crossfitowni w sklepie biegowym przy Stryjeńskich!