wtorek, 28 października 2014

Ultrałemkowyna 2014 - relacja

Nie jestem dumny z tego, że dotarłem do mety. Nie jestem dumny z tego, że pokonałem 146 kilometrów. Jestem za to dumny z tego, że się nie poddałem. Że nie zszedłem z trasy, choć powodów by odpuścić było na każdym kroku aż nadto.

Jednak zacznę od tego, że nie przebiegłem tego biegu, ja go wymęczyłem, wydarłem razem z błotem z wnętrza beskidzkiej ziemi. Dość powiedzieć, że od punktu odżywczego na 102. kilometrze trasy w Iwoniczu-Zdroju biegania nie było już wcale. Pozostał tylko marsz. Blisko 50 kilometrów monotonnej wędrówki bez szczególnej nadziei, bez ambicji i bez oczekiwań...

Ultrałemkowyna mnie obnażyła. Jednak nie w negatywnym sensie, raczej tak pieszczotliwie, zadziornie. Pośrodku beskidzkiej głuszy poczułem się jak szkolny urwis, który robił sobie zgrywy z niepozornego wuefisty, a ten, doprowadzony do ostateczności, zdjął mi portki na oczach całej klasy. Wuefistą była Łemkowyna, urwisem - ja, a klasą - bezkresny beskidzki las.

Nie doceniłem tego biegu, może wręcz zlekceważyłem. Dystans, przewyższenia, limity czasu na trasie, wszystko to potraktowałem jak cyferki bez znaczenia. Nie zadałem sobie przed startem trudu, żeby chociaż spróbować sobie wyobrazić, co może oznaczać 146 kilometrów, czym może być ponad 10 tysięcy metrów przewyższeń, czy doba z okładem spędzona na jednych i tych samych nogach.

Z 31 godzin na czerwonym szlaku, dobre 20 pokonałem w całkowitej ciemności. Jesienna noc jest długa, noc w lesie - jeszcze dłuższa, a druga jesienna noc w lesie, w drodze i w przemoczonych butach jest najdłuższą w twoim życiu. Najdłuższe jest też kilkanaście kilometrów dzielące ostatni punkt od mety. Tylko krok jest z każdym metrem coraz krótszy...

Jeszcze przed startem, kiedy oczekiwaliśmy północy siedząc (albo leżąc) w korytarzu krynickiej Hali Lodowej, kwestię kroków pięknie podsumował jeden z biegaczy. Kolega odpytywał go zza miniaturowej kamerki o odczucia przed biegiem, a on odpowiedział mniej więcej tak: "O ile dystans 150 kilometrów mnie nie przeraża, to kiedy pomyślę sobie, że na każdy metr składają się dwa kroki, a w każdym kilometrze jest tysiąc metrów, to ze 150 kilometrów nagle robi nam się 300 tysięcy kroków. To już robi wrażenie, co?!".

Na mnie największe wrażenie zrobił niedźwiedź, na którego natknąłem się jakieś 7 kilometrów przed metą. Drobiąc kroki podchodziłem po łamiącej się pod stopami, oszronionej trawie pod ostatnie wzniesienie na trasie, gdy nagle ujrzałem przed sobą pasącego się miśka. Był tłusty i ciemny, ale nie złowrogi. Gdy się do niego zbliżyłem i zmierzyłem go snopkiem światła z mojej czołówki, nie drgnął ani o centymetr. Pewnie dlatego, że tak naprawdę nie był niedźwiedziem, tylko gniadym koniem o masywnym zadzie i dość krótkim grzbiecie. Kiedy zdałem sobie sprawę z tego, że spędziłem dobrą minutę na gapieniu się w przerażeniu na konia, pomyślałem sobie, że oto Ultrałemkowyna po raz kolejny pięknie sobie ze mnie zadrwiła.

Jednak udawanie niedźwiedzia to niejedyny numer jaki wygłodniały gniadosz z kolegami zrobili mi i pozostałym ultrasom. Otóż okazało się, że mrożona trawa to nie to co beskidzkie rumaki lubią najbardziej. Beskidzkie rumaki najbardziej lubią żółte chorągiewki wyznaczające trasę. Ale o tym dowiedziałem się już na mecie, kiedy jeden z uczestników narzekał, że fragment łąki był słabo oznakowany. Na to ktoś inny odpowiedział, że widział, jak znaczniki jeden po drugim zjadały konie. Co więcej, w świetle czołówki ich oczy świeciły na niebiesko, dokładnie tak samo jak fluorescencyjne naklejki na chorągiewkach. Można sobie wyobrazić konsternację, kiedy kierujesz się na niebieski punkt, ale zamiast na chorągiewkę natykasz się na końskie ślepia...

Chciałbym napisać, że Ultrałemkowyna była pięknym biegiem. Ale nie, nie była. Przynajmniej nie dla mnie. Ultrałemkowyna to wycisk, gwałt na organizmie, test charakteru, istne biegowe skaranie. Nie było w niej piękna, przyjemności, uśmiechu - było za to zaciskanie zębów, odparzone dupsko, stopy Shreka i ratowanie się folią nrc, gdy lodowaty, wilgotny wiatr w dwie minuty wychłodził mi organizm do tego stopnia, że mój wewnętrzny silnik musiał wybierać: utrzymać ciepłotę ciała albo pozwolić brnąć dalej. Nie przesadzam pisząc, że bez nrc mogłem tam spokojnie zamarznąć i zdechnąć.

Jednocześnie nie mogę nie wspomnieć o tych momentach, gdy trasę na chwilę zostawialiśmy gdzieś z boku, i oddawaliśmy swoje ciała i umysły pod opiekę nieocenionych wolontariuszy na punktach odżywczych. Myślę, że nigdy nie zapomnę przede wszystkim punktu na stacji narciarskiej w Puławach Górnych na 119. kilometrze. To z jaką cudowną opiekuńczością nas tam ugościli wciąż nie mieści mi się w głowie, a smak i słodkie ciepło serwowanej tam zupy dyniowej czuję na języku aż do dziś.

Nie byłoby mety gdyby nie ta zupa, ale i nie byłoby mety gdyby nie mój kompan Tomek. Biegliśmy razem pierwszy raz, poznawaliśmy się więc właściwie na bieżąco (ha ha!), ale wiem, że gdyby nie on, mógłbym się w którymś momencie poddać. A dzięki temu, że wciąż się nawzajem motywowaliśmy, dużo rozmawialiśmy o swoich obawach, ale i o tym co zrobimy, jak już dotrzemy do celu, udawało się jakoś przetrwać tę nieustającą katorgę. Myślę, że przeżyliśmy na Ultrałemkowynie takie prawdziwe braterstwo trudu i znoju. Najprawdziwszą męską przygodę jak z Thorgala...

No i na koniec, nie byłoby mety, gdyby nie obietnica jaką daliśmy innemu UltraŁemkowi, Rafałowi, którego w Chyrowej dosłownie zwaliła z nóg nagła choroba. Widząc jak bardzo chce ruszać dalej i jak bardzo nie jest w stanie, obiecaliśmy mu, że jeśli on nie będzie ryzykował i zostanie w cieple, my dotrzemy do Komańczy za niego. Zgodził się, a nam nie pozostało nic innego jak uświadomić sobie, że oto nie ma już odwrotu od ukończenia największej biegowej przygody w naszym życiu... 

czwartek, 16 października 2014

Roll'n'Roll

Nie ma rocka. Rock się skończył wraz z ostatnim taktem tego twista:



Ale jest roll. A lot of roll!

Roluję od trzech dni, wałkuję, ugniatam, przetaczam. Kiedyś robiłem tak z ciastem. Na słodkości albo na makaron. Dzisiaj robię tak z udem. I z tyłkiem. I wiecie co? Po raz pierwszy w historii hasło "dupa zbita" oznacza, że coś się udaje. Udo się udaje. A konkretnie pasmo biodrowo-piszczelowe. No i dupa. Bo to na niej pasmo się zaczyna.

Tyłek mnie boli od tego rolowania jak cholera, udo jeszcze bardziej. Najbardziej z boku, z tyłu też trochę, i tylko przód jakoś się uchował. Na początku miałem dość po kilku minutach, dziś - po czterech dniach masochistycznych porannych i wieczornych sesji - dochodzę do minut dziesięciu a może i kwadransa. Trzy czwarte czasu dostaje w kość kontuzjowana noga, resztę ta druga-jeszcze zdrowa. Profilaktycznie, żeby zaraz i w niej się ścięgno nie ściągnęło zanadto.

Dla tych, których to interesuje szybka historia problemu. Zima 2010 - niewinne winko, tańce, udawanie Johna Travolty, trach!, coś pykło w łąkotce przyśrodkowej lewego kolana i bania zamiast kolana. Lato 2010 - artroskopia, zeszycie popękanej łąkotki, 3 miesiące w pozycji na bociana, na jednej nodze, w tym taniec-skakaniec ze świadkową na weselu brata. Efekt: udo prawej nogi jak u kulturysty, łydka jak udo Kenijczyka. Za to lewa - katastrofa, jak u Anji Rubik, tylko więcej włosów. Wczesna jesień 2010 - rehabilitacja w zakresie o 50% okrojonym od zalecanego, bo po kilku słono opłaconych wizytach w klinice rehabilitacyjnej prędko zajrzało mi w oczy widmo bankructwa. Późna jesień 2010 - Powrót do biegania, pierwsze "piątki", "dyszki", aż w końcu pokusiłem się o zimny, jesienny półmaraton. Wiosna 2011 - Powrót z Kanady do Polski i decyzja o tym, że rezygnuję z transportu miejskiego i wszędzie jeżdżę na rowerze albo biegam. No i wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że wytrzymałość mojego ciała była mniejsza od mojego ego i po kilku tygodniach wszędziebiegania, gdzieś nad Wisła wracając nie pamiętam skąd, poczułem nagle dziwny ból po zewnętrznej stronie prawego kolana. Lewa noga nie zdążyła po zabiegu dojść do pełni formy i sił, więc mądry organizm odciążał ją dociążając sąsiadkę. A prawa sąsiadka mogła wytrzymać dużo, ale rozbratu z MZA nie wytrzymała. I tak poznałem się z pasmem biodrowo-piszczelowym. Choć wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem...

Od wiosny 2011 roku, czyli od 3 i pół roku, ból wciąż pojawia się i znika - czasem przychodzi na krótko, a czasem na dłużej, raz wyłączył mnie z treningów na dobrych kilka miesięcy. Na początku myślałem, że to sprawka naciągniętych więzadeł, zbitej rzepki, albo urazu łąkotki. Jednak po przewertowaniu niezliczonych artykułów na biegowych portalach, stawało się dla mnie coraz bardziej jasne, że to właśnie pasmo biodrowo-piszczelowe - w jakiś sposób wywołuje kłucie i pieczenie w prawym kolanie. Ostatecznie moje przypuszczenie potwierdził Dr. Kranc - podobno jeden z najlepszych fachowców od USG w Warszawie - który najpierw postawił diagnozę: "konflikt pasma biodrowo-piszczelowego z nadkłykciem kości udowej", a następnie poinformował mnie, że "bieganie wcale nie jest dla pana dobre". Tak na marginesie, bardzo mi się spodobała ta jego szczerość.

Doktor Kranc nie wchodząc w szczegóły zdążył mi jeszcze tylko poradzić, że na tego typu uraz najlepsze są ćwiczenia wzmacniające, rozciąganie i rolowanie właśnie! No więc wracając do domu podskoczyłem do sklepu rehabilitacyjnego, kupiłem ostatni dostępny wałek-roller-masażer i...dawaaaj w internet szukać prawidłowego sposobu wykonywania ćwiczeń. Już po chwili miałem wrażenie, że dosłownie co drugi biegacz miał do czynienia z tym samym problemem co ja, bo artykułów, wideów i innych vlogów na ten temat są w sieci tysiące tysięcy. Istny potop wiedzy!

Także od tamtej pory roluję. I mimo że jest to zajęcie naprawdę bolesne i nierzadko wykrzywiające twarz w grymasie dyskomfortu, mam poczucie, że już po czterech dniach czuję poprawę. Może to autosugestia, a może magiczna moc wałka. Nie chcem ale ćwiczem! Wszak Łemkowyna czeka!!!        

wtorek, 14 października 2014

Let's Rock, Let's Run!

Dzisiaj będzie krótko: zapraszam do obejrzenia mojej wideo-relacji z R'n'R Maratona de Lisboa. Warto poświęcić 8 minut chociażby ze względu na muzykę, bo Moonshiners, BIEGLI i The Stubs naprawdę dają czadu!!! Tchau!

sobota, 11 października 2014

Ultrałemkowyna - parę słów i zdjęć z I etapu

Prawie równo 3 miesiące po zmierzeniu się z drugim fragmentem trasy Ultrałemkowyny z Koziego Żebra do Wołowca, kilkanaście dni temu spróbowałem swoich sił na odcinku początkowym: z Krynicy-Zdroju do Regietowa. Tym razem niestety nie mogłem biec ze względu na ciągnący się jeszcze od Forest Run'u uraz pasma biodrowo-piszczelowego, więc pokonałem 26-kilometrową trasę ekspresowym marszem. Pięć i pół godziny po wejściu na czerwony szlak w Krynicy byłem w Regietowie i tym samym zakończyłem mój test generalny trasy. Po tym doświadczeniu i na dwa tygodnie przed startem 150-kilometrowej Łemkowyny Ultra Trail wiem jedno - zawody te na pewno będą ogromnym wyzwaniem dla uczestników, jednak po tym co zobaczyłem myślę, że przed jeszcze trudniejszym zadaniem niż biegacze stoją sami organizatorzy.


Poza nielicznymi odcinkami, gdzie pogubić się nie da, właściwie na każdym kilometrze znajdzie się miejsce, gdzie brakuje oznakowania, szlak jest niewidoczny, brakuje informacji o skręcie, albo skręt jest ale nie ma wskazówki czy należy skręcić razem z nim. Do tego tuż za Krynicą natkniemy się na sporo powalonych grubych drzew, przez które przeprawa w tłumie w środku nocy może być naprawdę upierdliwa. Myślę więc, że jedynym sensownym rozwiązaniem jest pójście tropem organizatorów np. UTMB i gęste "udekorowanie" trasy fluorescencyjnymi taśmami. Obawiam się, że w innym wypadku wszyscy się pięknie na naszej pięknej Łemkowszczyźnie pogubimy!

 
Oprócz tych fragmentów, gdzie zamiast biec będziemy musieli skakać niczym kozy karpackie ponad rozrzuconymi jak zapałki potężnymi świerkami, odcinek z Krynicy do Mochnaczki jest bardzo przyjemny, a jedynym dodatkowym utrudnieniem może być błoto. Podczas mojego rekonesansu było stosunkowo sucho, a i tak w niektórych miejscach przedzierałem się przez niezłą paciarę. Aż strach pomyśleć, co się tam będzie działo, jeśli - tfu, tfu - przed Ultrałemkowyną Beskid Niski, jak to ma czasem w zwyczaju, spłynie deszczem...




Jednak na szczęście wiele jest też momentów gdzie śmiało będzie się można rozpędzić, cieszyć każdym szybkim krokiem w dół i rozkoszować tajemnicą młodej, beskidzkiej nocy...



Tuż przed Mochnaczką po raz pierwszy spotkamy się z magią Beskidu. Kiedy to zobaczyłem, pomyślałem, że coś takiego mogło się zdarzyć tylko tu. Czyżby ktoś malował szlak po "kropce"?


Zaraz potem kolejna niespodzianka z gatunku tych naprawdę niespodziewanych - najprawdziwszy most zwodzony! A żeby było śmieszniej szlak na "moście" został namalowany tak, że widać go tylko z jednej strony - tej przeciwnej do kierunku, w którym już niedługo pobiegnie Ultrałemkowyna. Istnieje więc ryzyko, że bez odpowiedniego oznaczenia tej niezwykłej przeprawy, biegacze przegapią skręt i - kilkaset metrów dalej - będą zmuszeni skorzystać z mostu alternatywnego. Brrr...

Most zwodzony w kierunku Komańczy
most zwodzony w kierunku Krynicy
widok z mostu
most alternatywny
Dalej biegacze niech pamiętają, że winkiel stodoły należy wziąć z lewej strony, i już po chwili wyskoczą na krótki odcinek asfaltu w Mochnaczce. Za to później już prawie same górki aż do Banicy koło Izb. To zdecydowanie najpiękniejszy odcinek pierwszej części trasy, szkoda że będziemy go pokonywać po ciemku...









W Banicy koło Izb magia Beskidu przybiera swoją mniej przyjazną twarz. Po pierwsze, w miejscu w którym szlak wprowadza nas do wioski, to coś za stodołą to nie błoto tylko najczystsza gnojówka. A zatem impregnację Waszych salomonów, inowejtów i innych trailowych cudeniek dostajecie w pakiecie! 


Jednak najgorsze ma dopiero nastąpić. A jest nim Kajtek, 5-letni mieszaniec, klasyczny mały wioskowy czarno-biały jebik, który niepostrzeżenie wyskakuje zza rogu stajni, wgryza się swoimi nieproporcjonalnie wielkimi i ostrymi zębami prosto w achillesa, po czym momentalnie ucieka. Ugryzienie Kajtka bardziej zaskakuje niż boli, ale cholernie wkurza i jest nieuniknione. Kiedy następnego dnia przyjechałem do Banicy wylegitymować jego i jego właściciela z historii szczepień, bydlak użarł mnie znowu. Na szczęście tym razem byłem w długich spodniach, które ochroniły mnie przed ukąszeniem Kajtka. Dwie dobre wiadomości są takie, że jest szansa, że w nocy - kiedy będziemy przebiegali nieopodal jego stajennej budy - Kajtek będzie jeszcze spał. Druga jest taka, że ten mały potwór jest szczepiony!


Odcinek z Banicy do Izb jest dużo przyjemniejszy niż spotkanie z Kajtkiem, choć szlak wciąż można zgubić bardzo łatwo. Dopiero za rzeką (ciekawe jaki będzie jej poziom pod koniec października?) w Izbach widać, że PTTK jednak czasem czuwa. Zła wiadomość jest za to taka, że znaczniki są bardzo czytelne przy drogach, tam gdzie i tak wiadomo gdzie biec, za to jak tylko wkraczamy w las, trzeba liczyć głównie na swojego własnego czuja!


     








Za Izbami w kierunku Ropek z orientacją powinno być łatwo, bo przez kilka dobrych kilometrów będziemy brnąć lekko pod górę szeroką, szutrową drogą leśną. Jednak w pewnym momencie nagle trzeba będzie skręcić w lewo, więc czujność będzie na wagę złota! Ten szutrowy odcinek dla wielu może być nużący, także jeśli ktoś nie lubi "drogi Mirka" na Rzeźniku albo męczył się na dobiegu do mety na Niepokornym Mnichu, radzę solidnie przygotować się mentalnie na ten fragment. Dalej zbiegamy przez las do Ropek, gdzie szlak łączy się z bitą, wiejską drogą, aż docieramy do asfaltu, który doprowadzi nas aż do Hańczowej, czyli pierwszego oficjalnego punktu na trasie Ultrałemkowyny!









Tuż za Hańczową magia Beskidu w swojej złośliwej formie ukazała mi się tamtego dnia po raz trzeci, na szczęście - ostatni. Kiedy w oddali już widziałem skąpaną w chmurach czapę Koziego Żebra, na mojej drodze ukazał się mocno wezbrany strumień. Nie zastanawiając się długo, w końcu moje buty już i tak były całe mokre od siąpiącego od jakiejś godziny deszczu, przeprawiłem się przez niego sprawnie i ruszyłem dalej przed siebie. Po dobrym kilometrze zaczęło mnie zastanawiać, że czerwony szlak po raz kolejny nagle się urwał. Na szczęście łaskawy los zesłał mi pasterza z parasolką, który zapytany o to, czy dobrze idę, odpowiedział:

"A gdzie tam! Szlak idzie strumieniem. Tam kiedyś namalowali na drzewie czerwony znaczek, ale przyjechała energetyka, ścięła drzewo, ale znaczka już nie odmalowała. Najlepiej pójdź pan jeszcze do góry - ale nie za daleko! - i skręć pan w lewo, tam gdzie ścinka, i potem ostro pod górę, to wrócisz pan na szlak."

No po prostu takie rzeczy tylko tu! Bardzo podziękowałem panu z parasolką i podążając za jego wskazówkami rzeczywiście wkrótce odnalazłem czerwony szlak. Ale potem zgubiłem go jeszcze trzykrotnie i w końcu na szczyt Koziego Żebra dotarłem najpierw kierując się na azymut, a potem przypadkiem odnalezionym szlakiem niebieskim (który pod sam koniec połączył się z czerwonym). 
Ostre zejście z w kierunku Regietowa w połączeniu z kontuzją dało taki efekt, że poruszałem się jak paralityk, ale i tak byłem szczęśliwy, że po tylu perypetiach udało mi się zrealizować plan w jednym kawałku i nie musiał interweniować GOPR...




    
Drodzy uczestnicy Ultrałemkowyny, po tym wszystkim myślę więc, że na tej pięknej ale też jedynej w swoim rodzaju trasie, oprócz porządnych butów, ubrań, czołówek, dobrze wyposażonych przepaków, przyda się Wam też dużo...dystansu do samych siebie i jeszcze więcej poczucia humoru! Tak na wszelki wypadek. Do zobaczenia już za dwa tygodnie na Ultrałemkowynie!!!

środa, 8 października 2014

Rock’n’Roll Maratona de Lisboa

Przed wyjazdem do Portugalii moim jedynym wyobrażeniem o Rock’n’Roll Maratona de Lisboa był obrazek morza biegaczy sunących przez rozrzucony zamaszyście nad rzeką Tejo most Vasco da Gama. Zainspirowany przewijającymi się w internecie zdjęciami startu widzianego z lotu ptaka, spodziewałem się dziesiątek tysięcy ludzi ruszających spod majestatycznych, białych pylonów zagrzewanych do walki przez granego na żywo gitarowego rocka. Wkrótce okazało się jednak, że moje wyobrażenia to jedno, a rzeczywistość - drugie.

Rzut oka na mapę trasy wystarczył, żeby zdać sobie sprawę, że z mostu rzeczywiście startują, ale nie maratończycy, tylko uczestnicy półmaratonu oraz mini maratonu (6,6 km). I to właśnie oni byli tłumem ze zdjęć. Maratończycy zaś, zamiast z mostu Vasco da Gama, ruszali z oddalonego o 25 kilometrów na zachód od centrum Lizbony, niewielkiego miasteczka Cascais. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się też, że spośród 23 196 zawodników zapisanych na wszystkie dystanse, maratończycy stanowili liczbę raptem 3 712. Przy czym, choć to stosunkowo niewiele w porównaniu z frekwencją na maratonach w innych europejskich stolicach, to i tak wystarczyło do pobicia krajowego rekordu i prześcignięcia o ponad 100 uczestników dotychczasowego lidera – listopadowego maratonu w Porto.

Konieczność dojazdu z Lizbony nad wybrzeże Atlantyku wymagała wyjątkowo wczesnej pobudki, tym bardziej że start w Cascais zaplanowano na 8:30, jednak nagroda z całą pewnością była warta tych kilku skradzionych kwadransów snu. A była nią trasa. Przez pierwsze 30 kilometrów właściwie cały czas prowadząca wzdłuż linii brzegowej – najpierw oceanu, a później wpadającej w zatokę rzeki Tejo. Biegliśmy więc w towarzystwie palm, klifów, plaż, fal i ślizgających się po nich surferów. Do tego – zgodnie z zapowiedziami organizatorów – regularnie co kilka kilometrów rozstawione były rockowe kapele wspierające maratończyków muzyką na żywo.

Po dotarciu do Oeiras a następnie do przedmieść Lizbony wciąż przesuwaliśmy się wzdłuż linii brzegowej, lecz oceaniczne promenady zostały zastąpione przez portowe nabrzeże, a urokliwe ścieżki rowerowe ustąpiły miejsca trakcji kolejowej. Wkrótce nad naszymi głowami śmignął drugi ze słynnych lizbońskich mostów – Ponte 25 de Abril, po czym znaleźliśmy się u progu historycznego centrum miasta.

Wielka szkoda, że ten prawdziwie lizboński fragment trasy z jej wąskimi uliczkami, rozległymi placami, wysokimi pomnikami i uroczymi kibicami, okazał się tak krótki. Albowiem po kilku szybkich kilometrach w otoczeniu zabytkowych kamienic, kawiarnianych ogródków i w glorii pełnych uznania spojrzeń ze strony niedzielnych spacerowiczów, nagle wstąpiliśmy w nieznany dotąd obszar doków portowych i opustoszałych magazynów. I w tym otoczeniu pozostaliśmy już właściwie do samej mety. Smutny krajobraz rozweselały tylko przygrywające co jakiś czas kolejne zespoły rockowe. Jednak większość biegaczy na tym etapie wyglądała już tak, jakby nie dochodziły do nich absolutnie żadne dźwięki. Na 35. kilometrze pragnęli tylko jednego – dotrzeć do mety...

A ta robiła wrażenie! Po sąsiedzku finiszowali uczestnicy wszystkich dystansów, w tym dwóch najdłuższych: maratonu i półmaratonu, który startował o 10:30. Dzięki temu wrażenie tłumu, gwaru i głośnego dopingu kibiców niesamowicie się potęgowało. Do tego z rozstawionej nieopodal ogromnej sceny dawali czadu portugalscy rock'n'rollowcy budząc do życia kolejnych wycieńczonych maratończyków. W rytmie ich muzyki maraton lizboński wygrali Kenijczycy - wśród kobiet najlepsza z czasem 2:26.47 była Visiline Jepkesho, a wśród mężczyzn całą konkurencję zostawił w tyle Samuel Ndungu wygrywając zawody z rezultatem 2:08.21. Obydwa wyniki okazały się najlepszymi w historii na portugalskiej ziemi. Wśród 1 512 biegaczy zza granicy na metę dotarło również 52 biegaczy z Polski, co oznacza, że byliśmy dziewiątą najliczniejszą nacją na Rock'n'Roll Maratona de Lisboa! Parabéns!!!

wtorek, 30 września 2014

BIEGLI


W ubiegły czwartek wybrałem się na koncert niezwykłego zespołu. Niezwykłego dlatego, że muzyka, którą gra ta formacja jest inspirowana bieganiem. Zespół nazywa się Biegli, składa się z pięciu muzyków i naprawdę daje czadu.


Biegli mają moc Usaina Bolta, niepozorność Adama Kszczota, siłę Davida Rudishy, wytrzymałość Henryka Szosta, a całość dopełnia subtelna charyzma jak u Antona Krupicki. Co ciekawe, próżno szukać w zespole wokalisty – chłopaki grają, nie śpiewają, czasem tylko zapowiedzą w krótkich słowach kolejny utwór lub skomentują uprzednio wygrany. Tym który mówi jest zwykle Norbullo Kontrabacz, kontrabasista i niekwestionowany lider formacji. Przy czym Norbullo opowiada o muzyce Biegłych w tak zabawny sposób, że sam nie wiem, co sprawiło mi więcej frajdy – krótkie „wstępniaki” przed każdym kolejnym kawałkiem, czy sama muzyka - nawiasem mówiąc – składająca się z dźwięków kontrabasu, saksofonu, klawiszy i dwóch perkusji.

Biegli teoretycznie grają eksperymentalny jazz, jednak daleko im do eksperymentatorów, powiedziałbym o nich raczej: improwizujący wirtuozi o wielkiej pasji. Miałem szczęście śledzić ich poczynania z pierwszego rzędu kameralnej salki, w której odbywał się koncert, dzięki czemu mogłem jak na dłoni zaobserwować ich nieustającą komunikację, a także emocje towarzyszące wspólnemu graniu. Widać było, że muzykowanie sprawia im radość, że koncert jest dla nich jak wspólny biegowy trening w grupie przyjaciół, gdzie najmocniejszy dostosowuje tempo do najsłabszego, a nie jak nierówny wyścig, w którym czterech bez powodzenia goni jednego.

Jak na kompozycje inspirowane bieganiem przystało usłyszeliśmy utwór o kanapce z czarnego chleba jedzonej przed ciężkim treningiem, inny zatytułowany „Kulawy” o przykrej kontuzji, kolejny to dynamiczna instrumentalna opowieść o „Ostrym Loco” – ultra biegaczu z loczkami i brodą, którego można czasem spotkać na odległym górskim szlaku. Był też utwór opowiadający o Biegu Rzeźnika, a także trzy nuty nieco wykraczające poza biegowy świat: o podróży w korku na Mazury, szaleńczo zaaranżowane „flamenco warszawskie”, a także nieoczekiwany hołd dla Paco de Lucii. 

Na koniec ponadgodzinnego koncertu Biegli – niczym świeżo upieczony maratończyk namówiony na mecie na kolejne 5 kilometrów – zgodzili się zagrać dla nas jeden bis. Ale za to jaki! Po ustaniu rzęsistych oklasków Norbullo obwieścił zgromadzonym, że oto usłyszymy utwór, który został skomponowany 19 lat temu, jednak publicznie nie został dotąd zagrany ani razu. Tym samym wkrótce wszyscy staliśmy się świadkami piszącej się właśnie pięknej muzycznej historii, a najznamienitszym podsumowaniem koncertu Biegłych były słowa jednej z słuchaczek, na oko sześćdziesięcioletniej pani w czerwonej garsonce. Na pytanie Norbulla: „czy dobrze nas słychać?” sympatyczna dama rzuciła zadziornie: „aż za dobrze!”, uśmiechnęła się porozumiewawczo, po czym wróciła do rytmicznego wytupywania kolejnego utworu zagranego skocznie przez Norbullo i spółkę. 

Informacji o kolejnych koncertach Biegłych możecie szukać tu.

wtorek, 23 września 2014

Forest Run

Długo się zastanawiałem, od czego zacząć tę relację z wyjątkowej podróży - jednej z tych, których wspomnienie buduje nie przebyty dystans, lecz niezwykli ludzie napotkani na drodze. Z wyprawy na Forest Run nie przemierzone kilometry zapadły mi bowiem w pamięć najbardziej, a życzliwe uśmiechy, niezwykła gościnność i przyjacielskie gesty odczuwane na każdym kroku.

Pod względem sportowym Forest Run skończył się dla mnie na 29. kilometrze, po tym jak odnowiła mi się stara dobra kontuzja ścięgna pod prawym kolanem i nie pozwoliła biec ani kroku dalej. Zabawne, że w chwili gdy leśne wyzwanie prysło jak mydlana bańka, a ja powinienem się załamać, na moją zmęczoną twarz niespodziewanie spłynął uśmiech, a głowę wypełniły same pozytywne myśli. Raz, że to mimo wszystko frajda w końcu dowiedzieć się, jak to jest być "deenefem" - od skrótu DNF, did not finish - czyli tym, który nie ukończył. A dwa: może i nie ukończył, ale jedno wie: jeśli już nie kończyć, to oby zawsze w tak doborowym towarzystwie jak w sobotę!

fot. Agnes Krahelska

Dziś, kiedy wspominam start ze skraju podmosińskiej puszczy, myślę sobie, że to nie mogło się udać - ruszyliśmy z Darkiem w las niczym dwa czerwone bolidy formuły 1, nikt ani nic nie było nas w stanie zatrzymać. Darek na przedzie, ja krok za nim. Połykaliśmy kilometry jak wściekli, jak dwa rącze jelenie głodne każdego kolejnego zakrętu, każdego wzniesienia i każdej wyłaniającej się zza niego polnej drogi. No i tak samo jak jelenie skończyliśmy - ustrzeleni przez zawsze skuteczną broń na biegacza, bam bam, uraz ścięgna pasma biodrowo-piszczelowego, po kulce dla każdego z panów. Dziękujemy, do widzenia!

A zatem skończyliśmy tak samo szybko jak i zaczęliśmy - bardzo szybko. Na dodatek, gdzieś pomiędzy startem a feralnym 29. kilometrem, Darek zdążył jeszcze pogubić drogę i przebiec kawałek nie naszą niebieską, tylko tą krótszą, oznaczoną żółtymi szarfami - 23-kilometrową trasą. Tym samym rozbił na sobotnich zawodach bank i do "deenefa" dorzucił sobie jeszcze odznaczenie DSQ - dyskwalifikacja!        

Kiedy tak staliśmy nad brzegiem jeziora, wzdłuż którego wiodła trasa Forest Run, zastanawialiśmy się, gdzie jesteśmy i licytowaliśmy się, czy do mety zostało nam 9 (to mówił Darek) czy 12 kilometrów (to obstawiałem ja), z naszej wesołej słownej przepychanki wyrwała nas jedna z wolontariuszek, która pojawiła się jakby znikąd i oznajmiła nam, że żaden z nas nie ma racji, albowiem przed nami jeszcze 15 (!) kilometrów powolnej, pieszej tułaczki. Wciąż się zastanawiam, co też się kryło za uśmiechem, który towarzyszył tym słowom - współczucie czy zwykłe politowanie.

Kto mógł przypuszczać, że w tamtej chwili zakończyło się wszystko co najtrudniejsze, a wszystko co najpiękniejsze miało dopiero nastąpić?! Najpierw zostaliśmy obdarowani 3 emaliowanymi, półlitrowymi kubasami lodowatej wody przez sympatyczną gospodynię z pobliskiego gospodarstwa, później urocza policjantka obstawiająca bieg zgodziła się podrzucić nas swoim radiowozem do kolejnego, oddalonego o 5 kilometrów punktu kontrolnego. Na punkcie natomiast obchodzący urodziny Darek wysłuchał gromko wyśpiewanego przez wszystkich wolontariuszy i przebiegających zawodników STO LAT, po czym zostaliśmy wyposażeni w zapas bananów, czekolady i innych przysmaków i mogliśmy ruszać w dalszą drogę.

Nie zdążyliśmy ujść nawet pół kilometra, kiedy minęło nas półterenowe suzuki, które wkrótce okazało się być naszym luksusowym autostopem wprost na metę. To dwójka wolontariuszy wracała z wachty na pierwszym punkcie, po tym jak przebiegł przez niego ostatni uczestnik, i z poczuciem dobrze wypełnionej misji turlali się radośnie po bitej drodze ku bazie zawodów w Mosinie. My z kolei nie mogliśmy uwierzyć, że można mieć tyle farta na raz!

META! Plan był taki, że triumfalnie na nią wbiegamy. Rzeczywistość okazała się dużo mniej efektowna - wysiedliśmy z suzuki, podziękowaliśmy naszym dobroczyńcom i podreptaliśmy dalej w kierunku czekających na nas przyjaciół. Ja kulejąc na jedną nogę, Darek na obie. Jak się później okazało, po ukończeniu "krótkiej" trasy, reszta naszego składu czyli Filip, Sąsiadka i pieskomandos wyczekiwali nas na ostatniej prostej pełni wiary w nasze dobre wyniki, ale przede wszystkim z planem wyśpiewania Darkowi kolejnego urodzinowego STO LAT. No i bardzo się zdziwili kiedy dwa wymęczone ale uśmiechnięte kulawce zaszły ich od tyłu i oznajmiły, że zeszły z trasy, i że od kilku godzin wożą się autostopem po okolicznych bezdrożach.

A później? Później było już tylko lepiej! Wyborny, wegetariański (niewegetariański też był) makaron podawany przez sympatycznego szefa kuchni z Mosiny, piwo z kija na dobry humor, fenomenalny masaż, który na chwilę pozwolił mi zapomnieć o kontuzji, wyjątkowo serdeczna ceremonia rozdania nagród (dostało je 6 najlepszych pań i 6 pierwszych panów na każdym dystansie!) i na koniec wspólne ognicho.

Forest Run był cudowną przygodą i na pewno chciałbym na niego wrócić za rok - jeśli nie jako uczestnik to na pewno jako wolontariusz. Bo jestem pewien, że pomaganie wspaniałym organizatorkom Agnieszce i Ani to frajda wcale nie mniejsza niż samo bieganie. Dziewczyny, dzięki za cudowny dzień w Mosinie!

poniedziałek, 15 września 2014

Kraków Business Run

W wielu innych okolicznościach pewnie uznałbym nazwę tego biegu za bufonadę i kolejny etap do totalnego skomercjalizowania mojego ukochanego sportu. Jednak w połączeniu z ideą jaką za sobą niesie, marka krakowskiego Business Run (podobnie jak i jego bliźniaczych biegów w Warszawie, Łodzi, Katowicach i Poznaniu) jest absolutnym marketingowym strzałem w dziesiątkę i nie może się kojarzyć inaczej niż jednoznacznie pozytywnie.

Albowiem w dużej mierze nie o biznes tu chodzi (przynajmniej nie bezpośrednio) a o pomoc potrzebującym, którymi są  ludzie po amputacjach kończyn - podopieczni Fundacji Jaśka Meli "Poza horyzonty". Biznes jest tu więc tylko przykrywką, zachętą, zaś prawdziwy cel biegania w firmowych barwach to zebranie funduszy na zakup profesjonalnych protez dla ludzi, którzy dziś o sprawnym bieganiu mogą tylko pomarzyć.

Muszę powiedzieć, że jestem pod ogromnym wrażeniem tego czego Jasiek Mela, Wojtek Liszka i wszyscy wspomagający ich ludzie dokonali w ramach Poland Business Run. Rozmach imprezy, profesjonalizm, niezwykła pozytywna energia płynąca z ust i serc wszystkich zaangażowanych, i - przede wszystkim - genialny w swej prostocie pomysł na zbiórkę charytatywną, wszystko to zasługuje na najniższy pokłon najwyższego szacunku.

W przypadku Krakowa - największych zawodów w całym cyklu - na biznesowe bieganie na rzecz niepełnosprawnych zapisało się kilkaset pięcioosobowych sztafet, w których każdy z zawodników miał do pokonania pętlę o długości 3,8 kilometra. Dystans ten - dla jednych śmiesznie krótki, dla innych niemożliwie długi - gwarantował wszystkim jedno: był go w stanie pokonać właściwie każdy, jeden sprintem w 12 minut, drugi spacerem w pół godziny.

Trasa Kraków Business Run 2014 wiodła najbardziej turystycznym z krakowskich szlaków - w większości po Plantach, a pozostałą część chodnikami wokół Wawelu i po uliczkach w okolicach Rynku. Strefa Zmian znajdowała się po jego zachodniej stronie, podobnie jak całe "miasteczko biegowe". Jedynie szatnie i depozyty zostały ulokowane za południowo-zachodnim rogiem Sukiennic, jednak wszystko było na tyle blisko siebie, że nie sposób było się pogubić. Przy czym nie tylko zaplecze socjalne, ale i w ogóle całą organizację biegu trzeba podsumować dwoma słowami - była NA MEDAL!

A skoro jesteśmy przy medalach, ludzie, którzy często uczestniczą w zawodach, zwykle po jakimś czasie przestają na te medale zwracać uwagę i po prostu po każdej kolejnej miniętej linii mety wrzucają je do jakiegoś pudła bez dna, zawieszają na pokrętle od kaloryfera, w ubikacji, albo oddają do zabawy dzieciom. Myślę jednak, że w przypadku Kraków Business Run jest inaczej. Jestem przekonany, że uczestnicy wyeksponują go równie godnie jak godny jest cel, dla którego wszyscy biegaliśmy po Grodzie Kraka w minioną niedzielę. Co więcej, obserwując ich reakcje i twarze już po zawodach, miałem wrażenie, że dla wielu z "rozbieganych biznesmenów" medal ten był pierwszym na ich biegowej ścieżce. I - po tak niezwykłym i pozytywnym przeżyciu - na pewno nie ostatnim!

Ja sam miałem honor wystąpić w Kraków Business Run w barwach Sztafety Fundacji Darka Strychalskiego. Nasza ekipa była wyjątkowa przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, tuż przed wyjazdem zachorował synek naszej "piątej na zmianie", przez co musiała zostać w domu uszczuplając tym samym nasz skład do 4 osób. Na szczęście bohaterski Darek po raz kolejny okazał się nie do zdarcia i postanowił, że...przejmie jej kolejkę i pobiegnie 2 razy - na pierwszej i na ostatniej pętli. Środek stawki wypełniliśmy my - Ania, Magda i ja.

Drugi powód, dla którego wyróżnialiśmy się z tłumu było to, że - w przeciwieństwie do większości - nie byliśmy najlepiej zorganizowaną sztafetą tego dnia w Krakowie. Dość powiedzieć, że jeszcze na 15 minut przed wystrzałem startera staliśmy jak kołki na środku Rynku bez numerów startowych i krzty pomysłu, co ze sobą zrobić. Mieliśmy za to walizki podróżne, cywilne, niezbyt biegowe stroje i sporo wątpliwości. Jedyne co nas tłumaczy to, że przystępowaliśmy do Kraków Business Run dosłownie z trasy. Darek z Anią jeszcze o 3 rano byli w Lublinie, a my z Magdą dopiero o 5 wyruszyliśmy na południe z Warszawy. Na szczęście po raz kolejny z opresji wyratował nas Zwycięzca jakimś cudem zdobywając upragnione pakiety. Potem jeszcze tylko pomieszaliśmy na wszystkie możliwe sposoby numery startowe, przez co każde z nas wystartowało nie na swojej zmianie i nie pod swoim nazwiskiem. Najdobitniejszym podsumowaniem naszego występu niech będzie to, że najlepszy czas w naszej drużynie miała...Paulina, która w tym samym czasie opiekowała się chorym synkiem 300 kilometrów dalej! Ale nic to, najważniejsze, że wszyscy bawiliśmy się naprawdę przednio. Niech żyje Sztafeta Darka, niech żyje Poland Business Run!

wtorek, 9 września 2014

Bieg 7 Dolin

Jest sobota godzina 2:50, wszyscy udajemy, że nastaje ranek, choć prawda jest taka, że noc wciąż śpi głębokim snem. Słońce nie wyjrzy zza gór jeszcze przed dobre 2 godziny. Ale nawet jak już w końcu wyjrzy, to i tak nic nam to nie da, bo trasa będzie wtedy wiodła gęstym lasem, którego wciąż zielona, gęsta korona skutecznie odgrodzi nas od pierwszych porannych promieni. Jesteśmy więc tylko my, nasze latarki-czołówki i nadzieja, że ta czarna plama, która nagle wyłoniła nam się przed nosem to nie głęboka na pół metra wyrwa w szlaku...

W tym samym czasie równolegle do krynickiego deptaka, na którym między barierkami tłoczy się gotowe do startu ultra towarzystwo, stoi sześć białych ciężarówek. Można wrzucić do nich "przepaki", czyli worki z rzeczami na zmianę na każdy z trzech głównych punktów serwisowych na trasie Biegu 7 Dolin. Pierwsze dwie pojadą z naszymi tobołkami do Rytra, kolejne dwie do Piwnicznej, a ostatnie do Wierchomli. Pomimo że wszystkie są oznaczone numerami ("jedynki" jadą na pierwszy, "dwójki" na drugi, a "trójki" na trzeci punkt), co bardziej roztargnieni biegacze i tak powrzucają swoje worki "jak leci", przez co na jednym punkcie będą mieli do odbioru dwa worki, a na kolejnym odejdą w dalszą drogę z pustymi rękami.

"Przepak" to na biegu ultra rzecz prawie święta. Jeśli nie jesteś Marcinem Świercem, Magdą Łączak albo Markiem Swobodą i nie kończysz zawodów w czasie gdy wszyscy pozostali są w połowie dystansu, "przepak" nierzadko potrafi uratować ostro już przetrzepaną skórę biegacza. Ludzie upychają więc w swoich przepakowych workach najróżniejsze skarby - najczęściej ubrania i buty na zmianę, ale też turbo żele i batony energetyczne. I potem ochoczo z tych skarbów korzystają, by po wielu kilometrach walki z odległością i wszelkimi innymi przeciwnościami choć na chwilę poczuć się jak nowonarodzeni. Aż do następnej górki...

Muszę się pochwalić, że w moim debiucie na trzycyfrowym dystansie kwestię "przepaków" rozegrałem jak rasowy ultra wyjadacz. Po pierwsze sprawdziłem prognozę pogody (właściwie to nic nie musiałem sprawdzać, bo obwieścił mi ją w przeddzień startu sam Mr. Napieraj) i stwierdziłem, że skoro ma być ciepło, a padać będzie tylko po południu, odpuszczam wiatrówki, przeciwdeszczówki i inne długie rękawy, i "występuję" w Krynicy "na krótko" - szorty i koszulka miały w zupełności wystarczyć. Do tego wieczorem przed startem przygotowałem sobie trzy pyszne pulchne buły z masłem, serem żółtym i pomidorem. Owinąłem je w aluminiową folię, żeby pomidor nie wyskoczył bokiem i oto każdy z "przepakowych" worków był już po części wypełniony. Do pierwszego nie dorzucałem już nic poza paczką sezamków, za to w drugim umieściłem jeszcze batona proteinowego, żel energetyczny i prawdziwą gwiazdę "przepaku" - puszkę coca-coli o pojemności 0,25 litra. Trzeci worek oprócz kanapki i coli zawierał jeszcze pół tabliczki gorzkiej czekolady.

Nie zrozumie, czym jest puszka coca-coli na 66 kilometrze biegu, nikt kto takiego dystansu nigdy nie pokonał. Cola jest wtedy jak boski nektar, jak magiczny napój druida Panoramiksa, jak zbawienie. Smakuje wtedy lepiej niż na początku lat 90', gdy piłem ją z braćmi na strychu wiejskiego domu zagryzając białą czekoladą z malutkimi orzeszkami. Gdy wiesz, że na "przepaku" czeka na ciebie puszka coli, myślisz o niej już na 5 - gdzie tam 5!? - na 10 kilometrów wcześniej. I to nawet wtedy gdy - tak jak ja - na co dzień coli nie pijasz w ogóle. A potem pstrykasz jej aluminiowym otwarciem i z lubością wlewasz zawartość puszki prosto w przełyk. I możesz biec dalej.

Poza colą na Biegu 7 Dolin piłem rozdawaną na punktach muszyniankę, rozwodnioną herbatę i rozwodniony izotonik. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że mniej więcej od połowy dystansu miałem już muszyniankowych bąbelków serdecznie dość. No bo ileż w końcu można biec na gazie?! Bąbelki w herbacie, bąbelki w bidonie, w nosie też bąbelki, w dupie te bąbelki! Jeśli czegoś na tych zawodach brakowało, to na pewno na pierwszym miejscu była to normalna, niskomineralizowana woda, którą można byłoby pić bez ryzyka wzdęcia na każdym kolejnym szczycie. Ja jeszcze jakoś to przeżyłem, ale taki jeden kolega z muszynianką zdecydowanie się nie zaprzyjaźnił i po pierwszych 20 spokojnych kilometrach, kolejne 80 właściwie non stop na przemian bekał albo wymiotował. Ku chwale bąbelków!

Wśród wielu znajomych twarzy spotkałem na trasie dwóch blogerów, których regularnie czytam. Jednego bardziej regularnie, bo publikuje swoje wpisy w każdy poniedziałek, a drugiego mniej, bo ostatnio coś się ze swoim pisaniem obija. Pierwszy z nich - kawał biegacza ulicznego - debiutował w sobotę w biegu ultra i z tego co relacjonuje, wygląda na to, że przeżył kawał niezłej przygody. Za to drugi - też kawał biegacza - chyba zdecydował, że ma już tej przygody po kokardę, bo zszedł z trasy na 66 kilometrze. Na szczęście wcześniej zapozował z nami do pamiątkowego zdjęcia, które dowodzi, że na Biegu 7 Dolin nie tylko się człapie ale jednak też trochę biega. Dzięki Arrec za kilkanaście dobrych wspólnych kilometrów! 

Fil&Mik&Arrec fot. Festiwal Biegowy
  
Bieg 7 Dolin jest bardzo trudnym wyzwaniem, jednak uważam, że jak najbardziej mieści się w "ludzkiej skali". Myślę, że wielu biegaczy nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że też są w stanie pokonać taki dystans i - przede wszystkim - samych siebie. Bo co jak co, ale 100 kilometrów po górach po dobroci się nie zrobi. Trzeba umieć spojrzeć daleko za horyzont tego, co wydaje się nam, że jest w naszym zasięgu. Albo po prostu patrzeć pod nogi i koncentrować się tylko na każdym kolejnym kroku...

Zawody w Krynicy były moim decydującym sprawdzianem przed "startem życia" - Ultrałemkowyną. Czuję, że zaliczyłem ten sprawdzian, może nie na piątkę, ale na mocną czwórkę, a 150 miejsce w klasyfikacji generalnej w Biegu 7 Dolin jest dla mnie symboliczną dobrą wróżbą przed...150-kilometrową październikową trasą po moim ukochanym Beskidzie Niskim!

środa, 3 września 2014

7 Dolin 7 Grzechów

W ramach "przygotowań" do Biegu 7 Dolin, tak zwanej krynickiej "setki", popełniłem chyba wszystkie możliwe grzechy, jakie może popełnić biegacz na ostatniej prostej przed startem. Jadłem dużo o każdej porze dnia, a wieczorami to już zupełnie sobie folgowałem, piłem bąbelki, pszeniczniaki z browaru Konstancin, piekłem jabłeczniki, które potem z przyjemnością pochłaniałem, a do tego...prawie w ogóle nie biegałem!

Ba, nie dość, że nie biegałem, to prawie w ogóle się nie ruszałem. Od Chudego Wawrzyńca wyszedłem na trening może z pięć razy, z czego tylko raz zrobiłem więcej niż 10 kilometrów. Rozciągania zero, ogólnorozwojówki też tyle co nic i tylko rower w drodze do i z pracy ratował mnie przed kompletnym bezruchem. Jednak nie wiem dlaczego, ale w ogóle mnie ten stan nie martwi. Mimo że mam świadomość, że poziom mojego przygotowania w dziesięciostopniowej skali wynosi -1, czekam na piątek i wyjazd w kierunku Krynicy z entuzjazmem i dziwnym uśmieszkiem na ustach.

Myślę, że mój spokój bierze się stąd, że Bieg 7 Dolin traktuję zdecydowanie treningowo i krajoznawczo. Chętnie wdrapię się na Jaworzynę, z której do tej pory raczej zjeżdżałem i to tylko zimową porą, odwiedzę Rytro, które znam z wiosennej I edycji Niepokornego Mnicha, jak i całą resztę okolicznych gór i górek. Jednak koniec końców Krynicka "setka" wciąż pozostaje dla mnie jedynie przystankiem w drodze do największego wyzwania w tym roku i chyba w ogóle w całym moim biegowym doświadczeniu - październikowej Ultrałemkowyny. Bieg 7 Dolin ma być ostatnim przetarciem przed zmierzeniem się z trzycyfrowym dystansem. W Krynicy kilometrów będzie 100, za to półtora miesiąca później wystartujemy z tego samego miejsca już na 150-kilometrowej trasie. Liczę na to, że "stówka" wybaczy mi nieróbstwo, bo "sto pięćdziesiątka" takiej leserki jak ta ostatnia już na pewno mi nie daruje...

Plan na kolejne dni jest więc prosty. Odstawiam bąbelki, pszeniczniaki, jabłeczniki i wieczorne uczty i udaję, że nic się nie stało. Afirmuję się, że jestem w życiowej formie, staję na starcie na krynickim deptaku w sobotę o 3 nad ranem, dobiegam do mety w 17-godzinnym limicie, zjadam pizzę z rydzami na uzupełnienie węglowodanów i jestem najszczęśliwszym ultra biegaczem na świecie. Proste? Proste! Aha, a wcześniej świętuję wygraną Przyjaciela w konkursie na Biegowego Dziennikarza Roku. Zasady konkursu są co prawda wyjątkowo niejasne i szemrane, ale i tak wierzę, że Festiwal Biegowy to właśnie jego doceni. Dlaczego? Bo on naprawdę kocha bieganie!