poniedziałek, 9 grudnia 2013

Dokąd?

Kilka lat temu w ramach ówczesnej pracy organizowałem odczyt książki polskiego pisarza w Luksemburgu. Żaden ze mnie krytyk, ale myślę, że to była dobra książka, jeszcze lepszy pisarz, a sam odczyt po prostu genialny. Przygotowując się do całego przedsięwzięcia musiałem nadrobić pewne zaległości merytoryczno-biograficzne związane z naszym gościem, więc ochoczo zabrałem się do szukania i wertowania najróżniejszych materiałów jego dotyczących. Traf chciał, że wpadł mi w ręce egzemplarz czasopisma Lampa, w którym rozmówca autora wywiadu a nasz bohater, oprócz wielu innych ciekawych spraw, odniósł się do fenomenu biegania. Nie pamiętam już kontekstu, za to bardzo wyraźnie zapadł  mi w pamięć szyderczo-prowokatorski wydźwięk komentarza o biegaczach, którzy "biegną nie wiadomo dokąd i nie wiadomo po co". W tym samym czasie stawiałem akurat pierwsze biegowe  kroki, tak więc bardzo mnie dotknęła tak surowa opinia człowieka, którego poglądy bardzo szanuję, i z którymi z reguły się zgadzam. Jednak bezpardonowy atak na niczemu winnych biegaczy był dla mnie jak sztylet wbity prosto w serce - zapamiętałem sobie go i postawiłem za punkt honoru wrócić kiedyś do sprawy. Okazja nadarzyła się niespodziewanie szybko, bo odczyt, który miał się odbyć w październiku, zaplanowaliśmy jeszcze wiosną, a ja całe lato przygotowywałem się w górach do pierwszego w życiu maratonu. A akurat góry, w których trenowałem, i które uważam za "swoje", to te same góry, w których mieszka ów pisarz, i który uważa je za "swoje" jeszcze bardziej niż ja. Nasza konfrontacja była więc nieunikniona, niewiadomą pozostawało jedynie to, gdzie i kiedy się spotkamy. 
To był koniec sierpnia albo początek września i wyruszyłem z drewnianej chaty około południa na jedno z ostatnich długich wybiegań przed debiutanckim startem, 27 września 2009 roku. Początkowo popędziłem w dół udeptaną przez hucuły z pobliskiej stadniny leśną ścieżką. Gdy zbiegłem do doliny, przeprawiłem się przez płytki o tej porze roku strumień, za którym droga przekształciła się z błotnistej w kamienistą, a wraz z nią przyszło krótkie, uciążliwe wzniesienie. Za nim trakt znów schodził w dół, aż ku majaczącej w oddali szosie asfaltowej o randze wojewódzkiej. Jednak zwykle nie była ona szczególnie uczęszczana, toteż doskonale sprawdzała się jako treningowa namiastka maratońskiej prostej. Biegnąc nią wyobrażałem sobie, jak to będzie za niespełna miesiąc, kiedy już będę na trasie: zastanawiałem się, czy wytrzymam, czy odpowiednio się przygotowywałem, a może legnę gdzieś w połowie dystansu z kołataniem serca i nogami zalanymi cementem. Z chaosu tych i wielu innych myśli wyrwał mnie odgłos nadjeżdżającego z przeciwka samochodu. W biegu, z jakiegoś powodu, wyostrza mi się wzrok, dzięki czemu już z daleka dojrzałem za jego kierownicą znajomą, mocną posturę i charakterystyczną, przystojną twarz. Machnąłem raczej z sąsiedzkiej grzeczności, bo nie liczyłem specjalnie na to, że kierowca mnie rozpozna, a na dodatek nie chciałem przerywać treningu, bo jak już się raz stanie, diabelnie ciężko jest później na powrót zmusić ciało do wejścia w biegowy rytm. Jednak, gdy zobaczyłem, że na mojej wysokości samochód zaczął zwalniać, a po chwili zupełnie się zatrzymał, niewiele myśląc, cofnąłem się o kilkanaście metrów i już po chwili usłyszałem zadane pięknym, ciężkim głosem pytanie: "Gdzie tak biegniesz?". "Ćwiczę do maratonu," - mówię - "wracam właśnie do domu, bo już nogi bolą." Po czym zupełnie nie myśląc dodałem: "Wiem, że nie lubisz biegaczy, czytałem w gazecie..." Dziś myślę, że to było dość nieeleganckie, bo facet nie dość, że pokolenie starszy, to jeszcze sąsiad, uznany pisarz, a ja mu tak wypalam z grubej rury. Ale on ani trochę się nie zmieszał, tylko uśmiechnął się i stwierdził: "E tam, takie bieganie to ja rozumiem, ale jak patrzę na tych, co kręcą się w kółko dookoła bloku, to  przypominają mi chomiki. Ich nie rozumiem." Ja na to: "No dobra, to lecę dalej, bo mi się mięśnie zastaną. Do zobaczenia." Odpowiedział elegancko skinieniem głowy, po czym powoli skierował swoją maszynę na południe. Ja za to, nieoczekiwanie sprawnym krokiem, ruszyłem w przeciwnym kierunku ku wijącym się w górę serpentynom. Było coś niezwykłego w tym naszym spotkaniu, wymiana zdań nie trwała nawet pół minuty, ale w zupełności wystarczyła, żebym pozbył się całego bagażu niezrozumienia, który nosiłem w sobie od przeczytania tamtych słów w Lampie. Jako człowiek nie miałem mu co prawda nic do zarzucenia, ale jako biegacz nie darowałem mu tamtej ironii. Aż do tej chwili - w jednym momencie głowa uwolniła się od pragnienia konfrontacji, a nogi zaczęły poruszać się jakby lżej. Było po sprawie. 
Następny raz spotkaliśmy się już na jesiennym odczycie. Ja byłem wtedy świeżo upieczonym, dumnym maratończykiem, a on tylko uśmiechnął się pod nosem, gdy widział mnie w stroju biegowym wracającego do hotelu po treningu wśród zachodnioluksemburskich pagórków. A o bieganiu na szczęście już nigdy więcej rozmawiać nie musieliśmy.                     

niedziela, 8 grudnia 2013

Dzień "po"

"Mikołajki" to bardzo ciekawy dzień z perspektywy Mikołaja. Po pierwsze dlatego, że dostaje się dużo wspaniałych prezentów od rodziny i przyjaciół - przecież to w końcu twoje imieniny. W tym roku dostałem między innymi wyjątkową, kraciastą koszulę prosto z Londynu, piękną, świecącą papierową gwiazdę, kurs języka niemieckiego na kasecie audio, do tego podręcznik "Deutsch Sprechen Lernen", pokaźne pudełko raffaello, wielki zestaw sushi i dwa słoiki z przetworami domowej roboty. Najlepsze prezenty na świecie!  Ale mikołajki to dla Mikołaja nie tylko przyjemności ale i obowiązki. Co prawda obowiązki całkiem przyjemne ale jednak obowiązki - oprócz przyjmowania, prezenty trzeba również rozdać. Na szczęście 6 grudnia tego roku, dokładnie 2 dni temu, zawitało do naszego mieszkania liczne grono najmłodszych i selekcja podarunków była wyjątkowo łatwa i przyjemna. Każdy z gości dostał czekoladowy zestaw z czekoladowym Św. Mikołajem w roli głównej i w mgnieniu oka nastąpiło wielkie słodkościowe pałaszowanie. I mogłoby już tak zostać słodko i beztrosko, gdyby nie to, że wkrótce dzieci zaczęły robić się zmęczone, zabrały swoich rodziców do domów, a swojego solenizanta zostawiły na pastwę tego, co miało nadejść. A właściwie "tych", bo było ich dwóch - moich serdecznych przyjaciół - którzy postanowili zorganizować część drugą tegorocznych mikołajek, tym razem już w wersji dla dorosłych. Przybyli w towarzystwie czegoś, co nazywało się Lubelska Antonówka, miało pod 40% i na pewno nie było najbardziej pożądanym trunkiem z perspektywy biegacza. Nie będę opisywał tego, co działo się później, bo to nie przystoi na biegowym blogu. Napiszę tylko, że obudziłem się następnego dnia o 10 i od razu wiedziałem, że o żadnym treningu nie może być mowy - każdy ruch mógłby być groźny, jak nie dla mnie to dla otoczenia. Odczekałem chwilę i odpowiedzialnie postanowiłem nie porywać się na duże przedsięwzięcia tylko - zgodnie z biegową zasadą - posuwać się do przodu metodą małych kroczków. Pierwszy kroczek - kąpiel - okazał się fałszywy, zamiast orzeźwienia przyniósł bowiem zagotowanie się wnętrzności. Chyba za bardzo przekręciłem kurek z wodą w lewo... Drugi był już lepszy - wizyta u najlepszych sąsiadów pod słońcem - tam pyszne śniadanie, dwie kawy w dużym kubku i dużo dobrych słów. Od razu lepiej, na ciele i na duszy. Przełomowy okazał się trzeci krok - długi spacer po młocińskim lesie w wybornym towarzystwie czterech czterołapnych towarzyszy - husky'ego Felka, owczarka australijskiego Poli i dwóch przepięknych kundelek: rudej Lisi i czarnej, mądrej, której imienia nie pamiętam, ale o wielkiej mądrości bijącej z oczu. Rześkie powietrze, chłodny wiatr - pozostałość po strasznym orkanie Ksawerym (http://biegajsercem.blogspot.com/2013/12/upadek.html) - i kruchy śnieg pod stopami sprawiły, że poczucie niedogodności związane z wydarzeniami poprzedniego dnia zaczęło się prędko oddalać. Ostatecznie do życia przywrócił mnie przepyszny posiłek przygotowany przez nieocenioną panią Nadię - dzięki niej wizyty u wracającej do formy babci B sprawiają, że czuję się jak szczurek Ratatuj wpuszczony do kuchni samego Alberta Gusteau. Do domu wróciłem więc pełen wrażeń i jeszcze pełniejszy jedzenia. Łatwo sobie wyobrazić, że o chęć do treningu było niewiele łatwiej niż rano, kiedy głowa z ledwością odrywała się od poduszki. I wtedy i teraz buty biegowe na stopach bardziej kojarzyły mi się z karą niż z nagrodą. Jednak nieoczekiwanie nawet dla samego siebie okazałem się twardy i podjąłem wyzwanie. Rzuciłem rękawicę grzechowi lenistwa, ubrałem się i wybiegłem na przenikliwie zimny świat. Jednak przedtem zadzwoniłem jeszcze do sąsiada - tego samego, który jeszcze rano parzył, przywracającą wiarę w dalszą część dnia, kawę. Okazało się, że chęci było w nim jeszcze mniej niż we mnie, ale po chwili postawił się do pionu i już 15 minut później spotkaliśmy się pod blokiem. Nie mieliśmy żadnego planu oprócz założenia, że postaramy się po drodze nie paść ze zmęczenia na pysk. Wkrótce okazało się, że wszystkie nasze obawy były zupełnie bezpodstawne. Z każdym krokiem byliśmy coraz bardziej żwawi i zebrani w biegu. Sunęliśmy do przodu bardzo dobrym tempem rozmawiając ze sobą i żartując. W sumie biegaliśmy dobrą godzinę, dwukrotnie okrążając park i robiąc ponad 10 kilometrów wliczając dwa trudne podbiegi. Spotkaliśmy też na trasie kilku biegaczy, z którymi poczuliśmy dużą solidarność - bo gdy ktoś biega w taką pogodę, musi być "swój"! Trening z Sąsiadem był dla mnie zupełnie nieoczekiwanie zdecydowanie najprzyjemniejszym biegiem w ciągu minionego tygodnia. Konkluzja jest taka, że w dobrym towarzystwie, nie straszna jest ani okropna aura, ani nawet efekt dnia "po". Może więc warto poznać swoich sąsiadów i sprawdzić, czy nie ma przypadkiem wśród nich wyjątkowego kompana biegowych przygód? Tego wam wszystkim z głębi serca życzę - mikołajkowo i niemikołajkowo!            

piątek, 6 grudnia 2013

Upadek

Orkan Ksawery straszył całą noc. Każde jego dmuchnięcie było jak zły znak, jak przestroga mówiąca: "Zapomnij o tym, co chcesz zrobić, siedź pod kołdrą i nie wyściubiaj spod niej nosa." Budzik zadzwonił o 6:30, ale akurat dzisiaj zupełnie niepotrzebnie - złowieszcze wycie wiatru i trzeszczące szyby w starych, drewnianych oknach sprawiły, że nie zmrużyłem oka właściwie przez całą noc. Kiedy usłyszałem charakterystyczny dźwięk porannej melodii dobiegającej z leżącej na parapecie komórki, z jednej strony nie wierzyłem, że to już, a z drugiej cieszyłem się, że moja bezsenna męka dobiegła końca. Chciałem już tylko ruszyć z kopyta w nowy dzień, jednak miałem poważne wątpliwości, czy wyjście na trening w taką pogodę to aby na pewno najlepszy pomysł. Tym bardziej, że wietrzysko ani myślało ustąpić, a nawet sprawiało wrażenie coraz bardziej się wzmagać. Jednak ciężka noc zrobiła swoje - umysł miałem zupełnie bezwolny, jakby obojętny, na to co miało dziać się dalej. Dałem więc ponieść się nogom, a one nie miały najmniejszych złudzeń, co należy począć z tak niecodziennym porankiem. Kilka szybkich kroków i już byłem w toalecie, potem kuchnia, tam szklanka wody i dalej kurs na zagracony pokój zwany gabinetem. Tam z przepełnionej szafy biegowe ubrania wypadły same, a mi pozostało tylko wrzucić je na siebie i już byłem gotowy na bieg. Tylko ten orkan wciąż napędzał mi lekkiego stracha. Pomyślałem jednak, że jak będę uważał przebiegając pod drzewami i chronił się przed spadającymi konarami, powinno się udać. Wybiegłem.
Początkowo posuwałem się do przodu powoli, z dużym respektem dla warunków atmosferycznych, wciąż zastanawiając się, kiedy przybędzie jakiś zabłąkany podmuch i porwie mnie w dal razem z sobą. Jednak minuty mijały, a podmuch nie nadchodził. Szybko okazało się, że orkan był dużo groźniejszy z perspektywy ciepłego łóżka niż w starciu bezpośrednim. Przez cały bieg naliczyłem może tuzin złamanych gałęzi na chodnikach i kilka innych śladów wskazujących na to, że wzdłuż parkowych alei mogła przejść jakaś wichura. Właściwie mógłbym wcale nie zauważyć różnicy pomiędzy dzisiejszym porankiem a każdym poprzednim, gdyby nie jedna różnica - przez ponad pół godziny biegu nie spotkałem ŻADNEGO biegacza. Nie wiem, czy przestraszyli się orkanu, czy spłoszyło ich nieprzyjemne, zimne i wilgotne powietrze, ale fakt był taki, że w parku biegałem dziś w osamotnieniu. I może to właśnie to osamotnienie sprawiło, że w pewnej chwili poczułem się zbyt pewnie i na moment straciłem czujność - biegłem lekko, szybko i ryzykownie, czyli w sposób zupełnie nieodpowiedni jak na początek zimy i brak wystarczającego "obiegania". Zemściło się to pod sam koniec trasy, gdy najtrudniejszy odcinek miałem już za sobą. Pozostał mi już tylko krótki, ostry zbieg po schodach i potem długa prosta do domu. Przed schodami był ostry wiraż, a ja wpadłem w niego pełen animuszu - moje "wejście smoka" skończyło się efektownym poślizgiem i jeszcze efektowniejszym upadkiem. Przejechałem na prawym półdupku po oblodzonym betonie kilka dobrych metrów, po czym - jakby jednym ciągiem - zgrabnie wstałem i żwawo pobiegłem po stopniach w dół. Do domu dotarłem już bez dodatkowych atrakcji i w sumie byłem bardzo zadowolony z zaliczonego treningu. Tylko poczucie wstydu nie pozwalało o sobie zapomnieć - nie pokonał mnie groźny orkan, którym straszyli nawet w telewizji, za to koncertowo załatwiłem się ja sam!              

czwartek, 5 grudnia 2013

Pod górę

Dziś mija czwarty dzień od mojego powrotu do biegania. A zgodnie z planem jaki obrałem(http://biegajsercem.blogspot.com/2013/12/plan.html), czwarty dzień przypadł akurat na czwartek. A to znaczy, że dzisiaj były podbiegi. Nawiasem mówiąc, codziennie, gdy wybiegam z domu, zastanawiam się, jak to się stało, że przyszło mi mieszkać w tak cudownym miejscu dla biegacza. Żeby zrozumieć moje szczęśliwe położenie wystarczy wspomnieć, że w zasięgu kilku kroków mam bieżnię lekkoatletyczną, wspaniały park, pętlę o długości 1,7 km idealną do przeróżnych sprawdzianów (np. testu Coopera) no i górkę. Wszystkie te atrakcje są fantastyczne i sprawiają, że o różnorodny trening jest mi naprawdę nietrudno, jednak gdybym miał wybrać tę ulubioną, z całą pewnością byłaby to właśnie górka. Wielu biegaczy nie lubi podbiegów, męczą ich, deprymują i zabijają sportowy entuzjazm. Ja je uwielbiam - niezależnie od tego, czy biorę je wolnym truchtem czy niemalże sprintem, zawsze sprawiają mi dziecięcą radość. No może z wyjątkiem dużych mrozów, kiedy z niewiadomego powodu, przy biegowej wspinaczce zamarzają mi włosy w nosie i muszę oddychać ustami. Trzeba więc wybierać - depilacja nosa albo zapalenie płuc! Poza tą małą niedogodnością podbiegi to zdecydowanie mój ulubiony element treningu. Lubię je za to, że w krótkim czasie można poczuć, że zrobiło się naprawdę wartościową pracę, ale również za to, że - w przypadku mojej trasy - są łącznikiem pomiędzy światem cudownej porannej ciszy (początek jest umiejscowiony na skraju parku) a krainą hałaśliwego miejskiego gwaru (koniec znajduje się przy ruchliwej ulicy). Dzięki temu mogę niemalże w tej samej chwili przyglądać się budzącym się do życia wiewiórkom i elegancko ubranym kierowcom, którzy śpieszą do pracy w centrum miasta. A pomiędzy nimi ja - zasapany, zlany potem, z grymasem wysiłku na twarzy. Jednak wszystko to znika przy zbiegu, wydłużam wtedy krok, wypinam do przodu pierś i uśmiecham się szeroko. Uśmiech znika dopiero, gdy po raz kolejny zawracam i znów oddaję się mozolnej pracy nóg ciągnąc ciężkie cielsko pod górę i sapiąc jak traktor Ursus 360, któremu ktoś odłączył dodatkowe przełożenie. W pierwszym tygodniu mojego planu założyłem sobie, że podbiegów będzie pięć. Przy 400-metrowym odcinku daje to okrągłe 2 kilometry, a ja uznałem, że na początku to w zupełności wystarczy. Przerwa nauczyła mnie, że nie zawsze warto iść na maksa, dlatego tym razem pozwalam sobie na spokojne zwiększanie obciążenia. Może za kilka miesięcy będę robił w czwartki już nie 5 a na przykład 10 podbiegów. Ja jestem na tak, ale nie wiem, co sobie wtedy pomyśli pan ochroniarz, który stoi na górze i pilnuje wjazdu na parking muzeum. Bo już dzisiaj patrzył na mnie podejrzliwie, gdy tak cały czas biegałem obok niego jak wariat, to w górę to w dół...        

środa, 4 grudnia 2013

Plan

Jest taka znana prawda, która mówi: "W życiu trzeba mieć plan, nawet jeśli jest to zły plan". Zgadzam się z nią, mimo że nie zawsze udaje mi się ją zastosować na własnej skórze. Zawsze wydawało mi się, że w życiu kierują mną raczej emocje i intuicja niż czysta kalkulacja, ale ostatnio coraz więcej się nad tym zastanawiam i coraz więcej widzę w swoich działaniach wyrachowania a coraz mniej romantyzmu. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle, ale godzę się z tym i liczę na to, że ten postępujący pragmatyzm nada się, nawet jeśli nie w codziennym życiu, to przynajmniej w bieganiu.
 
Powrót do biegania po długiej przerwie (http://biegajsercem.blogspot.com/2013/12/powrot.html) jest dla mnie doskonałą motywacją do tego, żeby w jakiś sposób usystematyzować swój trening. Raczej nie grozi mi uzależnienie od kosmicznie skutecznych planów, których pełno w Internecie, ale jednak jakieś reguły wprowadzić spróbuję. Pierwszą z nich jest zasada, którą przekazał mi niedawno człowiek, który kiedyś wprowadził mnie w biegowy świat. Jest ona bardzo prosta: biegaj krócej ale szybciej. Długie wybiegania zostaw sobie na deser. Jednak nawet ów człowiek, zanim to zrozumiał, musiał wytłuc swoje kilometrogodziny po miejskich chodnikach i zmrożonych leśnych ścieżkach. Kiedyś, gdy podstawą były dla niego długie wycieczki po lesie w komfortowym tempie, całymi latami bił się z granicą 3 godzin w maratonie i zawsze przegrywał. I dopiero gdy zmienił fundament, mógł liczyć na przełom. Zaczął biegać krócej, szybciej i zwrócił większą uwagę na dwie rzeczy: technikę biegu oraz trening ogólnorozwojowy całego ciała. Wcale nie znaczy to, że od tej pory spędzał godziny w siłowni, wręcz przeciwnie, wystarczyło wzbogacić trening o kwadrans podstawowych ćwiczeń i  - przy regularnym ich wykonywaniu - okazało się, że zdziałały cuda. W 4 miesiące udało mu się osiągnąć rzecz na amatorskim poziomie niesłychaną - zbić swój maratoński rekord o blisko 10 minut, z 3 godzin z górką do 2:52. Oczywiście dla mnie takie czasy jeszcze na długo (jeśli nie na zawsze) pozostaną w sferze marzeń, jednak mogą mi przynajmniej posłużyć za inspirację i dowód na to, że nigdy nie jest za późno, żeby przekonstruować swoje myślenie. Tym samym przede wszystkim założyłem sobie, że będę biegał codziennie, za wyjątkiem niedziel, w które mam zamiar leniuchować albo najpierw pójść na basen a leniuchować dopiero później. Druga zasada to nieprzekraczanie 10 kilometrów dziennego dystansu. Oprócz sobót, kiedy dobrze byłoby wyskoczyć na długą przebieżkę do lasu albo nad rzekę. Trzecia zasada to różnorodność treningu: postanowiłem nie biegać cały czas tego samego, żeby nie przyzwyczajać umysłu i mięśni do biegowej monotonii, i  do trzech powtarzalnych sesji w postaci 8-kilometrowej pętli dookoła parku w poniedziałki, środy i piątki dołączyłem interwały na bieżni we wtorki i dynamiczne 400-metrowe podbiegi w czwartki. Pewnie z czasem trzeba będzie pomieszać w kolejności cyklów, bo głowa nie gapa i zaraz przyzwyczai się i zacznie płatać figle. Jednak wierzę, że na pierwszy miesiąc takie urozmaicenie w zupełności wystarczy. Ostatnią zasadą na ten moment jest nie wymigiwanie się od "ogólnorozwojówki" na zakończenie treningu - zatem oprócz rozciągania obowiązkowe są: podpór, podciąganie i minuta (albo dwie) brzuszków. Ha, byłbym zapomniał o może i mojej najważniejszej, piątej zasadzie w bieganiu, autorstwa "Mistrza Celiny": Bioderka! Do przodu! Bioderka do przodu! Tak, tak, niestety większość z nas - amatorów - ma tendencję do zostawiania w biegu pupy gdzieś daleko "za sobą", a nawyk ten niestety bardzo źle wpływa na technikę i ekonomikę biegu. Także biegacze: głowy do góry, a tyłki do przodu!                   

wtorek, 3 grudnia 2013

Ekonomia biegania

Dowiedziałem się ostatnio dwóch ciekawych rzeczy. Pierwszą przekazał mi zaprzyjaźniony prawnik - okazuje się, że w Polsce bankructwo ma prawo ogłosić zarówno firma jak i osoba prywatna. Może to zrobić, ale taki "przywilej" jest obwarowany wieloma nakazami i zakazami, do których bankrut musi się zastosować, jeśli nie chce skończyć za kratami. Żeby było ciekawiej, przepisy regulujące tę kwestię zostały określone jeszcze w latach 60. czy 70. poprzedniego wieku i do tej pory nie zostały poddane gruntownej aktualizacji. I tak, można w ustawodawstwie doszukać się prawdziwych perełek, z których najciekawsze pozwalają osobie fizycznej w stanie upadłości na zachowanie prawa do posiadania czarnobiałego telewizora (ale już kolorowy nam zabiorą) a także radioodbiornika (bankrucie, pożegnaj się z wieżą hi-fi) oraz podstawowych przyborów toaletowych. Te same przepisy zakazują jednocześnie posiadać więcej niż jedną krowę lub dwie kozy lub trzy owce (w żadnym razie nie można traktować wymienionych gatunków zwierząt łącznie). Mecenas opowiedział przy tym groteskową historię rolnika, który popadł w finansowe tarapaty, a jego jedynym cennym dobytkiem było stado krów liczące 50 dorodnych osobników. Pewnego dnia - po oficjalnym popadnięciu w bankructwo - miały odwiedzić go odpowiednie służby z zamiarem konfiskaty majątku, jednak rolnik miał szczęście, bo został w porę uprzedzony przez życzliwego wójta o nieprzychylnej wizytacji. Gdy tylko usłyszał o nadchodzącym niebezpieczeństwie, natychmiast zebrał swoje stado i uciekł z nim do lasu. Przesiedział tam ponad tydzień, a gdy wrócił do gospodarstwa, po służbach nie było już śladu.
O drugiej historii dowiedziałem się czytając dziś rano raport Marty Piątkowskiej odnośnie badania TNS Polska i portalu nk.pl dotyczącego jakości życia Polaków. Jedną z ankietowanych osób był w tym sondażu Tomasz - 39-letni mieszkaniec Warszawy, były właściciel firmy i dawniej bardzo zamożny człowiek. Dziś po jego dobytku nie ma już śladu - Tomasz zarabia 1600 zł na rękę, po opłaceniu rachunków zostaje mu na życie 700, a oprócz jedzenia musi z tego opłacić leki, ubrania, chemię i przyjemności. Nie stać go na telewizor, 11-letnia pralka i lodówka to jeszcze pozostałości z tłustych lat, a gdy zepsuł mu się monitor, na nowy pożyczył od ojca i teraz spłaca mu kilkadziesiąt złotych miesięcznie. Jednak mimo trudnej (a w kontekście dawnych czasów wręcz bardzo trudnej) sytuacji materialnej, Tomasz przyznaje, że nie czuje się nieszczęśliwy. Wystarczyło, że ograniczył swoje potrzeby, zmienił perspektywę patrzenia, a zrozumiał, że w zestawieniu z resztą społeczeństwa nie ma wcale tak najgorzej.         
Tylko co to wszystko ma wspólnego z bieganiem? Ano to, że w bieganiu jak w życiu - można żyć ponad stan i ponad realne zapotrzebowanie, zasypywać się nowymi technicznymi ciuchami, amortyzującymi butami i kosmicznymi gps-ami w pulsometrach - wszystko to za odpowiednią cenę. Warto tylko mieć tę świadomość, że czas żniw zawsze się kiedyś kończy i - w niesprzyjających okolicznościach - będziemy zmuszeni, jak ten rolnik, założyć na siebie wszystkie te nasze gadżety i uciekać w las. Dla równowagi, można też iść (i biec) szlakiem wytyczonym przez wspomnianego Tomasza - starać się zadowolić minimum potrzebnym do życia i dostrzegać wartość tam gdzie dostrzec ją najtrudniej. Na przykład w codziennym treningu, niezależnym od tego, czy kupiliśmy sobie nową wiatrochronną kurtkę, kompresyjne skarpety czy zestaw rewolucyjnych power żeli odżywczych. Oczywiście nie chodzi mi o to, żeby rezygnować ze wszystkiego, tym bardziej, że sprzęt biegowy może być doskonałą motywacją i nagrodą za poniesiony wysiłek. Za to jestem przekonany, że warto się poświęcić i spróbować zachować zdrową proporcję pomiędzy zapotrzebowaniem na treningowe atrybuty a ich faktycznym wpływem na nasze bieganie. Bo wtedy, nawet gdy przyjdzie nam ogłosić bankructwo, służby będą zobowiązane zostawić przy nas dwa komplety bielizny (jeden na zmianę). A że będzie to bielizna termiczna? To nie powinno nikogo obchodzić - przecież PRL-owskim władzom nie przyszło do głowy wpisać do ustawy słowa "termiczna".   

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Istota biegania

Wielokrotnie zastanawiałem się nad tym, dlaczego biegam. W tym przypadku proste odpowiedzi nigdy nie były jednak dobre. Zastanawiałem się, czy napędza mnie pragnienie zmęczenia ciała, wyćwiczenie jego sprawności, chęć dotarcia w konkretne miejsce, czy może zwykły kontakt z naturą.

Te i wiele innych wytłumaczeń nie przyniosły mi jednak wyczerpującego rozwiązania zagadki, co tak naprawdę sprawia, że budzę się godzinę wcześniej niż bym mógł, że konsekwentnie ruszam przed siebie w deszczu, w upale, w śnieżycy i w kłującym mrozie. Zastanawiałem się nad tym o różnych porach dnia, przed treningiem, po nim, ale przede wszystkim w te dni, w które - z różnych powodów - akurat nie biegałem. A że ostatnio było ich sporo, miałem bardzo dużo czasu na myślenie. I dopiero całkiem niedawno uświadomiłem sobie, co sprawia, że kocham biegać.

A stało się to zupełnie przypadkiem, podczas rozmowy z przyjaciółką, dotyczącej zresztą czegoś zupełnie innego niż bieganie - zastanawialiśmy nad istotą doskonałości, a ja zacząłem mówić i wpadłem w jeden z tych słowotoków, kiedy zdania same zaczynają zlewać się w jakąś koncepcję, nad którą po chwili nie ma już żadnej kontroli. Zdarza się, że w podobnych sytuacjach plotę głupstwa, ale szczęśliwe częściej zdarza się, że moje spostrzeżenia nie są pozbawione sensu. A przynajmniej tak mi się wydaje...

Tym razem powiedziałem coś, co brzmiało mniej więcej tak: "Do tej pory doświadczyłem w swoim życiu dwóch rodzajów doznań zbliżonych do doskonałości. Jednym z nich jest poczucie harmonii w parze, jednak ten stan ma tę wadę, że jest zupełnie niekontrolowalny, a na dodatek w dużej mierze zależy od dyspozycji drugiej strony. Trzeba się więc nim cieszyć, gdy się pojawia, ale w żadnym wypadku nie należy go oczekiwać, a tym bardziej brać za pewnik. W bieganiu przedstawia się to zgoła inaczej. Na pewnym poziomie wytrenowania, kiedy zadyszka przestaje być problemem, a mięśnie i stawy są już przyzwyczajone do dużego wysiłku, właściwie na każdym treningu dochodzi do sprzężenia ciała i umysłu. W pewnym momencie stają się one jednością i wprawiają biegacza w swoisty trans. U jednych trwa on dłużej u innych krócej, jednak każdy, kto go doświadczył potwierdzi, że jest to fantastyczne uczucie skrajnego wytężenia zmysłów przypominające silne odurzenie. Naukowcy mogą to nazywać szokiem endorfinowym, ale dla mnie jest to doskonałość w najczystszej postaci, chwila nieopisanej harmonii wszystkich składowych człowieka."

Sam byłem zaskoczony swoją nieoczekiwaną teorią, ale nie zmienia to faktu, że wciąż się pod nią podpisuję i uważam, że - jakkolwiek buńczucznie by to nie zabrzmiało - regularne bieganie jest najprostszą drogą do zbliżenia się do poczucia doskonałości, i nawet jeśli jest to doskonałość ulotna, warto poświęcić godzinę w ciągu dnia, żeby przynajmniej się o nią otrzeć.                 

Powrót

Dziś rano wróciłem do biegania. Równo siedem miesięcy po tym jak naoglądałem się na youtube filmów z Tonym Krupicką i zapragnąłem zostać górskim ultrabiegaczem. Na początku wszystko wydawało się iść zgodnie z planem, bo sprawiłem sobie minimalistyczne buty i wyprawiłem się na południe. Włosy zaczęły rosnąć szybciej, a ja co świt wstawałem na trening i wyobrażałem sobie, że już wkrótce "Jezus z Kolorado" będzie miał polskiego brata bliźniaka. Biegałem codziennie, przemierzałem połoniny, lasy, górskie szutrówki, mniejsze i większe bagna, a na koniec zawsze wracałem do domu podziurawioną, wiejską asfaltówką. Zabłocone buty myłem w strumieniu, a wcześniej podciągałem się na cienkiej, bukowej gałęzi, która spełniała rolę drążka. Zasłużone śniadanie było prawdziwą uczta: na zmianę jajecznica z 5 wiejskich jajek od szczęśliwych kur albo owsianka na prawdziwym, tłustym mleku prosto od krowy. I kiedy dzisiaj pomyślę sobie, że miałem to wszystko za sobą już o 9 rano, wiem, że to było zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe. Sielanka skończyła się bardzo prędko, nie wiem nawet, czy wytrwałem w tym rytmie miesiąc. Któregoś nieszczęsnego ranka wstałem bowiem wcześniej niż zwykle - o 5:30 - i poczułem w sobie niezwykłą moc. Gdyby nie ogłuszyła mnie nocna, górska cisza, może zdołałbym usłyszeć szatański śmiech przedzierający się przez alarm budzika. Jednak nic nie usłyszałem i niedługo potem to samo poczucie mocy, które niosło mnie przez pierwsze kilometry ambitnego biegu, obezwładniło mnie właściwie bez większego wysiłku. Obrałem sobie ulubioną trasę na szczyt Magury Małastowskiej, potem długi płaski odcinek jej grzbietem - traktem, który nazywamy leśną autostradą, dalej ostry nawrót w miejscowości Bielanka i powrót do domu pod górę bitą drogą przez knieję. To była naprawdę ambitna wycieczka, bo nie dość, że długa na jakieś 30 kilometrów, to  jeszcze mnóstwo było na niej trudnych zbiegów i podbiegów. Wtedy wydawało mi się, że podszedłem do zadania ambitnie, dziś wiem, że byłem po prostu głupi. Nie byłem gotowy na tak wymagający bieg w tak szybkim tempie. Pierwsze odcinki pod górę i po płaskim zleciały mi momentalnie, a ja mknąc po grzbiecie Magury czułem się, jakbym prowadził z ogromną przewagą nad kolejnym zawodnikiem w jakichś ważnych, międzynarodowych zawodach. Wkrótce jednak moje zmyślone wielkie zawody zamieniły się w jeden wielki, rzeczywisty zawód. Czułem się jak mocarz, to i biegłem jak mocarz - bez hamulców i bez pokory. Nawet nie wiem kiedy, na pierwszym ostrym zbiegu, tuż przed połową drogi moje prawe kolano przeszyło bolesne ukłucie. Wiedziałem, że stało się coś niedobrego, ale byłem już za daleko, żeby zawracać. Tym bardziej, że pierwsza część trasy wiodła po podmokłym terenie, a teraz zbliżałem się do regularnej, twardej drogi. Na niej powinno być lżej nawet jeśli miało być pod górę. Kiedy do niej dotarłem, było już całkiem źle, kłucie z kolana przeniosło się odrobinę niżej i zamieniło się w potworny ból wzmagający się przy każdym stawianym kroku. Jednak ja, w myśl zasady Kena Chloubera, postanowiłem spróbować się z moim bólem zaprzyjaźnić. I to był koniec, ból odwzajemnił uczucie na swój szczególny sposób i sprawił, że do domu dosłownie się dowlokłem. To był piękny, bezchmurny dzień i pamiętam, że choć ostatni 5-kilometrowy odcinek pokonywałem kuśtykając, było w tym akcie coś pięknego. Byłem sam w sercu lasu, szedłem środkiem bitej drogi przeznaczonej do zwózki drewna, a nad moją głową śpiewały ptaki rozochocone gwałtownym powiewem wiosny. Po powrocie do domu zaczął się czas wyczekiwania na poprawę stanu tego czegoś, co mi doskwierało. Do dziś nie wiem, czy była to chrząstka w kolanie, przyczep mięśnia, ścięgno czy jeszcze coś innego. Spodziewałem się maksymalnie kilku tygodni przerwy, jednak - jak się później okazało - nie pomogła ani tajemnicza maść z ostryg, którą dostałem od przyjaciela, ani różne maści przeciwzapalne ani nawet okłady z liści kapusty, które rzetelnie nakładałem na nogę każdego wieczoru. Jedynym dobrym lekarstwem okazał się być czas. Zajęło mi równe pół roku, żeby przebiec kilka kilometrów bez bólu, dyskomfortu i obaw. Ostatni miesiąc to seria różnych prób, zmian obciążeń i zwiększanie dystansu. Dzisiaj przyszedł czas na powrót do biegania na dobre. Jestem po pierwszym treningu, jestem też cięższy o parę kilo od czasu, gdy próbowałem wejść w nie swoje biegowe buty. Za to pozbyłem się niemierzalnego ciężaru oczekiwań wobec samego siebie.
A Jezus jest tylko jeden. Mieszka i biega w Kolorado...