sobota, 11 października 2014

Ultrałemkowyna - parę słów i zdjęć z I etapu

Prawie równo 3 miesiące po zmierzeniu się z drugim fragmentem trasy Ultrałemkowyny z Koziego Żebra do Wołowca, kilkanaście dni temu spróbowałem swoich sił na odcinku początkowym: z Krynicy-Zdroju do Regietowa. Tym razem niestety nie mogłem biec ze względu na ciągnący się jeszcze od Forest Run'u uraz pasma biodrowo-piszczelowego, więc pokonałem 26-kilometrową trasę ekspresowym marszem. Pięć i pół godziny po wejściu na czerwony szlak w Krynicy byłem w Regietowie i tym samym zakończyłem mój test generalny trasy. Po tym doświadczeniu i na dwa tygodnie przed startem 150-kilometrowej Łemkowyny Ultra Trail wiem jedno - zawody te na pewno będą ogromnym wyzwaniem dla uczestników, jednak po tym co zobaczyłem myślę, że przed jeszcze trudniejszym zadaniem niż biegacze stoją sami organizatorzy.


Poza nielicznymi odcinkami, gdzie pogubić się nie da, właściwie na każdym kilometrze znajdzie się miejsce, gdzie brakuje oznakowania, szlak jest niewidoczny, brakuje informacji o skręcie, albo skręt jest ale nie ma wskazówki czy należy skręcić razem z nim. Do tego tuż za Krynicą natkniemy się na sporo powalonych grubych drzew, przez które przeprawa w tłumie w środku nocy może być naprawdę upierdliwa. Myślę więc, że jedynym sensownym rozwiązaniem jest pójście tropem organizatorów np. UTMB i gęste "udekorowanie" trasy fluorescencyjnymi taśmami. Obawiam się, że w innym wypadku wszyscy się pięknie na naszej pięknej Łemkowszczyźnie pogubimy!

 
Oprócz tych fragmentów, gdzie zamiast biec będziemy musieli skakać niczym kozy karpackie ponad rozrzuconymi jak zapałki potężnymi świerkami, odcinek z Krynicy do Mochnaczki jest bardzo przyjemny, a jedynym dodatkowym utrudnieniem może być błoto. Podczas mojego rekonesansu było stosunkowo sucho, a i tak w niektórych miejscach przedzierałem się przez niezłą paciarę. Aż strach pomyśleć, co się tam będzie działo, jeśli - tfu, tfu - przed Ultrałemkowyną Beskid Niski, jak to ma czasem w zwyczaju, spłynie deszczem...




Jednak na szczęście wiele jest też momentów gdzie śmiało będzie się można rozpędzić, cieszyć każdym szybkim krokiem w dół i rozkoszować tajemnicą młodej, beskidzkiej nocy...



Tuż przed Mochnaczką po raz pierwszy spotkamy się z magią Beskidu. Kiedy to zobaczyłem, pomyślałem, że coś takiego mogło się zdarzyć tylko tu. Czyżby ktoś malował szlak po "kropce"?


Zaraz potem kolejna niespodzianka z gatunku tych naprawdę niespodziewanych - najprawdziwszy most zwodzony! A żeby było śmieszniej szlak na "moście" został namalowany tak, że widać go tylko z jednej strony - tej przeciwnej do kierunku, w którym już niedługo pobiegnie Ultrałemkowyna. Istnieje więc ryzyko, że bez odpowiedniego oznaczenia tej niezwykłej przeprawy, biegacze przegapią skręt i - kilkaset metrów dalej - będą zmuszeni skorzystać z mostu alternatywnego. Brrr...

Most zwodzony w kierunku Komańczy
most zwodzony w kierunku Krynicy
widok z mostu
most alternatywny
Dalej biegacze niech pamiętają, że winkiel stodoły należy wziąć z lewej strony, i już po chwili wyskoczą na krótki odcinek asfaltu w Mochnaczce. Za to później już prawie same górki aż do Banicy koło Izb. To zdecydowanie najpiękniejszy odcinek pierwszej części trasy, szkoda że będziemy go pokonywać po ciemku...









W Banicy koło Izb magia Beskidu przybiera swoją mniej przyjazną twarz. Po pierwsze, w miejscu w którym szlak wprowadza nas do wioski, to coś za stodołą to nie błoto tylko najczystsza gnojówka. A zatem impregnację Waszych salomonów, inowejtów i innych trailowych cudeniek dostajecie w pakiecie! 


Jednak najgorsze ma dopiero nastąpić. A jest nim Kajtek, 5-letni mieszaniec, klasyczny mały wioskowy czarno-biały jebik, który niepostrzeżenie wyskakuje zza rogu stajni, wgryza się swoimi nieproporcjonalnie wielkimi i ostrymi zębami prosto w achillesa, po czym momentalnie ucieka. Ugryzienie Kajtka bardziej zaskakuje niż boli, ale cholernie wkurza i jest nieuniknione. Kiedy następnego dnia przyjechałem do Banicy wylegitymować jego i jego właściciela z historii szczepień, bydlak użarł mnie znowu. Na szczęście tym razem byłem w długich spodniach, które ochroniły mnie przed ukąszeniem Kajtka. Dwie dobre wiadomości są takie, że jest szansa, że w nocy - kiedy będziemy przebiegali nieopodal jego stajennej budy - Kajtek będzie jeszcze spał. Druga jest taka, że ten mały potwór jest szczepiony!


Odcinek z Banicy do Izb jest dużo przyjemniejszy niż spotkanie z Kajtkiem, choć szlak wciąż można zgubić bardzo łatwo. Dopiero za rzeką (ciekawe jaki będzie jej poziom pod koniec października?) w Izbach widać, że PTTK jednak czasem czuwa. Zła wiadomość jest za to taka, że znaczniki są bardzo czytelne przy drogach, tam gdzie i tak wiadomo gdzie biec, za to jak tylko wkraczamy w las, trzeba liczyć głównie na swojego własnego czuja!


     








Za Izbami w kierunku Ropek z orientacją powinno być łatwo, bo przez kilka dobrych kilometrów będziemy brnąć lekko pod górę szeroką, szutrową drogą leśną. Jednak w pewnym momencie nagle trzeba będzie skręcić w lewo, więc czujność będzie na wagę złota! Ten szutrowy odcinek dla wielu może być nużący, także jeśli ktoś nie lubi "drogi Mirka" na Rzeźniku albo męczył się na dobiegu do mety na Niepokornym Mnichu, radzę solidnie przygotować się mentalnie na ten fragment. Dalej zbiegamy przez las do Ropek, gdzie szlak łączy się z bitą, wiejską drogą, aż docieramy do asfaltu, który doprowadzi nas aż do Hańczowej, czyli pierwszego oficjalnego punktu na trasie Ultrałemkowyny!









Tuż za Hańczową magia Beskidu w swojej złośliwej formie ukazała mi się tamtego dnia po raz trzeci, na szczęście - ostatni. Kiedy w oddali już widziałem skąpaną w chmurach czapę Koziego Żebra, na mojej drodze ukazał się mocno wezbrany strumień. Nie zastanawiając się długo, w końcu moje buty już i tak były całe mokre od siąpiącego od jakiejś godziny deszczu, przeprawiłem się przez niego sprawnie i ruszyłem dalej przed siebie. Po dobrym kilometrze zaczęło mnie zastanawiać, że czerwony szlak po raz kolejny nagle się urwał. Na szczęście łaskawy los zesłał mi pasterza z parasolką, który zapytany o to, czy dobrze idę, odpowiedział:

"A gdzie tam! Szlak idzie strumieniem. Tam kiedyś namalowali na drzewie czerwony znaczek, ale przyjechała energetyka, ścięła drzewo, ale znaczka już nie odmalowała. Najlepiej pójdź pan jeszcze do góry - ale nie za daleko! - i skręć pan w lewo, tam gdzie ścinka, i potem ostro pod górę, to wrócisz pan na szlak."

No po prostu takie rzeczy tylko tu! Bardzo podziękowałem panu z parasolką i podążając za jego wskazówkami rzeczywiście wkrótce odnalazłem czerwony szlak. Ale potem zgubiłem go jeszcze trzykrotnie i w końcu na szczyt Koziego Żebra dotarłem najpierw kierując się na azymut, a potem przypadkiem odnalezionym szlakiem niebieskim (który pod sam koniec połączył się z czerwonym). 
Ostre zejście z w kierunku Regietowa w połączeniu z kontuzją dało taki efekt, że poruszałem się jak paralityk, ale i tak byłem szczęśliwy, że po tylu perypetiach udało mi się zrealizować plan w jednym kawałku i nie musiał interweniować GOPR...




    
Drodzy uczestnicy Ultrałemkowyny, po tym wszystkim myślę więc, że na tej pięknej ale też jedynej w swoim rodzaju trasie, oprócz porządnych butów, ubrań, czołówek, dobrze wyposażonych przepaków, przyda się Wam też dużo...dystansu do samych siebie i jeszcze więcej poczucia humoru! Tak na wszelki wypadek. Do zobaczenia już za dwa tygodnie na Ultrałemkowynie!!!

środa, 8 października 2014

Rock’n’Roll Maratona de Lisboa

Przed wyjazdem do Portugalii moim jedynym wyobrażeniem o Rock’n’Roll Maratona de Lisboa był obrazek morza biegaczy sunących przez rozrzucony zamaszyście nad rzeką Tejo most Vasco da Gama. Zainspirowany przewijającymi się w internecie zdjęciami startu widzianego z lotu ptaka, spodziewałem się dziesiątek tysięcy ludzi ruszających spod majestatycznych, białych pylonów zagrzewanych do walki przez granego na żywo gitarowego rocka. Wkrótce okazało się jednak, że moje wyobrażenia to jedno, a rzeczywistość - drugie.

Rzut oka na mapę trasy wystarczył, żeby zdać sobie sprawę, że z mostu rzeczywiście startują, ale nie maratończycy, tylko uczestnicy półmaratonu oraz mini maratonu (6,6 km). I to właśnie oni byli tłumem ze zdjęć. Maratończycy zaś, zamiast z mostu Vasco da Gama, ruszali z oddalonego o 25 kilometrów na zachód od centrum Lizbony, niewielkiego miasteczka Cascais. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się też, że spośród 23 196 zawodników zapisanych na wszystkie dystanse, maratończycy stanowili liczbę raptem 3 712. Przy czym, choć to stosunkowo niewiele w porównaniu z frekwencją na maratonach w innych europejskich stolicach, to i tak wystarczyło do pobicia krajowego rekordu i prześcignięcia o ponad 100 uczestników dotychczasowego lidera – listopadowego maratonu w Porto.

Konieczność dojazdu z Lizbony nad wybrzeże Atlantyku wymagała wyjątkowo wczesnej pobudki, tym bardziej że start w Cascais zaplanowano na 8:30, jednak nagroda z całą pewnością była warta tych kilku skradzionych kwadransów snu. A była nią trasa. Przez pierwsze 30 kilometrów właściwie cały czas prowadząca wzdłuż linii brzegowej – najpierw oceanu, a później wpadającej w zatokę rzeki Tejo. Biegliśmy więc w towarzystwie palm, klifów, plaż, fal i ślizgających się po nich surferów. Do tego – zgodnie z zapowiedziami organizatorów – regularnie co kilka kilometrów rozstawione były rockowe kapele wspierające maratończyków muzyką na żywo.

Po dotarciu do Oeiras a następnie do przedmieść Lizbony wciąż przesuwaliśmy się wzdłuż linii brzegowej, lecz oceaniczne promenady zostały zastąpione przez portowe nabrzeże, a urokliwe ścieżki rowerowe ustąpiły miejsca trakcji kolejowej. Wkrótce nad naszymi głowami śmignął drugi ze słynnych lizbońskich mostów – Ponte 25 de Abril, po czym znaleźliśmy się u progu historycznego centrum miasta.

Wielka szkoda, że ten prawdziwie lizboński fragment trasy z jej wąskimi uliczkami, rozległymi placami, wysokimi pomnikami i uroczymi kibicami, okazał się tak krótki. Albowiem po kilku szybkich kilometrach w otoczeniu zabytkowych kamienic, kawiarnianych ogródków i w glorii pełnych uznania spojrzeń ze strony niedzielnych spacerowiczów, nagle wstąpiliśmy w nieznany dotąd obszar doków portowych i opustoszałych magazynów. I w tym otoczeniu pozostaliśmy już właściwie do samej mety. Smutny krajobraz rozweselały tylko przygrywające co jakiś czas kolejne zespoły rockowe. Jednak większość biegaczy na tym etapie wyglądała już tak, jakby nie dochodziły do nich absolutnie żadne dźwięki. Na 35. kilometrze pragnęli tylko jednego – dotrzeć do mety...

A ta robiła wrażenie! Po sąsiedzku finiszowali uczestnicy wszystkich dystansów, w tym dwóch najdłuższych: maratonu i półmaratonu, który startował o 10:30. Dzięki temu wrażenie tłumu, gwaru i głośnego dopingu kibiców niesamowicie się potęgowało. Do tego z rozstawionej nieopodal ogromnej sceny dawali czadu portugalscy rock'n'rollowcy budząc do życia kolejnych wycieńczonych maratończyków. W rytmie ich muzyki maraton lizboński wygrali Kenijczycy - wśród kobiet najlepsza z czasem 2:26.47 była Visiline Jepkesho, a wśród mężczyzn całą konkurencję zostawił w tyle Samuel Ndungu wygrywając zawody z rezultatem 2:08.21. Obydwa wyniki okazały się najlepszymi w historii na portugalskiej ziemi. Wśród 1 512 biegaczy zza granicy na metę dotarło również 52 biegaczy z Polski, co oznacza, że byliśmy dziewiątą najliczniejszą nacją na Rock'n'Roll Maratona de Lisboa! Parabéns!!!

wtorek, 30 września 2014

BIEGLI


W ubiegły czwartek wybrałem się na koncert niezwykłego zespołu. Niezwykłego dlatego, że muzyka, którą gra ta formacja jest inspirowana bieganiem. Zespół nazywa się Biegli, składa się z pięciu muzyków i naprawdę daje czadu.


Biegli mają moc Usaina Bolta, niepozorność Adama Kszczota, siłę Davida Rudishy, wytrzymałość Henryka Szosta, a całość dopełnia subtelna charyzma jak u Antona Krupicki. Co ciekawe, próżno szukać w zespole wokalisty – chłopaki grają, nie śpiewają, czasem tylko zapowiedzą w krótkich słowach kolejny utwór lub skomentują uprzednio wygrany. Tym który mówi jest zwykle Norbullo Kontrabacz, kontrabasista i niekwestionowany lider formacji. Przy czym Norbullo opowiada o muzyce Biegłych w tak zabawny sposób, że sam nie wiem, co sprawiło mi więcej frajdy – krótkie „wstępniaki” przed każdym kolejnym kawałkiem, czy sama muzyka - nawiasem mówiąc – składająca się z dźwięków kontrabasu, saksofonu, klawiszy i dwóch perkusji.

Biegli teoretycznie grają eksperymentalny jazz, jednak daleko im do eksperymentatorów, powiedziałbym o nich raczej: improwizujący wirtuozi o wielkiej pasji. Miałem szczęście śledzić ich poczynania z pierwszego rzędu kameralnej salki, w której odbywał się koncert, dzięki czemu mogłem jak na dłoni zaobserwować ich nieustającą komunikację, a także emocje towarzyszące wspólnemu graniu. Widać było, że muzykowanie sprawia im radość, że koncert jest dla nich jak wspólny biegowy trening w grupie przyjaciół, gdzie najmocniejszy dostosowuje tempo do najsłabszego, a nie jak nierówny wyścig, w którym czterech bez powodzenia goni jednego.

Jak na kompozycje inspirowane bieganiem przystało usłyszeliśmy utwór o kanapce z czarnego chleba jedzonej przed ciężkim treningiem, inny zatytułowany „Kulawy” o przykrej kontuzji, kolejny to dynamiczna instrumentalna opowieść o „Ostrym Loco” – ultra biegaczu z loczkami i brodą, którego można czasem spotkać na odległym górskim szlaku. Był też utwór opowiadający o Biegu Rzeźnika, a także trzy nuty nieco wykraczające poza biegowy świat: o podróży w korku na Mazury, szaleńczo zaaranżowane „flamenco warszawskie”, a także nieoczekiwany hołd dla Paco de Lucii. 

Na koniec ponadgodzinnego koncertu Biegli – niczym świeżo upieczony maratończyk namówiony na mecie na kolejne 5 kilometrów – zgodzili się zagrać dla nas jeden bis. Ale za to jaki! Po ustaniu rzęsistych oklasków Norbullo obwieścił zgromadzonym, że oto usłyszymy utwór, który został skomponowany 19 lat temu, jednak publicznie nie został dotąd zagrany ani razu. Tym samym wkrótce wszyscy staliśmy się świadkami piszącej się właśnie pięknej muzycznej historii, a najznamienitszym podsumowaniem koncertu Biegłych były słowa jednej z słuchaczek, na oko sześćdziesięcioletniej pani w czerwonej garsonce. Na pytanie Norbulla: „czy dobrze nas słychać?” sympatyczna dama rzuciła zadziornie: „aż za dobrze!”, uśmiechnęła się porozumiewawczo, po czym wróciła do rytmicznego wytupywania kolejnego utworu zagranego skocznie przez Norbullo i spółkę. 

Informacji o kolejnych koncertach Biegłych możecie szukać tu.

wtorek, 23 września 2014

Forest Run

Długo się zastanawiałem, od czego zacząć tę relację z wyjątkowej podróży - jednej z tych, których wspomnienie buduje nie przebyty dystans, lecz niezwykli ludzie napotkani na drodze. Z wyprawy na Forest Run nie przemierzone kilometry zapadły mi bowiem w pamięć najbardziej, a życzliwe uśmiechy, niezwykła gościnność i przyjacielskie gesty odczuwane na każdym kroku.

Pod względem sportowym Forest Run skończył się dla mnie na 29. kilometrze, po tym jak odnowiła mi się stara dobra kontuzja ścięgna pod prawym kolanem i nie pozwoliła biec ani kroku dalej. Zabawne, że w chwili gdy leśne wyzwanie prysło jak mydlana bańka, a ja powinienem się załamać, na moją zmęczoną twarz niespodziewanie spłynął uśmiech, a głowę wypełniły same pozytywne myśli. Raz, że to mimo wszystko frajda w końcu dowiedzieć się, jak to jest być "deenefem" - od skrótu DNF, did not finish - czyli tym, który nie ukończył. A dwa: może i nie ukończył, ale jedno wie: jeśli już nie kończyć, to oby zawsze w tak doborowym towarzystwie jak w sobotę!

fot. Agnes Krahelska

Dziś, kiedy wspominam start ze skraju podmosińskiej puszczy, myślę sobie, że to nie mogło się udać - ruszyliśmy z Darkiem w las niczym dwa czerwone bolidy formuły 1, nikt ani nic nie było nas w stanie zatrzymać. Darek na przedzie, ja krok za nim. Połykaliśmy kilometry jak wściekli, jak dwa rącze jelenie głodne każdego kolejnego zakrętu, każdego wzniesienia i każdej wyłaniającej się zza niego polnej drogi. No i tak samo jak jelenie skończyliśmy - ustrzeleni przez zawsze skuteczną broń na biegacza, bam bam, uraz ścięgna pasma biodrowo-piszczelowego, po kulce dla każdego z panów. Dziękujemy, do widzenia!

A zatem skończyliśmy tak samo szybko jak i zaczęliśmy - bardzo szybko. Na dodatek, gdzieś pomiędzy startem a feralnym 29. kilometrem, Darek zdążył jeszcze pogubić drogę i przebiec kawałek nie naszą niebieską, tylko tą krótszą, oznaczoną żółtymi szarfami - 23-kilometrową trasą. Tym samym rozbił na sobotnich zawodach bank i do "deenefa" dorzucił sobie jeszcze odznaczenie DSQ - dyskwalifikacja!        

Kiedy tak staliśmy nad brzegiem jeziora, wzdłuż którego wiodła trasa Forest Run, zastanawialiśmy się, gdzie jesteśmy i licytowaliśmy się, czy do mety zostało nam 9 (to mówił Darek) czy 12 kilometrów (to obstawiałem ja), z naszej wesołej słownej przepychanki wyrwała nas jedna z wolontariuszek, która pojawiła się jakby znikąd i oznajmiła nam, że żaden z nas nie ma racji, albowiem przed nami jeszcze 15 (!) kilometrów powolnej, pieszej tułaczki. Wciąż się zastanawiam, co też się kryło za uśmiechem, który towarzyszył tym słowom - współczucie czy zwykłe politowanie.

Kto mógł przypuszczać, że w tamtej chwili zakończyło się wszystko co najtrudniejsze, a wszystko co najpiękniejsze miało dopiero nastąpić?! Najpierw zostaliśmy obdarowani 3 emaliowanymi, półlitrowymi kubasami lodowatej wody przez sympatyczną gospodynię z pobliskiego gospodarstwa, później urocza policjantka obstawiająca bieg zgodziła się podrzucić nas swoim radiowozem do kolejnego, oddalonego o 5 kilometrów punktu kontrolnego. Na punkcie natomiast obchodzący urodziny Darek wysłuchał gromko wyśpiewanego przez wszystkich wolontariuszy i przebiegających zawodników STO LAT, po czym zostaliśmy wyposażeni w zapas bananów, czekolady i innych przysmaków i mogliśmy ruszać w dalszą drogę.

Nie zdążyliśmy ujść nawet pół kilometra, kiedy minęło nas półterenowe suzuki, które wkrótce okazało się być naszym luksusowym autostopem wprost na metę. To dwójka wolontariuszy wracała z wachty na pierwszym punkcie, po tym jak przebiegł przez niego ostatni uczestnik, i z poczuciem dobrze wypełnionej misji turlali się radośnie po bitej drodze ku bazie zawodów w Mosinie. My z kolei nie mogliśmy uwierzyć, że można mieć tyle farta na raz!

META! Plan był taki, że triumfalnie na nią wbiegamy. Rzeczywistość okazała się dużo mniej efektowna - wysiedliśmy z suzuki, podziękowaliśmy naszym dobroczyńcom i podreptaliśmy dalej w kierunku czekających na nas przyjaciół. Ja kulejąc na jedną nogę, Darek na obie. Jak się później okazało, po ukończeniu "krótkiej" trasy, reszta naszego składu czyli Filip, Sąsiadka i pieskomandos wyczekiwali nas na ostatniej prostej pełni wiary w nasze dobre wyniki, ale przede wszystkim z planem wyśpiewania Darkowi kolejnego urodzinowego STO LAT. No i bardzo się zdziwili kiedy dwa wymęczone ale uśmiechnięte kulawce zaszły ich od tyłu i oznajmiły, że zeszły z trasy, i że od kilku godzin wożą się autostopem po okolicznych bezdrożach.

A później? Później było już tylko lepiej! Wyborny, wegetariański (niewegetariański też był) makaron podawany przez sympatycznego szefa kuchni z Mosiny, piwo z kija na dobry humor, fenomenalny masaż, który na chwilę pozwolił mi zapomnieć o kontuzji, wyjątkowo serdeczna ceremonia rozdania nagród (dostało je 6 najlepszych pań i 6 pierwszych panów na każdym dystansie!) i na koniec wspólne ognicho.

Forest Run był cudowną przygodą i na pewno chciałbym na niego wrócić za rok - jeśli nie jako uczestnik to na pewno jako wolontariusz. Bo jestem pewien, że pomaganie wspaniałym organizatorkom Agnieszce i Ani to frajda wcale nie mniejsza niż samo bieganie. Dziewczyny, dzięki za cudowny dzień w Mosinie!

poniedziałek, 15 września 2014

Kraków Business Run

W wielu innych okolicznościach pewnie uznałbym nazwę tego biegu za bufonadę i kolejny etap do totalnego skomercjalizowania mojego ukochanego sportu. Jednak w połączeniu z ideą jaką za sobą niesie, marka krakowskiego Business Run (podobnie jak i jego bliźniaczych biegów w Warszawie, Łodzi, Katowicach i Poznaniu) jest absolutnym marketingowym strzałem w dziesiątkę i nie może się kojarzyć inaczej niż jednoznacznie pozytywnie.

Albowiem w dużej mierze nie o biznes tu chodzi (przynajmniej nie bezpośrednio) a o pomoc potrzebującym, którymi są  ludzie po amputacjach kończyn - podopieczni Fundacji Jaśka Meli "Poza horyzonty". Biznes jest tu więc tylko przykrywką, zachętą, zaś prawdziwy cel biegania w firmowych barwach to zebranie funduszy na zakup profesjonalnych protez dla ludzi, którzy dziś o sprawnym bieganiu mogą tylko pomarzyć.

Muszę powiedzieć, że jestem pod ogromnym wrażeniem tego czego Jasiek Mela, Wojtek Liszka i wszyscy wspomagający ich ludzie dokonali w ramach Poland Business Run. Rozmach imprezy, profesjonalizm, niezwykła pozytywna energia płynąca z ust i serc wszystkich zaangażowanych, i - przede wszystkim - genialny w swej prostocie pomysł na zbiórkę charytatywną, wszystko to zasługuje na najniższy pokłon najwyższego szacunku.

W przypadku Krakowa - największych zawodów w całym cyklu - na biznesowe bieganie na rzecz niepełnosprawnych zapisało się kilkaset pięcioosobowych sztafet, w których każdy z zawodników miał do pokonania pętlę o długości 3,8 kilometra. Dystans ten - dla jednych śmiesznie krótki, dla innych niemożliwie długi - gwarantował wszystkim jedno: był go w stanie pokonać właściwie każdy, jeden sprintem w 12 minut, drugi spacerem w pół godziny.

Trasa Kraków Business Run 2014 wiodła najbardziej turystycznym z krakowskich szlaków - w większości po Plantach, a pozostałą część chodnikami wokół Wawelu i po uliczkach w okolicach Rynku. Strefa Zmian znajdowała się po jego zachodniej stronie, podobnie jak całe "miasteczko biegowe". Jedynie szatnie i depozyty zostały ulokowane za południowo-zachodnim rogiem Sukiennic, jednak wszystko było na tyle blisko siebie, że nie sposób było się pogubić. Przy czym nie tylko zaplecze socjalne, ale i w ogóle całą organizację biegu trzeba podsumować dwoma słowami - była NA MEDAL!

A skoro jesteśmy przy medalach, ludzie, którzy często uczestniczą w zawodach, zwykle po jakimś czasie przestają na te medale zwracać uwagę i po prostu po każdej kolejnej miniętej linii mety wrzucają je do jakiegoś pudła bez dna, zawieszają na pokrętle od kaloryfera, w ubikacji, albo oddają do zabawy dzieciom. Myślę jednak, że w przypadku Kraków Business Run jest inaczej. Jestem przekonany, że uczestnicy wyeksponują go równie godnie jak godny jest cel, dla którego wszyscy biegaliśmy po Grodzie Kraka w minioną niedzielę. Co więcej, obserwując ich reakcje i twarze już po zawodach, miałem wrażenie, że dla wielu z "rozbieganych biznesmenów" medal ten był pierwszym na ich biegowej ścieżce. I - po tak niezwykłym i pozytywnym przeżyciu - na pewno nie ostatnim!

Ja sam miałem honor wystąpić w Kraków Business Run w barwach Sztafety Fundacji Darka Strychalskiego. Nasza ekipa była wyjątkowa przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, tuż przed wyjazdem zachorował synek naszej "piątej na zmianie", przez co musiała zostać w domu uszczuplając tym samym nasz skład do 4 osób. Na szczęście bohaterski Darek po raz kolejny okazał się nie do zdarcia i postanowił, że...przejmie jej kolejkę i pobiegnie 2 razy - na pierwszej i na ostatniej pętli. Środek stawki wypełniliśmy my - Ania, Magda i ja.

Drugi powód, dla którego wyróżnialiśmy się z tłumu było to, że - w przeciwieństwie do większości - nie byliśmy najlepiej zorganizowaną sztafetą tego dnia w Krakowie. Dość powiedzieć, że jeszcze na 15 minut przed wystrzałem startera staliśmy jak kołki na środku Rynku bez numerów startowych i krzty pomysłu, co ze sobą zrobić. Mieliśmy za to walizki podróżne, cywilne, niezbyt biegowe stroje i sporo wątpliwości. Jedyne co nas tłumaczy to, że przystępowaliśmy do Kraków Business Run dosłownie z trasy. Darek z Anią jeszcze o 3 rano byli w Lublinie, a my z Magdą dopiero o 5 wyruszyliśmy na południe z Warszawy. Na szczęście po raz kolejny z opresji wyratował nas Zwycięzca jakimś cudem zdobywając upragnione pakiety. Potem jeszcze tylko pomieszaliśmy na wszystkie możliwe sposoby numery startowe, przez co każde z nas wystartowało nie na swojej zmianie i nie pod swoim nazwiskiem. Najdobitniejszym podsumowaniem naszego występu niech będzie to, że najlepszy czas w naszej drużynie miała...Paulina, która w tym samym czasie opiekowała się chorym synkiem 300 kilometrów dalej! Ale nic to, najważniejsze, że wszyscy bawiliśmy się naprawdę przednio. Niech żyje Sztafeta Darka, niech żyje Poland Business Run!

wtorek, 9 września 2014

Bieg 7 Dolin

Jest sobota godzina 2:50, wszyscy udajemy, że nastaje ranek, choć prawda jest taka, że noc wciąż śpi głębokim snem. Słońce nie wyjrzy zza gór jeszcze przed dobre 2 godziny. Ale nawet jak już w końcu wyjrzy, to i tak nic nam to nie da, bo trasa będzie wtedy wiodła gęstym lasem, którego wciąż zielona, gęsta korona skutecznie odgrodzi nas od pierwszych porannych promieni. Jesteśmy więc tylko my, nasze latarki-czołówki i nadzieja, że ta czarna plama, która nagle wyłoniła nam się przed nosem to nie głęboka na pół metra wyrwa w szlaku...

W tym samym czasie równolegle do krynickiego deptaka, na którym między barierkami tłoczy się gotowe do startu ultra towarzystwo, stoi sześć białych ciężarówek. Można wrzucić do nich "przepaki", czyli worki z rzeczami na zmianę na każdy z trzech głównych punktów serwisowych na trasie Biegu 7 Dolin. Pierwsze dwie pojadą z naszymi tobołkami do Rytra, kolejne dwie do Piwnicznej, a ostatnie do Wierchomli. Pomimo że wszystkie są oznaczone numerami ("jedynki" jadą na pierwszy, "dwójki" na drugi, a "trójki" na trzeci punkt), co bardziej roztargnieni biegacze i tak powrzucają swoje worki "jak leci", przez co na jednym punkcie będą mieli do odbioru dwa worki, a na kolejnym odejdą w dalszą drogę z pustymi rękami.

"Przepak" to na biegu ultra rzecz prawie święta. Jeśli nie jesteś Marcinem Świercem, Magdą Łączak albo Markiem Swobodą i nie kończysz zawodów w czasie gdy wszyscy pozostali są w połowie dystansu, "przepak" nierzadko potrafi uratować ostro już przetrzepaną skórę biegacza. Ludzie upychają więc w swoich przepakowych workach najróżniejsze skarby - najczęściej ubrania i buty na zmianę, ale też turbo żele i batony energetyczne. I potem ochoczo z tych skarbów korzystają, by po wielu kilometrach walki z odległością i wszelkimi innymi przeciwnościami choć na chwilę poczuć się jak nowonarodzeni. Aż do następnej górki...

Muszę się pochwalić, że w moim debiucie na trzycyfrowym dystansie kwestię "przepaków" rozegrałem jak rasowy ultra wyjadacz. Po pierwsze sprawdziłem prognozę pogody (właściwie to nic nie musiałem sprawdzać, bo obwieścił mi ją w przeddzień startu sam Mr. Napieraj) i stwierdziłem, że skoro ma być ciepło, a padać będzie tylko po południu, odpuszczam wiatrówki, przeciwdeszczówki i inne długie rękawy, i "występuję" w Krynicy "na krótko" - szorty i koszulka miały w zupełności wystarczyć. Do tego wieczorem przed startem przygotowałem sobie trzy pyszne pulchne buły z masłem, serem żółtym i pomidorem. Owinąłem je w aluminiową folię, żeby pomidor nie wyskoczył bokiem i oto każdy z "przepakowych" worków był już po części wypełniony. Do pierwszego nie dorzucałem już nic poza paczką sezamków, za to w drugim umieściłem jeszcze batona proteinowego, żel energetyczny i prawdziwą gwiazdę "przepaku" - puszkę coca-coli o pojemności 0,25 litra. Trzeci worek oprócz kanapki i coli zawierał jeszcze pół tabliczki gorzkiej czekolady.

Nie zrozumie, czym jest puszka coca-coli na 66 kilometrze biegu, nikt kto takiego dystansu nigdy nie pokonał. Cola jest wtedy jak boski nektar, jak magiczny napój druida Panoramiksa, jak zbawienie. Smakuje wtedy lepiej niż na początku lat 90', gdy piłem ją z braćmi na strychu wiejskiego domu zagryzając białą czekoladą z malutkimi orzeszkami. Gdy wiesz, że na "przepaku" czeka na ciebie puszka coli, myślisz o niej już na 5 - gdzie tam 5!? - na 10 kilometrów wcześniej. I to nawet wtedy gdy - tak jak ja - na co dzień coli nie pijasz w ogóle. A potem pstrykasz jej aluminiowym otwarciem i z lubością wlewasz zawartość puszki prosto w przełyk. I możesz biec dalej.

Poza colą na Biegu 7 Dolin piłem rozdawaną na punktach muszyniankę, rozwodnioną herbatę i rozwodniony izotonik. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że mniej więcej od połowy dystansu miałem już muszyniankowych bąbelków serdecznie dość. No bo ileż w końcu można biec na gazie?! Bąbelki w herbacie, bąbelki w bidonie, w nosie też bąbelki, w dupie te bąbelki! Jeśli czegoś na tych zawodach brakowało, to na pewno na pierwszym miejscu była to normalna, niskomineralizowana woda, którą można byłoby pić bez ryzyka wzdęcia na każdym kolejnym szczycie. Ja jeszcze jakoś to przeżyłem, ale taki jeden kolega z muszynianką zdecydowanie się nie zaprzyjaźnił i po pierwszych 20 spokojnych kilometrach, kolejne 80 właściwie non stop na przemian bekał albo wymiotował. Ku chwale bąbelków!

Wśród wielu znajomych twarzy spotkałem na trasie dwóch blogerów, których regularnie czytam. Jednego bardziej regularnie, bo publikuje swoje wpisy w każdy poniedziałek, a drugiego mniej, bo ostatnio coś się ze swoim pisaniem obija. Pierwszy z nich - kawał biegacza ulicznego - debiutował w sobotę w biegu ultra i z tego co relacjonuje, wygląda na to, że przeżył kawał niezłej przygody. Za to drugi - też kawał biegacza - chyba zdecydował, że ma już tej przygody po kokardę, bo zszedł z trasy na 66 kilometrze. Na szczęście wcześniej zapozował z nami do pamiątkowego zdjęcia, które dowodzi, że na Biegu 7 Dolin nie tylko się człapie ale jednak też trochę biega. Dzięki Arrec za kilkanaście dobrych wspólnych kilometrów! 

Fil&Mik&Arrec fot. Festiwal Biegowy
  
Bieg 7 Dolin jest bardzo trudnym wyzwaniem, jednak uważam, że jak najbardziej mieści się w "ludzkiej skali". Myślę, że wielu biegaczy nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że też są w stanie pokonać taki dystans i - przede wszystkim - samych siebie. Bo co jak co, ale 100 kilometrów po górach po dobroci się nie zrobi. Trzeba umieć spojrzeć daleko za horyzont tego, co wydaje się nam, że jest w naszym zasięgu. Albo po prostu patrzeć pod nogi i koncentrować się tylko na każdym kolejnym kroku...

Zawody w Krynicy były moim decydującym sprawdzianem przed "startem życia" - Ultrałemkowyną. Czuję, że zaliczyłem ten sprawdzian, może nie na piątkę, ale na mocną czwórkę, a 150 miejsce w klasyfikacji generalnej w Biegu 7 Dolin jest dla mnie symboliczną dobrą wróżbą przed...150-kilometrową październikową trasą po moim ukochanym Beskidzie Niskim!

środa, 3 września 2014

7 Dolin 7 Grzechów

W ramach "przygotowań" do Biegu 7 Dolin, tak zwanej krynickiej "setki", popełniłem chyba wszystkie możliwe grzechy, jakie może popełnić biegacz na ostatniej prostej przed startem. Jadłem dużo o każdej porze dnia, a wieczorami to już zupełnie sobie folgowałem, piłem bąbelki, pszeniczniaki z browaru Konstancin, piekłem jabłeczniki, które potem z przyjemnością pochłaniałem, a do tego...prawie w ogóle nie biegałem!

Ba, nie dość, że nie biegałem, to prawie w ogóle się nie ruszałem. Od Chudego Wawrzyńca wyszedłem na trening może z pięć razy, z czego tylko raz zrobiłem więcej niż 10 kilometrów. Rozciągania zero, ogólnorozwojówki też tyle co nic i tylko rower w drodze do i z pracy ratował mnie przed kompletnym bezruchem. Jednak nie wiem dlaczego, ale w ogóle mnie ten stan nie martwi. Mimo że mam świadomość, że poziom mojego przygotowania w dziesięciostopniowej skali wynosi -1, czekam na piątek i wyjazd w kierunku Krynicy z entuzjazmem i dziwnym uśmieszkiem na ustach.

Myślę, że mój spokój bierze się stąd, że Bieg 7 Dolin traktuję zdecydowanie treningowo i krajoznawczo. Chętnie wdrapię się na Jaworzynę, z której do tej pory raczej zjeżdżałem i to tylko zimową porą, odwiedzę Rytro, które znam z wiosennej I edycji Niepokornego Mnicha, jak i całą resztę okolicznych gór i górek. Jednak koniec końców Krynicka "setka" wciąż pozostaje dla mnie jedynie przystankiem w drodze do największego wyzwania w tym roku i chyba w ogóle w całym moim biegowym doświadczeniu - październikowej Ultrałemkowyny. Bieg 7 Dolin ma być ostatnim przetarciem przed zmierzeniem się z trzycyfrowym dystansem. W Krynicy kilometrów będzie 100, za to półtora miesiąca później wystartujemy z tego samego miejsca już na 150-kilometrowej trasie. Liczę na to, że "stówka" wybaczy mi nieróbstwo, bo "sto pięćdziesiątka" takiej leserki jak ta ostatnia już na pewno mi nie daruje...

Plan na kolejne dni jest więc prosty. Odstawiam bąbelki, pszeniczniaki, jabłeczniki i wieczorne uczty i udaję, że nic się nie stało. Afirmuję się, że jestem w życiowej formie, staję na starcie na krynickim deptaku w sobotę o 3 nad ranem, dobiegam do mety w 17-godzinnym limicie, zjadam pizzę z rydzami na uzupełnienie węglowodanów i jestem najszczęśliwszym ultra biegaczem na świecie. Proste? Proste! Aha, a wcześniej świętuję wygraną Przyjaciela w konkursie na Biegowego Dziennikarza Roku. Zasady konkursu są co prawda wyjątkowo niejasne i szemrane, ale i tak wierzę, że Festiwal Biegowy to właśnie jego doceni. Dlaczego? Bo on naprawdę kocha bieganie! 

czwartek, 28 sierpnia 2014

Krótki tekst nie o bieganiu

Początek 2014 roku był dla mnie emocjonalnie trudny. Dopiero co wróciłem do biegania, prędko nabierałem wiatru w żagle i szybko poczułem się pewnie. Zbyt pewnie. Popełniłem wtedy na tym blogu wpis, którego dziś raczej bym nie popełnił, a już na pewno nie opublikował. Jakiś czas temu miałem nawet pomysł, żeby usunąć go z historii, ale pomyślałem, że wymazywanie przeszłości zostawiam innym, a sobie daję prawo do nauki na własnych błędach.

Kiedy dziś zastanawiam się, dlaczego chciało mi się wtedy tracić czas na złorzeczenie na politykę korporacji, myślę sobie, że po prostu dużo było we mnie buntu i frustracji. Nie wiem skąd się we mnie te demony wzięły, ale na szczęście dziś już ich nie ma, a ja dzięki temu raczej nie mam już pomysłów, żeby się tak na głos wściekać. Mimo to zdarzają się chwile, gdy awanturniczy element mojej duszy jednak bierze górę, wspina się po strunach głosowych ku długiemu językowi lub zsuwa po przykrótkich palcach na klawiaturę komputera i daje upust gorzkim emocjom.

Tak było na przykład po przeczytaniu wywiadu o himalaizmie i himalaistach z profesorem Jackiem Hołówką. Ów wywiad, który ukazał się w ubiegły piąson (dawny weekend) na łamach gazetowego Magazynu Świątecznego, oburzył mnie do tego stopnia, że nie byłem w stanie powstrzymać się przed soczystym i osobistym komentarzem, który wylałem z siebie w polu do tego przeznaczonym zaraz po tej wątpliwie przyjemnej lekturze. 

A konkretnie oburzyło mnie, że człowiek uchodzący za etyczny autorytet i ewidentnie się za niego uznający, może mówić takie rzeczy. Nie rozumiem, jak profesor filozofii może oceniać czyjąś postawę, drogę życiową, pasję itd. w tak radykalny sposób. Rozumiem, że rubaszny gość pod budką z piwem może sobie rzucić w przestrzeń, że "wszyscy alpiniści to chuje", ale kiedy robi to - oczywiście w białych rękawiczkach - etyk i filozof, na łamach gazety uznawanej za najbardziej opiniotwórczą w Polsce, to autentycznie zalewa mnie krew. I w żadnym razie nie bronię tu alpinistów, bo możliwe, że rzeczywiście jest to banda efekciarskich egoistów, pasożytów i straceńców zaślepionych żądzą sukcesu. Jednak nawet gdybym tak uważał, nigdy nie pozwoliłbym sobie na to, żeby wydać taki osąd publicznie. Bo co jeśli nie miałbym racji?

Wielka była więc moja radość kiedy w ostatnią sobotę otworzyłem ten sam magazyn, jednak o jakże innej zawartości. Ktoś w "gazecie" poszedł chyba po rozum do głowy i postanowił skonfrontować hołówkowy lincz z wyważonym komentarzem na temat alpinistów i alpinizmu (tudzież himalaistów i himalaizmu) innego naukowca (żeby było śmieszniej członka tej samej co Hołówka Polskiej Akademii Nauk) Andrzeja Paczkowskiego. Jego słowa w pełni ukoiły moją złość, a jedyne co we mnie pozostało to współczucie dla prof. Hołówki i szczere życzenia dla niego, żeby któregoś dnia wygrzebał się z książek, wyszedł ze swojego gabinetu i ruszył przed siebie. Najlepiej w góry.

Nie mogę nie wspomnieć o trzecim (anty)bohaterze tego krótkiego wpisu - Jacku Hugo-Baderze. To w końcu od jego książki o tragedii pod Broad Peak zaczęła się debata o himalaizmie na łamach GW. Może nie byłem dotychczas jego wielkim fanem, ale mimo wszystko śledziłem jego teksty z przyjemnością. Jednak "Długi film o miłości..." to zmienił. Czytając nie mogłem oprzeć się wrażeniu, jakbym był świadkiem losów rozkapryszonego dzieciaka, z którym nie chcą się bawić starsi koledzy, a on robi im w związku z tym na złość. Tak, "Długi film..." i wszystko to co Jacek Hugo-Bader robi dookoła niego przypomina mi prywatną krucjatę przeciwko ludziom, których on uważa za gorszych, bo oni uważają go...za gorszego. Paranoja!   

Niezwykle celnie podsumował całe to sztucznie wytworzone przez JHB zamieszanie bystry internauta komentując pod wywiadem z prof. Hołówką: "Szkoda, że pan Hugo-Bader nie zapytał pana profesora, czy etycznym jest ciągłe odgrzewanie tragedii pod Broad Peak dla zwiększenia promocji swojej książki." No po prostu nic dodać-nic ująć!         

czwartek, 21 sierpnia 2014

Nie moja Monte Kazura

Nie moja piąta Monte Kazura, nie moja...

Obejrzałem sobie właśnie galerię zdjęć z wczorajszych zmagań i aż mi się łezka zakręciła w oku, że nie mogło mnie tam być. Tym razem obowiązki zawodowe zwyciężyły biegową pasję i kazały zostać na tyłku w biurze aż do wieczora. Do domu wracałem więc nie tylko z markotną miną człowieka, który mógł zaliczyć wszystkie pięć biegów w debiutanckim sezonie Monte Kazury, lecz na ostatni z nich po prostu się nie wyrobił, ale i z mocno rozświetlonym przednim światełkiem roweru prędko mknącego uliczkami warszawskiego Powiśla.

Z facebookowych opisów i komentarzy dowiedziałem się, że na odwróconej trasie bezkonkurencyjny okazał się Tomek Roszkowski pieczętując tym samym wygraną w całym cyklu. Wśród kobiet Vi Domaradzka co prawda nie przybiegła wczoraj na pierwszym miejscu, ale i tak okazała się najlepsza wśród kobiet biorąc pod uwagę całą pięciokolejkową kazurkową "ligę". Gratulacje! Tylko mojego ulubionego biegowego blogera mi żal - Krasusa - że na ostatniej prostej stracił "pudło". Krasus, głowa do góry, dla mnie i tak jesteś kazurowym mistrzem!

A ja? Ostatnio mniej biegam, a więcej o bieganiu myślę i czytam. Przeczytałem na przykład o jednej, zupełnie niespodziewanej biegowej depresji. Nie znam Chłopasia osobiście, ale uderzyła mnie jego opowieść. Nie dlatego, że jest Chłopasiem, ani nie dlatego, że jest biegaczem. Chyba po prostu dlatego, że coraz więcej tej depresji dookoła i zatacza ona coraz szersze kręgi, uderzając nawet tam, gdzie nikt by się jej nie spodziewał...

Chłopasiu, mam nadzieję, że uda Ci się z tego wszystkiego jakoś sprawnie wyjść. Nieważne, czy marszem czy biegiem, byle przed siebie. Bądź dzielny, trzymam kciuki!!!

wtorek, 12 sierpnia 2014

Chudy Wawrzyniec 2014

Kiedyś miałem na osiedlu takiego jednego kumpla dryblasa. Był niepozorny i miał wklęsłą klatkę piersiową, za to bił się naprawdę świetnie. Dzięki długim rękom miał ogromny zasięg ciosu, a że sam był wątły, to jego w rewanżu trafić było bardzo ciężko. Zazwyczaj waliło się więc w próżnię. Często z podziwem pomieszanym z niedowierzaniem mówiło się o nim: "Taki chudy, a jak potrafi przypierd**** ". Wawrzyniec jest dokładnie taki sam. Chudy, a bitny jak jasna cholera! 

Niby biegnie się go w Beskidach, a nie, dajmy na to, w Tatrach. Niby przewyższenia nie są jakieś nadzwyczaj spektakularne. Żaden z pokonywanych szczytów nie jest Czomolungmą. Błota prawie nie było, może trochę niewygodnych kamieni, parę cięższych stromizn, ale generalnie wydaje się, że jest to bieg, który można pokonać łatwo, przyjemnie i z gwarancją życiówki w kieszeni. Niedoczekanie!

Nie wiem, naprawdę nie wiem, co w Wawrzyńcu jest takiego, że ze spotkania z nim pozostaje mi wspomnienie jak ze zderzenia z czołgiem. Co prawda czołgiem z kwiatkiem w lufie, ale jednak z czołgiem. Pierwszy strzał od Wawrzyńca dostałem już po pierwszym czy drugim podbiegu. "Chudy" musiał zaczaić się gdzieś na szczycie i za pomocą niewidzialnej strzykawy wlać mi porcję wolnoschnącego cementu prosto w uda. Jednak mimo wzmagającego się poczucia otępienia nóg, wtedy wciąż jeszcze myślałem o zmierzeniu się z dłuższą, 80-kilometrową trasą.

Tymczasem kolejne etapy zamiast ulgi przynosiły coraz większe zmęczenie i zwątpienie. Kiedy dotarłem na punkt żywieniowy w schronisku na Przegibku, wiedziałem już, że nie ma co kozaczyć, trzeba uznać wyższość Wawrzyńca, pokłonić mu się z szacunkiem i z pokorą ruszyć w ostatnią drogę ku mecie. I na tym mógłbym skończyć opis mojego udziału w "Chudym", gdyby nie to, że nie wyobrażam sobie nie wspomnieć o trzech sprawach, które sprawiły, że tegorocznego Chudego Wawrzyńca będę wspominał jak najlepiej, nawet pomimo tego, że nastukał mi jak Tyson Gołocie.

Po pierwsze pogoda. Rok 2014 przyniósł przełom, wyszło słońce, a biegacze po raz pierwszy w historii zobaczyli, że na Żywiecczyźnie jest coś więcej oprócz mgły, deszczu i błota. W przeciwieństwie do dwóch poprzednich edycji widoki powalały, ciepłe promienie słońca koiły, a suchy szlak pozwalał uczestnikom zbiegać a nie zjeżdżać w dół na tyłkach. Było przepięknie, sierpień był sierpniem, a jedynym mankamentem takiej aury były szybko wysychające bukłaki - mi akurat się poszczęściło, ale już na przykład zaprzyjaźniona Nola musiała pokonać "o suchym pysku" dobrych kilka kilometrów pomiędzy punktami z wodą nad Zwardoniem a Przegibkiem.

I tym sposobem dotarliśmy do prawdziwej Ziemi Obiecanej Chudego Wawrzyńca 2014 - schroniska na Przegibku. Kiedy tam doczłapałem, poczułem się jak średniowieczny żeglarz przybijający po tygodniach dryfowania do bizantyjskiego portu. Mało nie dostałem oczopląsu od ferii barw i bogactwa suto zastawionych stołów tego najpiękniejszego w kilkuletniej historii mojego biegania punktu żywieniowego. Było tam wszystko! Owoce suche, owoce świeże, słodkie bułki, słone przekąski, woda, nie za słodkie (!) izotoniki i uczynni wolontariusze - jednym słowem absolutnie wszystko czego zmęczony, wygłodniały i spragniony biegacz potrzebuje na 38. kilometrze górskiej trasy. Klasa światowa!

No i na koniec to co jeszcze rok czy dwa lata temu byłoby najgorszą karą, a w ubiegłą sobotę było największą nagrodą. Kąpiel w strumieniu, którego wartki, górski nurt masował obolałe mięśnie i ścięgna, chłodził rozgrzane ciała i dawał im nadzieję na szybszą regenerację. Strumień przepływa dosłownie pod metą w Ujsołach, przez co mogli się do niego wtarabanić nawet ci, którzy nie byli w stanie chodzić - po prostu się do niego sturlali. A po kąpieli kolejna porcja rarytasów - piwo, woda, drożdżówki z lokalnej piekarni, ciepły posiłek (z opcją wege!) i najlepsze - błogi sen na trawie w oczekiwaniu na resztę Ekipy i zwycięzców trasy 80km - Piotrka Bętkowskiego i Ewę Majer (która nie tylko zwyciężyła w klasyfikacji kobiecej, ale i zajęła 2!!! pozycję w "generalce").

Czas na podsumowanie:
Oficjalne: Chudy Wawrzyniec 2014 był pięknym doświadczeniem. Chciałbym wrócić za rok i zmierzyć się z długą trasą.
Nieoficjalne: "Chudy" oklepał mnie konkretnie. Chciałbym mu oddać, ale się boję, więc za rok wracam już tylko na drożdżówki!

środa, 6 sierpnia 2014

Badwater - Ekipa

All rights reserved to Ziemowit Folcik

Nie było pisania przez ostatnie dwa tygodnie. Biegania zresztą też nie. Czas więc nadrobić zaległości!

Już w sobotę Chudy Wawrzyniec - ultramaraton po szlakach i szczytach Beskidu Żywieckiego. Do wyboru dwie trasy 50+ i 80+. Co ciekawe, dystans można określić już w biegu. W pewnym punkcie, gdzieś około 40 kilometra, kto czuje się mocny, wybiera dłuższą, zaś komu potrzebny natychmiastowy zjazd do bazy, ten leci prosto na metę krótszego "Chudego". Dziś myślę, że zdecyduję się na "osiemdziesiątkę", ale wcale nie jest powiedziane, że w sobotę wciąż będzie ze mnie taki chojrak. Start o 4 rano, czołówki włącz!

Jasne, że przeżywam ten start, tym bardziej, że przeżywam każdy z nich, jednak tym razem czuję się zupełnie inaczej niż zwykle przed zawodami. Albowiem emocje, które zwykle gromadzą się we mnie na wiele dni przed ultra wyzwaniem, teraz wydają się stłumione. Mam wręcz wrażenie, że w ogóle ich nie ma, tak jakbym zostawił je w Badwater. Razem ze wspomnieniem największej biegowej przygody mojego życia.    

Mówi się, że Badwater to piekło. Pisze się o tym biegu, że jest morderczy, diabelski, najcięższy i kto wie, co tam jeszcze. Pełna zgoda - Badwater to piekło. Dla człowieka, dla jego duszy i ciała. Jest jednak jednocześnie w tym wyzwaniu i w jego otoczce coś niebiańskiego, coś anielskiego. Gdy patrzysz na tych atletów - mężczyzn i kobiety - i ich nadludzki wysiłek, nie widzisz w nich diabłów. Widzisz anioły. W pewnym momencie nie rozróżniasz już płci, nie patrzysz na ich ciała, nie słyszysz ich ciężkich oddechów. Czujesz za to podziw dla tych dzielnych ludzi i biegniesz razem z nimi. Nawet gdy akurat "tylko" podajesz im butelkę z wodą.

Nie ma na Badwater atmosfery rywalizacji, jest współuczestnictwo. Wszyscy dopingują się nawzajem, życzą sobie szczęścia, siły i odwagi. Wszyscy wiedzą bowiem, z czym mają do czynienia i ta świadomość sprawia, że podchodzą do siebie z najwyższym wzajemnym szacunkiem. Nieważne, czy przybiegłeś pierwszy, czy ostatni, za ukończenie Badwater należy ci się najniższy pokłon.

Magię Badwater dało się odczuć szczególnie podczas ceremonii zakończenia imprezy, gdy wszyscy, którzy wcześniej dobiegli w limicie do mety, teraz przeżywali kolejną chwilę chwały. Dyrektor imprezy wyczytywał na głos ich imię i nazwisko, po czym każdy z osobna w burzy braw wychodził na środek sali. Jednak to co wydarzyło się przy wyczytaniu nazwiska NASZEGO Darka to nie była burza - to było tornado, to był huragan, to było tsunami oklasków, wiwatów i okrzyków. Wystarczyły dwa dni, a Darka pokochali dosłownie wszyscy. I wszyscy nam na każdym kroku gratulowali mówiąc, że "nasz biegacz jest absolutnie wyjątkowy, good job". Bo to prawda, jest wyjątkowy. A że GOOD JOB to też prawda!

Good job Filip, Kuba i Kamil! Pisząc o anielskości Badwater to również Was miałem na myśli. Spędzić dwie ochotnicze doby na pustyni, przysypiając tylko z rzadka kilka minut na siedzeniu rozpalonego dodge'a, pocieszać naszego Zwycięzcę, oklepywać mu nogi, nacierać stopy maścią, prać w nocy koszulkę startową (!), trwać w ukropie z ciężką kamerą na ramieniu, z trudem odklejać ręce od nagrzanej kierownicy, wreszcie biegać z tym naszym ultraszaleńcem po tym kosmicznym odludziu - kto by był do tego gotów jeśli nie WY?! No po prostu anioły, nie ludzie...        

Z taką Ekipą jak Wy to można Darka holować, konie kraść, a nawet życie przeżyć. Dziękuję za każdą sekundę wspólnie spędzoną na tym cholernym Badwater. Bo może i Badwater, ale na pewno Goodpeople!

Więcej niż tysiąc słów.

niedziela, 20 lipca 2014

Przed Badwater - rozmowa z Darkiem Strychalskim

Darek na treningu przed Badwater, fot. Filip Bojko
 
Darek już jest w Lone Pine, skąd za niewiele ponad dobę ruszy słynny ultramaraton Badwater. Nasz Zwycięzca jak zwykle ujmuje skromnością i niezwykłym skupieniem przed biegiem. Mówi, że nie myśli już o niczym innym niż o poniedziałkowym starcie. Tym bardziej jestem mu wdzięczny, że poświęcił chwilę na rozmowę i odpowiedział na parę moich pytań. Zapraszam na wyjątkowy - bo przedstartowy - wywiad ze "Zwycięzcą" Darkiem Strychalskim:

Darek, po co Ci ten powrót do "piekła"?

Czym trudniejsze zawody, tym większego dają kopa, żeby się sprawdzić. Za pierwszym razem mi nie wyszło, więc za drugim chciałbym w końcu pokonać ten Badwater.

Chcesz pokonać Badwater czy samego siebie?

Wiadomo, że trasę, ale i siebie. Chcę udowodnić sobie i innym, że wszystko jest możliwe. Trzeba tylko bardzo chcieć i sumiennie dążyć do celu. 

Co czułeś przez ostatnie dwa lata, pomiędzy Twoim debiutem a powrotem do Badwater?

Szukałem błędu, który sprawił, że mi się wtedy nie powiodło - zastanawiałem się, czy wina była po mojej stronie, czy po stronie braku aklimtyzacji i zbyt późnego przyjazdu na miejsce.

No i czego się doszukałeś?

Z dzisiejszej perspektywy myślę, że najważniejszy był późny przylot i niedoczytany regulalamin - było tam napisane, że pożywienie zawodnicy zapewniają sobie we własnym zakresie, o czym nie miałem pojęcia. Skończyło się więc tym, że biegłem na głodniaka. Za to jeśli chodzi o moje przygotowanie kondycyjne, myślę że niczego mi wtedy nie brakowało, żeby ukończyć zawody.

Jesteś dzisiaj lepszym biegaczem niż te dwa lata temu?

Dzięki wprowadzeniu startów w górach znacznie zwiększyła się moja wytrzymałość i siła biegowa. Dwukrotnie pobiegłem w Biegu Rzeźnika w Bieszczadach a raz w Chudym Wawrzyńcu w Beskidzie Żywieckim - to na pewno sprawiło, że jestem dziś bardziej uniwersalnym biegaczem. Jestem też bardziej doświadczony - oprócz biegów górskich pokonałem między innymi 147-kilometrowe zawody Szczecin-Kołobrzeg i 212-kilometrowy Ultrabalaton na Węgrzech na niecałe dwa miesiące przed Badwater. Szczególnie ten ostatni bieg dodał mi dużo pewności siebie przed nadchodzącym najważniejszym startem w życiu. Wracając jeszcze na chwilę do biegów górskich, bardzo wzmocniły one moją psychikę. Na asfalcie monotonia często sprawia, że właściwie w każdym momencie może zachcieć ci się zrezygnować. Za to góry wciągają, nawet wtedy kiedy nie masz siły. I każą przeć przed siebie.

Na trasie Badwater trochę tych gór będzie - przed Tobą trzy mocarne podbiegi. Boisz się ich?

Mam pietra, nie ma co. Pierwszy podbieg jest najdłuższy, z Lone Pine na Horseshoe Meadows - 38 kilometrów podbiegu na wysokość 3000 m i drugie tyle zbiegu. Kolejny to 8 mil wspinaczki szutrową drogą na wysokość około 2600 metrów, a trzeci - na samym końcu - ma niby 6 mil, ale nachylenie wynosi 10-12 %, a na dodatek to już sam finisz biegu, kiedy będę miał w nogach około 210 kilometrów.

Dwa lata temu aż takich gór nie było...

Tak, wtedy start był w samym Badwater na wysokości 86 metrów poniżej poziomu morza i biegło się właściwie cały czas lekko pod górę. Mocny podbieg był tylko jeden - ten sam co w tym roku, ostatni pod Mt. Whitney. Jednocześnie trzeba dodać, że wtedy w Dolinie Śmierci było 50 stopni Celsjusza, natomiast teraz poza nią temperatura nie będzie aż tak wysoka.

Która trasa jest według Ciebie trudniejsza - obecna czy ta sprzed dwóch lat?

Zdecydowanie ta obecna, bo pomimo że temperatura będzie niższa, to zagotować będzie się można od samych podbiegów. Każdy z nich jest trudny. Pierwszy bo długi, drugi bo stromy i biegnie się nocą po szutrze, więc trzeba uważać, żeby nie spaść w przepaść, a trzeci - niby najkrótszy - ale po tylu kilometrach będzie zabójczy.

Jak zbijasz nerwy przed startem?

Nie ma na to szans. Aż do startu będę się denerwował, a lęk przejdzie dopiero po kilku pierwszych kilometrach przejdzie.

Skąd ten lęk? 

Po prostu obawiam się, że nie wyjdzie, że coś się stanie, że przytrafi się kontuzja, albo wyjdzie, że jednak nie jestem wystarczająco przygotowany.

A jesteś?

Tak. Ale zawsze przed startem doszukuję się błędów.

Po co?

Samo mi to wchodzi do głowy, chociaż tego nie lubię i staram się o tym nie myśleć. Jednak zawsze kończy się tak samo. Co prawda przed Ultrabalatonem stres przeszedł mi łagodnie, ale to był trening, za to Badwater to główny start w tym roku, więc wiem, że nie wyluzuję aż do końca.

Czujesz wsparcie ludzi?

Oczywiście, że tak. To dzięki nim mogę tu być, stanąć ponownie na starcie Badwater, dzięki nim mogłem przyjechać tu wcześniej, zaaklimatyzować się, potrenować. A kiedy czytam komentarze na moim blogu albo koncie na facebooku, to czasami aż mi się łza w oku zakręci ze wzruszenia.
Jak myślisz, dlaczego wszyscy ci ludzie tak Cię pokochali?

Nie mam pojęcia. Myślę, że powinieneś zapytać o to ich a nie mnie. Czytając komentarze, maile, w których piszą, że jestem dla nich wzorem czy inspiracją, aż mi się nie chce wierzyć, bo jak zaczynałem biegać, nie myślałem, że to może mieć dobry wpływ na kogokolwiek. Nigdy nie myślałem też, że kiedykolwiek będę mógł być dla kogoś przykładem.

A powiedz, co zrobisz, jak już w końcu przebiegniesz ten Badwater?

Zobaczymy, czy przebiegnę. Jak już to zrobię, będę myślał o kolejnych wyzwaniach. Ale na razie myślę tylko poniedziałkowym starcie.

Darek Strychalski, zwany również "Zwycięzcą", niezwykły ultramara-tończyk z Łap. 21 lipca po raz drugi w życiu zmierzy się z uznawanym za najtrudniejszy na świecie biegiem Badwater na dystansie 217 kilometrów. Oprócz biegania udziela się również społecznie. W przeddzień wyjazdu założył Fundację Darka Strychalskiego "Zwycięzca" wspierającą niepełnosprawnych biegaczy. Jego największym marzeniem jest móc biegać do końca życia, a swoim bieganiem pomagać innym.

sobota, 19 lipca 2014

Biegałem pod sekwojami

Nagle znalazłem się w Kalifornii, choć sam nie wiem, jak to się stało. Prędkość odrzutowa mnie zdumiewa, a pokonywanie tysięcy kilometrów liczone w godzinach już zupełnie nie mieści mi się w głowie. Przedwczoraj byłem w Warszawie, wczoraj w Nowym Jorku, dzisiaj w San Francisco, a już jutro będę w Lone Pine. Lubię podróżowanie, nie da się ukryć, jednak nie zmienia to faktu, że pokonywanie przestrzeni w tak gwałtowny sposób wydaje mi się nie mieścić w ludzkiej skali.

Widok z nowojorskiego apartamentu gościnnych przyjaciół
 
Do Kalifornii przyjechałem ku biegowej przygodzie życia - wspólnie z bratem Filipem i jeszcze dwoma kumplami będziemy wspierać naszego dzielnego przyjaciela Darka Strychalskiego na trasie ultramaratonu Badwater. Zadania na 217 kilometrów tego biegu już zostały przydzielone - Kuba będzie kręcił dokument o powrocie Darka na trasę Badwater, Kamil zgodził się zostać naszym kierowcą, a Filip i ja będziemy na zmianę dotrzymywać kroku Darkowi, motywować go i - ogólnie rzecz ujmując - trzymać go w pionie.

Chłopaki - Darek i Filip - są na miejscu już od dwóch tygodni. Przyjechali wcześniej, żeby Darek mógł się porządnie zaaklimatyzować i przygotować do zawodów. W tym celu od kilku dni śpią na polu namiotowym na wysokości około 3000 metrów, na którym największą atrakcją - oprócz rozrzedzonego powietrza - są grasujące niedźwiedzie. Do tego codziennie trenują, oczywiście w umiarkowanych dawkach, i testują jedzenie, jakie Darek będzie spożywał w trakcie biegu. A na dokładkę całe przygotowania relacjonują na specjalnie utworzonym na tę okazję foto-blogu. No po prostu pełna profeska!

Tymczasem ja po podróży byłem wymięty jak uprany kot, a po przedwczorajszym nocnym spacerze po nowojorskim Central Parku tradycyjny jetlag zamienił mi się w istny jumbo jetlag. Jednak nie chcąc ryzykować, że będę dochodził do siebie jeszcze przez kolejne dni i - w konsekwencji - odstawał od chłopaków już na starcie, dziś rano postanowiłem przepalić nawarstwione zmęczenie i pogięte mięśnie. Spakowałem się więc w samochód i pojechałem pobiegać po Parku Narodowym Big Basin Redwoods jakieś 60 mil na południe od San Francisco. 


Ależ to był fantastyczny trening! W sumie jakieś 15-20 mil (to według szacunków strażniczki parkowej), pod górę i w dół w przepięknym otoczeniu pierwotnego lasu, w znacznej mierze porośniętego gigantycznymi sekwojami. Już wcześniej widziałem te olbrzymy na żywo, ale dopiero teraz, w tak bezpośrednim kontakcie, w pełni zdałem sobie sprawę z ich potęgi i majestatu.


Sekwoje nie porastają jednak całego parku, a tylko jego niższe partie, gdzie najchętniej zbiera się na nich para wodna, od której dostają szwungu i mogą piąć się aż do nieba. Wyżej więcej jest za to cienkich drzew, zarośli i takiej typowo śródziemnomorskiej roślinności. Są tam też skały, piachy, jaszczurki i przepiękne widoki.

 
A i jeszcze jedno - na dole było całkiem rześko, za to wraz z wysokością wzmagał się prawdziwie kalifornijski ukrop. Po osiągnięciu wierzchu, czyli jakichś 2000 stóp (około 600 metrów) byłem więc już całkiem mokry. Urzeczony urodą otoczenia parłem do przodu z lekkością i dużą swobodą. Co ciekawe na szlaku nie spotkałem przy tym właściwie żywej duszy - jedynie dwóch brodatych drwali-lumberjacków i jedną uśmiechniętą dziewczynę pod sam koniec wędrówki.

      
Moją krótką ale jednak długą wycieczkę po Big Basin Redwood National Park zakończyłem dynamicznym zbiegiem, pełnym zakrętów, trawersów, mostków i oczywiście sekwoi, lecąc pełną parą z samego szczytu aż do asfaltowej drogi przeciwpożarowej wiodącej doliną. 
        

A już na drodze spotkałem przesympatyczną Idę, która stała się moją towarzyszką na ostatnim etapie wędrówki - miała około pięćdziesiątki, przyjechała z pobliskiego Boulder's Creek i wracała właśnie ze spaceru po lesie ze swoim czarnym psem półlabradorem. Najpierw opowiedziałem jej o Etosiu vel psiekomandosie - psim ultramaratończyku, do którego jej pupil był bardzo podobny, z tą różnicą, że na oko był tak ze dwa razy szerszy. Ida zapytała, co robiłem w lesie, i czy biegałem. Odpowiedziałem, że owszem, po czym opowiedziałem jej całą historię Darka i jego przygody z Badwater. Ida słuchała z wielką uwagą by na koniec wypalić: "Dobrze znam Badwater! Mój siostrzeniec już dwa razy go pokonał, może go znasz? Nazywa się Jason Coop i jest trenerem Deana Carnazesa. Na pewno zainteresuje go historia Darka, a ja już teraz trzymam za Was kciuki na Badwater, chłopaki!". Coś takiego mogło się wydarzyć tylko pod zielonym dachem wielkich sekwoi...


A już jutro ruszamy na południe! Na spotkanie z Darkiem, Filipem i z...Badwater - trzymajcie kciuki!!!