środa, 28 maja 2014

Monte Kazura - runda 2.

Wczoraj pozornie wszystko układało się dość podobnie jak przed debiutem Monte Kazury 23 kwietnia. Nad Warszawą znów krążyły czarne chmury zwiastujące potężną ulewę a może nawet i burzę, powietrze było ciężkie, a pies Etoś ponownie brylował na facebookowym profilu imprezy. Jednak już wielka kałuża, w której się wylegiwał, podczas gdy pozostali organizatorzy w pocie czoła znaczyli trasę, sugerowała, że II edycja Monte Kazury przyniesie zmiany. Wszak poprzednim razem górka kazurka była sucha jak wiór.

No i rzeczywiście tak było. Rzeczona kałuża o rozmiarach małego jeziora - efekt przedwczorajszego oberwania chmury nad Syrenim Grodem - okazała się tylko zwiastunem metamorfozy jaką wielka kazurska gonitwa przeszła pomiędzy swoją pierwszą i drugą odsłoną.

Błotniste cuda natury na trasie, które przynajmniej w trzech miejscach dały się wykazać potężnym bieżnikom butów warszawskich ultrasów, były oczywiście bardzo atrakcyjne (szczególnie z perspektywy tych, którzy na Ursynów przybyli po tzw. "umęcz"), jednak to zafundowane przez organizatorów udogodnienia techniczne sprawiły, że Monte Kazura w oczach większości uczestników zyskała +1 do respektu.

Weźmy na przykład taki oflagowany namiot biura zawodów - niby mała rzecz, a jak cieszy. Nie dość, że pozwolił uniknąć wycieczki do pobliskiej szkoły po odbiór numeru, to jeszcze dodał imprezie profesjonalnego sznytu i skondensował uczestników na jednej przestrzeni. Kolejna sprawa to zegar - element, którego poprzednio zabrakło, a który zawsze pomaga lepiej rozłożyć siły, szczególnie w przypadku "zapętlonych" biegów. Kolejny plus to sprawniejsze niż poprzednio ustawianie bramy, która wczoraj wzbiła się w górę, tak jakby chciała dorównać punktualnością zegarowi. No i oznakowanie trasy - już miesiąc temu nie dawało powodów do narzekań, ale wczoraj - choć trudno w to uwierzyć - było jeszcze lepiej. Słupki i chorągiewki rozstawione były jakby gęściej, na zakrętach szerzej, a w newralgicznych punktach (np. przed muldą-gigantem) - w przeciwieństwie do poprzedniego razu - nie dawały pola do omijania przeszkód.

Następną znaczącą zmianą była frekwencja - na moje oko wystartowało nas wczoraj około stu osób, czyli niemal dwa razy tyle co w debiucie Monte Kazury. Po pierwszej edycji wielu z nas zastanawiało się, co to będzie, jak fama o biegu pójdzie w świat i na kolejne zawody przybędą hordy wygłodniałych gór ultrasów z nizin. Na szczęście jeszcze tym razem najazdu nie było i - przy takiej ilości zawodników jak wczoraj - różnica w komforcie biegu była właściwie nieodczuwalna. Myślę, że nawet gdyby było nas jeszcze o pięćdziesiąt osób więcej, wciąż byłoby dobrze. W mojej ocenie przepustowość trasy pozostanie bez zarzutu mniej więcej do 150 startujących, powyżej tego na podbiegach łokcie mogą zacząć wbijać się w żebra, a na zbiegach może dochodzić do - odpukać! - potrąceń. 

Na koniec warto jeszcze wspomnieć o poziomie sportowym II rundy Monte Kazury. Na pewno tym razem było trudniej niż poprzednio, głównie ze względu na upał i częściowo błotnisty teren, ale i tak większość z tych, którzy startowali po raz drugi, pobiegło tylko nieznacznie gorzej niż w debiucie, co w tych warunkach należy uznać za sukces. A czołówka? Niech za podsumowanie wystarczy fakt, że wschodząca gwiazda naszych biegów ultra Kamil Leśniak został - jak sam to nazwał - "odsadzony" przez zwycięzcę i ostatecznie wbiegł na metę na drugim miejscu. Ja tych najlepszych widziałem tylko na pierwszym okrążeniu - szczególnie zapadł mi w pamięć moment, kiedy mozolnie wspinałem się na czwarty podbieg, a te dzikie konie zbiegały z niego w tempie polujących lampartów - to było nieprawdopodobne!          

To co, pora na puentę? Było cudnie, profesjonalnie i...do dna! Tak jak w ubiegły piątek na pępkowym kumpla biegacza było do dna za zdrowie małego Władzia, tak wczoraj było do dna za zdrowie Monte Kazury. Tylko że wtedy płacił ojciec, za to wczoraj już my - własnym potem, krwią i tchem, którego pod koniec trudno było już szukać w naszych wypompowanych trzewiach. I tak, za metą wszyscy - jak jeden mąż - padaliśmy na trawę i długo dochodziliśmy do siebie. Dopiero łyk wody lany prosto z baniaka przez organizatora Krzycha pozwalał myśleć o powrocie do pionu. Dzięki Krzychu!
Aha, i ostatnia sprawa - podczas gdy liczba uczestników się podwoiła, dziewczyn było wczoraj ze trzy razy więcej niż ostatnio. To cieszy szczególnie, szacunek dla Was!!!   

PS Na Monte Kazurze pojawił się też Darek Strychalski, który w ramach treningu do UltraBalatonu (i Badwater oczywiście!) zrobił treningowo dwie pętle, po czym stwierdził, że takich stromizn to nie było nawet na "Rzeźniku"!    

poniedziałek, 26 maja 2014

Dobry duch w Hajnówce

Zakochałem się w Podlasiu. Idealizuję je sobie, uwielbiam w całości nie dostrzegając wad, wciąż mi go mało, a gdy je widzę, krew w moich żyłach zaczyna krążyć szybciej. Jeśli wierzyć statystykom, człowiek o mojej masie ciała przeciętnie nosi jej w sobie około 6 litrów. Może więc to zasługa jej czwartej części, tego półtora litra odziedziczonego po dziadku z Kresów, że tak to Podlasie zniewoliło moje zmysły...

Przy czym wstyd mi, ale w jego rodzinne strony, do podłosickich Bohukał, zawitałem do tej pory w swoim życiu tylko jeden jedyny raz. Miałem wtedy kilkanaście lat i nie zapamiętałem z tamtej wizyty nic poza wiejskim domem pradziadków, opuszczonej pszczelej pasieki ukrytej pośród owocowych drzew na jego tyłach i rozległych pól, które tylko gdzieniegdzie utkane były nielicznymi chatami. Chyba całkiem mi się tamten krajobraz wówczas spodobał, ale ogólnie rzecz biorąc cała wyprawa wywołała we mnie nastrój takiej niewinnej, dziecięcej obojętności.

Jakże inaczej czuję się dziś, kiedy tylko od początku tego roku odwiedziłem Podlasie już trzykrotnie, czyli trzy razy więcej niż wcześniej przez całe życie. Przy czym każda z wizyt była zupełnie wyjątkowa i nakłaniająca do prędkiego powrotu w te niezwykle gościnne strony. Albowiem przyroda na Podlasiu jest piękna, jednak jeszcze piękniejsi są jego mieszkańcy - przepełnieni otwartością, dobrodusznością i gestem - i to oni sprawiają, że każdy mój powrót stamtąd kończy się nostalgią i poczuciem ściśniętego przełyku.

Traf chciał, że każda z moich wypraw na północny wschód była jednocześnie niezapomnianą wyprawą biegową. Dwie pierwsze eskapady skończyły się fantastycznymi spontanicznymi wycieczkami na cztery i na sześć (a jeśli wliczyć psa Etosia to nawet na 10) nóg, a trzecia - najświeższa, ubiegłosobotnia - to już w ogóle wypad w pełni biegowy. Wypad na jedyny w swoim rodzaju półmaraton hajnowski!

Półmaraton Hajnowski to kameralna impreza, której skala jest nieporównywalnie mniejsza od zaangażowania organizatorów w przygotowanie zawodów. Na każdym kroku dbają oni o to by uczestnicy "hajnówki" czuli się zaopiekowani na sto pięćdziesiąt procent. Nie jestem zwolennikiem bogatych pakietów startowych, bo zwykle te wszystkie "bogactwa" okazują się kompletnie bezużyteczne, jednak w tym przypadku pakiet jest naprawdę hojny. Moim osobistym numerem jeden był zdecydowanie bilet wstępu na wieczorną imprezę w puszczy. Jednak sam bilet to nie wszystko. Do pakietu były dołączone również kolejne bileciki - na piwo, na przekąski i na dzika z rożna. Żaden ze mnie amator dzika, ale widziałem, że inni wcinali go aż im się uszy trzęsły. Za to piwo z beczki, wspaniały chleb na zakwasie, ogórki kiszone to już zdecydowanie moja bajka. Było pysznie!

Ale żeby zasłużyć sobie na to leśne święto, wcześniej trzeba było pokonać 21 kilometrów i 97 metrów leśną szosą z Białowieży do Hajnówki. Trasa była dość płaska i prosta, ale kilka zakrętów, niewielkich zbiegów i podbiegów, które jednak się na niej znalazły, wystarczyły by nie można było się na niej nudzić. Jeszcze na dzień przed biegiem wszystko wskazywało na to, że kolejną atrakcją będzie potężna ulewa nadchodząca ku Białowieży z południa Polski, jednak szczęśliwie rozmyła się ona gdzieś pod drodze, dzięki czemu startowaliśmy w sobotę przy prawie bezchmurnym niebie.

W sumie z Białowieży wybiegło około 300 osób, z których zdecydowana większość ostatecznie zmieściła się w limicie 2 i pół godziny i szczęśliwie dotarła do mety. A tam oprócz imiennych medali, osobistych gratulacji od organizatorów i sterty bananów czekały na nas kolejne atrakcje - pyszny tradycyjny obiad w szkolnej stołówce i prawdziwy hit zawodów, czyli losowanie nagród.

To była moja pierwsza "hajnówka", ale z tego co udało mi się zasłyszeć, tamtejsza "tombola" to już prawdziwa tradycja. Odbywa się ona w miejskim amfiteatrze w atmosferze wielkiego sportowego święta. Nagród jest prawie tyle co zawodników, więc przy każdym kolejnym wyczytywanym numerze, przynajmniej połowa publiczności z nerwów przebywa w ciągłym półsiadzie, żeby w każdej chwili móc wartko ruszyć w dół po wymarzony grant.

A nagród nie dość, że było dużo, to na dodatek były one naprawdę świetne. Począwszy od zestawów lokalnych przypraw i ziołowych herbat o podlaskim charakterze, przez dorodne sękacze, po wzbudzającego duże emocje wśród biegaczy "ducha puszczy". O duchu jeszcze wspomnę, bo jak się później okazało, odegrał wieczorem znaczącą rolę, ale na razie jesteśmy wciąż przy losowaniu. Jego absolutną kulminacją było losowanie dwóch rowerów - damskiego i męskiego. Traf chciał, że "damkę" wylosował jeden z reprezentantów naszej brygady! "Wybiegany" rower sprezentował następnie swojej żonie, która wcześniej dzielnie wspierała go na trasie. To się nazywa uzupełniać się w małżeństwie!

Tyle tylko, że wkrótce miało okazać się, że rower to nie tylko radość, ale i kłopoty. No bo jak tu się teraz z nim zabrać z Hajnówki na imprezę w puszczy aż za Białowieżą?! W końcu dorodny bicykl to nie pakunek herbat ani zestaw ziół, nie da się go schować, ot tak, do bagażnika. Na szczęście do dyspozycji uczestników półmaratonu zostały podstawione specjalne autobusy, które miały zaoszczędzić pracy policjantom z lokalnej drogówki i dowieźć biegaczy bezpiecznie na miejsce a potem zgarnąć ich z powrotem. Pomyśleliśmy więc, że gdzie jak gdzie, ale do autobusu rower upchnąć uda się na pewno. Niestety kierowca był innego zdania, zatrzasnął rowerowi i jego świeżej właścicielce drzwi przed nosem (i przed kołem) i w ten sposób dzielna Grażyna stanęła przed tym samym zadaniem co kilka godzin wcześniej jej mąż. Różnica była taka, że jej zupełnie niespodziewany, prywatny półmaraton wiódł w przeciwnym kierunku, a zamiast stóp napędzały ją rozpędzone koła 28' wygranej "damki".       

No i wtedy się zaczęło. Gdy dotarliśmy do puszczy, w ruch poszły bileciki - najpierw te sympatyczne z pakietów, a potem już te większe, zawsze niebezpieczne, udekorowane profilami polskich królów. W międzyczasie niebo zasnuła wielka czarna chmura i przez dobry kwadrans padało tak mocno, że ciężkie krople wytłukły chyba wszystkie okoliczne komary. Nie wiem, czy to sprawił ten niespodziewany potop, czy może strach przed jego powrotem, w każdym razie tamtego wieczoru te wiecznie nienasycone, krwiopijcze bestie na szczęście nam nie dokuczały. Jednak niestety nie tylko one stały się ofiarami tego gwałtownego oberwania chmury nad Białowieżą. W tym samym czasie, kiedy u nas część towarzystwa już szykowała się do zatopienia zębów w dziczej giczy, dzielna Grażyna była na swoim rowerze dopiero gdzieś w połowie drogi z Hajnówki. Łatwo można sobie wyobrazić, że przy takiej ulewie szosa szybko zamieniła się w rzekę, a wygrana "damka" prędko musiała przekwalifikować się na rower wodny.

Kiedy w końcu nasza nieustraszona Grażyna dotarła na miejsce, dostała od wszystkich zebranych pod wiatą biesiadników owację na stojąco - wszak to ona okazała się największą bohaterką tamtego dnia. Nie zwycięzcy zawodów, nie dzik, ale ona - dziewczyna, która nie przestraszyła się piorunów, wichury i ściany deszczu i dzielnie cięła na swoich dwóch kółkach przez zalaną do ostatniej kreciej nory puszczę. Wszyscy, co do jednego, byli pod wrażeniem jej wyczynu, nie mogło się więc to skończyć inaczej jak...toastem za zdrowie Grażyny!      

Później było już tylko z górki - kontrolę nad wydarzeniami przejął bowiem wspomniany już "duch puszczy" -  magiczny hajnowski napój o kolorze rozrzedzonego ludwika. Uśmiechy z każdą minutą się poszerzały, nadziany na rożen tłusty dzik szybko nabrał wymiarów kościstej modelki, a wkrótce zniknął zupełnie. Pod wiatą prym zaczęli nadawać biegacze z Białorusi, a ze sceny dobrzmiewać zaczęły coraz bardziej skoczne hity grane na żywo. Jednak gdy w uszach zadźwięczały nam pierwsze takty "Ona tańczy dla mnie" uznaliśmy, że to najwyższa pora wrócić w gościnne progi Garego i Leny - naszych sympatycznych białowieskich gospodarzy. Zapakowaliśmy się więc w komplecie do autobusu i - stłoczeni jak sardynki - czekaliśmy na odjazd. Ale czekamy i czekamy, a kierowcy nie ma. Wtem do środka wsiada facet z wąsem i z flaszką. Okazało się, że to główny organizator biegu, który oznajmia, że to kontrola biletów, ale że biletów już brak, to każdy kto chce jechać, musi na pożegnanie łyknąć "ducha puszczy". Potężny silnik przeładowanego autobusu ryknął dopiero, kiedy z flaszki wydobyła się ostatnia kropla zielonkawego trunku.

W drodze powrotnej zrobił nam się prawdziwy wesoły autobus ze śpiewami, żartami i drobnymi, wzajemnymi uszczypliwościami wśród biegaczy. Nie mam żadnych wątpliwości - to był dobry bieg. I jeszcze lepszy duch!  

czwartek, 22 maja 2014

Maraton marazmu

Już od prawie miesiąca mierzę się z jednym z najtrudniejszych maratonów w moim życiu - tym razem nie jest to jednak maraton pokonywany na nogach, a we własnej głowie. 

Dopadł mnie syndrom poultramaratońskiego wypalenia, o którym wspominał między innymi Murakami w swojej książce "O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu". Polega on na tym, że po wysiłku ponad swoje możliwości biegacz traci całą przyjemność z biegania. Ja na przykład, kiedy postanawiam, że trzeba w końcu wyjść z marazmu i obiecuję sobie, że od następnego ranka wracam do treningu, nazajutrz okazuje się, że nie jestem w stanie wstać z łóżka. Oszukuję więc umysł i przekładam bieganie na popołudnie. Tyle, że po południu znajduję tysiąc powodów na to, że lepiej będzie jednak pobiegać rano i kółko się zamyka.

Jedyne co na tę chwilę jeszcze w bieganiu mnie cieszy to wspólny trening z kimś bliskim. Wczoraj na przykład wyskoczyliśmy do parku z moim ulubionym sąsiadem i  na chwilę wróciła mi dawna radość. Jeszcze wieczorem wydawało mi się, że to był przełom, i że nazajutrz ruszam pełną parą. Jednak gdy o 7 zadzwonił budzik, zamiast ochoczo zerwać się z łóżka i wskoczyć w biegowe buty, po prostu przestawiłem go o 20 minut do przodu.

To naprawdę niedobrze, że ten marazm dopadł mnie w takim momencie, raptem na niecały miesiąc przed Biegiem Rzeźnika - teoretycznie najważniejszym startem w tym roku. Według planu nakreślonego wczesną wiosną z moim biegowym partnerem, mieliśmy teraz biegać po górce kazurce, Falenicy, robić dziesiątki podbiegów pod Agrykolę. A co robimy? On może i coś robi, ja przysnąłem, znieruchomiałem i - jeśli tak dalej pójdzie - zamiast walczyć w "Rzeźniku" o dobry czas, będę walczył o to, żeby w ogóle dowlec się do mety.

Mam świadomość, że nie nadrobię tego co mogłem w ostatnich tygodniach zbudować, a czego nie zbudowałem, ale jednocześnie wiem, że gdybym zacisnął teraz zęby i wykrzesał z siebie odrobinę ambicji, mogę się jeszcze przed czerwcową wyprawą w Bieszczady choć trochę wzmocnić. W takich momentach jak ten zawsze myślę sobie o moim prywatnym mistrzu Darku, który oddałby wiele, żeby największym problemem w jego bieganiu było to, że mu się nie chce. Myślę sobie wtedy, że pogrążanie się w rozleniwieniu jest po prostu nie w porządku wobec niego. Już kilka razy Darek swoją postawą sprawił, że wyrwałem się z nieróbstwa i ruszyłem z bloków. Mam nadzieję, że tak samo będzie i tym razem - szczególnie po tym jak wczoraj wieczorem powiedział mi w rozmowie telefonicznej, że w ramach treningu we wtorek zrobił 76 a w środę - 40 kilometrów z Łap do Augustowa. Za to dziś wyruszył w drogę powrotną. Po prostu Mistrz!       

wtorek, 20 maja 2014

Z beskidzkiej łąki do białowieskiej puszczy

Zanim wkręciłem się w bieganie, właściwie przez całe życie "moim" sportem była piłka nożna. Kiedy byłem dzieckiem, za boisko mi i moim starszym braciom służyła położona na łagodnym południowym stoku łąka, której mieliśmy wokół domu tyle, że zmieściłoby się na niej pewnie i ze sto maracan. Jako bramki ustawialiśmy na niej pieńki, które zdążyły uratować się spod topora i jeszcze nie wylądowały pod ścianą jako opał na zimę. Tak na marginesie to takie porąbane drewno ułożone wzdłuż drewnianych chat potrafi wyglądać jak piękny obraz. Szkoda że w miastach się tak nie robi, tu królują kaloryfery...

No więc ustawialiśmy te pieńki i graliśmy. Z racji tego, że było nas trzech, zwykle graliśmy na jedną bramkę według zasady "wyjścia za linię". Jak strzeliłeś gola bez uprzedniego wyjścia za swojego przeciwnika, wtedy gol się nie liczył. Jednak nie zawsze musieliśmy się uciekać do tej reguły, albowiem czasem na naszej łące stawała czwarta para nóg i wtedy można było rozegrać regularnego mecza dwóch na dwóch. Wtedy było święto!

Dziś z tych naszych dziecięcych rozgrywek pamiętam głównie to, że starsi bracia jeszcze bardziej niż strzelać gole, lubili mnie przedrzeźniać i wyprowadzać z równowagi - raz faulem, raz "kanałkiem" puszczonym między moimi nogami, a raz złośliwością, której nie zrozumie nikt, kto nigdy nie był młodszym bratem. Koniec końców mecze zwykle kończyły się dla mnie płaczem i ociekającą łzami ucieczką do domu, a dla moich braci niezłym ubawem. Gola strzeliłem za to tylko jednego - ale oczywiście mi go nie uznali, bo według nich był słupek. I to mimo że słupek z pieńka miał 20 centymetrów wysokości, a futbolówka poleciała dobre kilkanaście centymetrów wyżej. No ale weź tu wytłumacz starszemu o pół tuzina lat i wyższemu o dwie głowy starszemu bratu swoje racje. Wtedy jedyną słuszną metodą wydawał mi się ryk i sprint do domu.

Wiele lat później, już w liceum, bezkresną beskidzką łąkę zastąpiły błonia warszawskiego Stadionu X-lecia, pieńki dawno poszły z dymem, a płacz nie był najlepszą metodą na trenera ze Szmulek, który podczas gdy my trenowaliśmy, lubił sobie łyknąć ciepłej gorzałki wprost z miękkiego, plastikowego kubka. Kiedy już wypił co miał wypić, odkładał pusty kubek na dach samochodu, podchodził do linii końcowej boiska i wykrzykiwał spod wąsa kolejne komendy do swoich podopiecznych. Byłem wśród nich i ja i z dzisiejszej perspektywy nie wspominam tego człowieka z największym entuzjazmem. Jeśli mam być szczery, to zupełnie nie nadawał się do zawodu trenera. Zresztą wcale nim nie był, bo trenerka to zajęcie dodatkowe, a prawdziwy etat wyrabiał jako agent ubezpieczeniowy. I tak, jego największym osiągnięciem podczas prowadzenia mojej drużyny było to, że w pewnym momencie udało mu się namówić połowę zespołu do wykupienia polis w swojej firmie. W zamian mieliśmy pojechać na przygotowawczy obóz zimowy na Cypr. Skończyło się oczywiście tak, że na żaden obóz się nie wybraliśmy i skończyliśmy przetrenowując całą zimę na malutkiej sali szkoły specjalnej na Grochowie. Na pocieszenie zostały nam tylko nasze polisy.

Tamtego trenera zapamiętałem również z tego, że z uwielbieniem powtarzał słynne piłkarskie porzekadło brzmiące "jesteś tak dobry jak twój ostatni mecz". Wówczas był on dla mnie swego rodzaju autorytetem, więc szybko uwierzyłem w te słowa, szczególnie że powtarzał je dość często. Jednak dziś, po kilkunastu latach, uważam, że powiedzonko to jest wyjątkowo okrutne i bezlitosne. Nie zgadzam się z nim ani w kontekście piłki ani żadnej innej dziedziny sportu ani życia. Gdyby dziś ktoś powiedziałby mi: "jesteś tak dobry jak twój ostatni bieg", roześmiałbym mu się prosto w twarz.

Albowiem każdy bieg - tak samo jak i mecz - jest inny. Inne są przygotowania, inne warunki, inna trasa, właściwie to wszystko jest inne. I nigdy nie możesz być pewny, dlaczego jednego dnia poszło ci całkiem dobrze, a drugiego zupełnie fatalnie. 

Dla przykładu dwóch moich serdecznych biegowych druhów wzięło udział w niedzielnym maratonie w Krakowie, przy czym obydwaj przystąpili do niego z nadzwyczaj ambitnymi celami. Jeden chciał pobiec poniżej trzech godzin, a drugi szykował się na łamanie dwóch godzin i pięćdziesięciu minut. Nie udało się żadnemu - pierwszy zszedł z trasy na 27. kilometrze, drugi spóźnił się na metę o niemalże 6 minut. Ten, który zszedł, był załamany, ten który dobiegł - niepocieszony. Teoretycznie można by więc uznać, że - zgodnie z maksymą dawnego trenera - poziom tego, który odpuścił jest załamujący, a tego, który w bólach dotarł do końca - niepocieszający. Absolutnie się z tym nie zgadzam. Obaj są bowiem dla mnie fantastycznymi biegaczami-amatorami, do których jeszcze długo (jeśli w ogóle) ze swoim bieganiem nie doszusuję. A że nie zrealizowali swoich celów - cóż, bywa... Następnym razem to zrobią, jestem pewien!    

Na przeciwnym biegunie znalazła się za to dzień wcześniej moja dzielna biegająca sąsiadka. Dziewczyna która nigdy wcześniej nie pokonała dystansu większego niż 15 kilometrów, w sobotę równym tempem przemierzyła półmaraton hajnowski. I to z uśmiechem na ustach i przyśpieszeniem na ostatnim kilometrze! Wraz z jej mężem najlepszym na świecie sąsiadem i grupą znajomych, wspieraliśmy ją rozmową, żartami a nawet piosenką, ale prawda jest taka, że tego dnia żadne wsparcie nie było jej potrzebne. Miała w sobie tę moc, której niestety zabrakło chłopakom w Krakowie. I tak, podczas gdy oni szukali przyczyn niepowodzenia, ona mogła się po prostu cieszyć z nadzwyczaj udanego półmaratońskiego debiutu. Jeśli wcześniej nie wiedziałem, co znaczy sąsiedzka duma, teraz już wiem!     

Swoją drogą wspaniale było tak pobiec na wynik nie swój a kogoś innego, bez oczekiwań, za to z zapachem puszczy w nozdrzach i jej cieniem na plecach. Co prawda również z bólem kolan ciągnącym się jeszcze od Niepokornego Mnicha, ale nawet on nie był w stanie wyrwać mnie z nastroju błogości, jaki towarzyszył tej naszej przyjacielskiej przeprawie przez puszczę. I nawet jeśli bieg z Białowieży do Hajnówki nie był najszybszy, to i tak był genialny. Także gdyby trener jednak miał rację i "jesteśmy tak dobrzy jak nasz ostatni bieg", zarówno ja, sąsiedzi, jak i pozostali kompani nie mielibyśmy nic przeciwko temu. Wyszłoby przecież na to, że jesteśmy fantastycznymi biegaczami. No, takie bieganie to ja lubię!               

piątek, 9 maja 2014

Darek Potrafi!

Kochani!

Dzisiejszy wpis to moja serdeczna i najszczersza prośba o wsparcie mojego (i naszego) drogiego Przyjaciela - niepełnosprawnego biegacza Darka Strychalskiego. Pisałem już tu kiedyś o nim, jednak tym razem nie tylko piszę, ale i proszę o pomoc.

Wspólnymi siłami możemy spełnić marzenie tego niezwykłego i doświadczonego przez los człowieka. Jest nim udział w ultramaratonie Badwater - słynnych amerykańskich zawodach na dystansie 217 kilometrów w smażącym słońcu i pustynnym klimacie. Niewiele jest rzeczy, których Darek pragnąłby bardziej niż powrót do Badwater i ponowne zmierzenie się z tym piekielnym wyścigiem. Tym razem tylko od nas zależy, czy mu się uda. Od dziś na portalu PolakPotrafi przez 45 dni będzie "wisiała" zbiórka funduszy na projekt Darka "Badwater 2014 - Powrót". Zajrzyjcie na nią, przeczytajcie o Darku i jego planie i wpłaćcie na jego projekt. Pamiętajcie - liczy się każda złotówka. Dziękuję w imieniu swoim i Darka!

A do zaglądających tu czasem bloggerów: Krasusa, MikołajaBiega, KubyWnogi, ZenAny i innych (jeśli tacy są) mam dodatkową prośbę o puszczenie informacji o akcji Darka na swoich blogach. Dziękuję po stokroć!

  

środa, 7 maja 2014

Buty Inov-8 x-talon 212 - opinia

W moich x-talonach dwieście dwunastkach biegam od dwóch miesięcy. Choć może uczciwiej byłoby powiedzieć, że od dwóch miesięcy to je mam, bo na stopy założyłem je przez ten czas raptem...cztery razy. Jednak to nie ilość, a jakość treningów i startów w tych butach jest wyznacznikiem mojej ich oceny.
              
x-talony w akcji (fot.Filip Bojko)
Przygodę z bieganiem w x-talonach zacząłem od szybkiego treningowego półmaratonu po płaskich leśnych ścieżkach. Teoretycznie mógł to być fałszywy ruch, bo dystans ponad 20 kilometrów w zwartym tempie i nierozbitych butach spokojnie mogłoby się okazać torturą dla stóp. Jednak już po wszystkim okazało się, że nie przybył mi tamtego ranka ani jeden odcisk. Nie tylko jak na pierwszy raz, ale w ogóle, biegło mi się w nich przy tym lekko, przyjemnie i dynamicznie. Dość powiedzieć, że czas 1 godzina 33 minuty z małym hakiem okazał się wówczas moim najlepszym wynikiem w życiu na dystansie półmaratonu. Poprawiłem go dopiero kilka tygodni później - już w szosówkach - ale i tak raptem o niewiele ponad 2 minuty.  A zatem pierwsze zaskoczenie - pomimo terenowego przeznaczenia i agresywnego bieżnika wysokiego na dobry centymetr, x-talony ujawniły swój prawdziwie wyścigowy charakter. Ale jak tu się dziwić, skoro są to buty, o których mówi się, że wygrano w nich więcej górskich biegów niż w jakimkolwiek innym modelu...

W następnej kolejności dwukrotnie porwałem się w moich "inowejtach" na górkę Kazurkę: raz spokojnie, treningowo, a kilka tygodni później już zdecydowanie żwawiej podczas pierwszych zawodów cyklu Monte Kazura. Traf chciał, że za każdym razem górka była sucha jak wiór, przez co strome zbiegi nie były w stanie w pełni zweryfikować doskonałej opinii o stabilności podeszwy x-talonów na mokrym, pochyłym terenie. Mogłem więc się cieszyć z tego, że nie ślizgałem się na świeżej, wiosennej trawce, ale o prawdziwym teście kontroli trakcji nie mogło być mowy.  Ten miał przyjść dopiero 26 kwietnia w Szczawnicy.

Odbywający się tego dnia Niepokorny Mnich - ultramaraton po pasmach Pienin i Beskidu Sądeckiego - okazał się najlepszym możliwym poligonem doświadczalnym nie tylko dla biegaczy ale i dla ich butów. Przyczyniły się do tego zmienne warunki atmosferyczne, różnorodność podłoża i cała gama nachyleń podejść i zbiegów. No i ten dystans - co jak co, ale 95 bitych kilometrów jest w stanie odpowiedzieć na pytanie, czy buty, w których je przebiegłeś, były dobre czy złe.

Przed startem nurtowało mnie pytanie, czy przypadkiem nie popełniłem błędu nie kupując rozmiaru 45,5 zamiast 45. Mówi się, że jeśli buty szosowe powinny być większe o przynajmniej pół numeru od noszonego na co dzień, to przy "trailówkach" zapas powinien wynosić już jeden pełny numer. Ja jednak nie mogłem się przekonać do przymierzanych "kajaków" i ostatecznie zdecydowałem się na te mniejsze. Inna teoria mówi, że nie należy patrzeć na rozmiary, tylko trzeba spróbować wcisnąć dwa palce między piętę a zapiętek buta i, jeśli wejdą bez problemu, to znaczy, że jest dobrze. I choć w moim przypadku metoda ta sprawdziła się doskonale, to i tak na starcie zastanawiałem się, czy na którymś ze zbiegów nie pożałuję swojej decyzji, kiedy dopychane masą całego ciała palce raz po raz będą zderzać się boleśnie z solidną przednią ścianką buta.     

Już na trasie okazało się, że moje obawy nie sprawdziły się w najmniejszym stopniu. Owszem, były momenty, że na szybkich, kamienistych zbiegach zabrakło kilku milimetrów, żeby uniknąć zderzenia palucha z okalającą przody twardą gumą, jednak były one na tyle nieliczne, że nie wprowadzały do mojego biegu ani odrobiny dyskomfortu. Tym bardziej, że kamienie nie były najpopularniejszą nawierzchnią tamtego dnia. Zdecydowanie było nią za to błoto. I jeśli nie założyłeś na to błoto odpowiedniego obuwia, byłeś przegrany - brązowa maź była gotowa pochłonąć cię w całości. Ja na szczęście nie miałem tego problemu - uratowały mnie x-talony!

To było niesamowite uczucie, kiedy na zbiegach parłem przed siebie mając pełne zaufanie do butów, że nie wyjadą mi spod tyłka. I podczas gdy wielu biegaczy na największych stromiznach powoli i ostrożnie się zsuwała, a co poniektórzy musieli nawet przytrzymywać się gałęzi drzew, ja mogłem odkręcić śrubkę i lecieć w dół z poczuciem pełnej stabilności. Nie inaczej było na podejściach - tam gdzie wielu musiało wspomagać się kijkami, a poślizg i tak prędzej czy później się zdarzał, ja w moich x-talonach spokojnie i pewnie wspinałem się ku górze. Nie wiem, czy to zasługa samego bieżnika czy jeszcze innych elementów budowy butów, ale fakt jest faktem, że stabilizacja w błotnistym terenie jest w nich idealna. Właściwie dopiero na ostatnim zbiegu, gdzie błoto miejscami sięgało kostek i było już bardzo mocno wyrobione, zdarzyły się ze dwa momenty kiedy nawet mocarna podeszwa nie dała rady. Dopiero tam rowki bieżnika zakleiły się na amen i jedyne co można było robić to zamykać oczy i liczyć na szybką jazdę w dół.

Bardzo obawiałem się ostatniego 10-kilometrowego odcinka prowadzącego po asfalcie. Również dlatego, że nie wiedziałem, jak będą się czuły moje stopy po przebiegnięciu ponad 80 kilometrów po górach. I tu kolejne pozytywne zaskoczenie, ponieważ nie dość, że x-talony doniosły mnie i moje stopy aż tam w zaskakująco dobrym stanie, to okazało się, że całkiem sprawnie można w nich biegać również po twardym. Tak więc po błocie, kamieniach, korzeniach i łąkach, okazało się że i asfalt im nie straszny. Doholowały mnie po nim moje inov-8 do końca i sprawiły, że na mecie mogłem być z nich naprawdę szczerze zadowolony.   

Reasumując, za największe zalety x-talonów 212 uznaję:
- genialną podeszwę stabilną na błocie, a zarazem wygodną na twardym podłożu
- bardzo niską masę i dynamiczność
- odporną i stosunkowo wodo(i błoto-)szczelną cholewkę
- cenę (szczególnie model zeszłoroczny można znaleźć w świetnych promocjach)

Wadę do tej chwili odkryłem tylko jedną:
- sznurówki bardzo lubią się rozwiązywać, dlatego jeśli nie zastosujesz jakiegoś myku i zasznurujesz je w sposób tradycyjny, możesz mieć pewność, że prędzej czy później trzeba będzie je wiązać na nowo!
    

środa, 30 kwietnia 2014

Piętno Niepokornego Mnicha

Tuż po ukończeniu Niepokornego Mnicha chwaliłem się, że na trasie nie dotknął mnie żaden kryzys. I rzeczywiście tak było - podczas gdy ciało całymi godzinami wołało o litość, głowa aż do końca pozostała niewzruszona. 

Jeśli chodzi o formę fizyczną, najbardziej dokuczliwy był dla mnie ból prawego kolana, którego przeciążona chrząstka już od kilku tygodni wysyłała dojmujący sygnał ostrzegawczy. Na Mnichu sygnał ten najpierw przeskoczył czerwoną kontrolkę, a potem już tylko trwał w tym niewygodnym dla mnie położeniu. Co ciekawe, najmniej z całego towarzystwa cierpiały mięśnie ud i łydek, które na stromych podejściach i ostrych zbiegach teoretycznie powinny oberwać najbardziej. Po przeciwnej stronie granicy komfortu, gdzieś od połowy dystansu, znajdowały się natomiast moje ręce. Żeby było ciekawiej najbardziej w kość dostały nie barki ani ramiona, a przedramiona, które od mniej więcej 50. kilometra musiałem stale trzymać luźno puszczone wzdłuż tułowia. Inaczej pulsujący ból stawał się nie do zniesienia. Kompani, z którymi biegłem, trochę się ze mnie podśmiewali, ale wcale się im nie dziwię, bo musiałem w tej pozycji wyglądać naprawdę śmiesznie. Jak jakiś ultras z przypadku.

fot. Filip Bojko

A zatem moje ciało przeszło na Niepokornym Mnichu prawdziwą lekcję pokory, dźwigając się odrobinę dopiero na ostatnich kilku kilometrach prowadzących płasko ku mecie. W tym samym czasie głowa, początkowo niepewna i przepełniona najróżniejszymi obawami, z każdym pokonanym szczytem stawała się coraz mocniejsza i stabilniejsza. Napędzała mnie koncentracja - przy czym łatwiej wpadałem we właściwy rytm na podejściach, a zdecydowanie trudniej było mi oswoić zbiegi. A te nierzadko ciągnęły się przez wiele minut i kilometrów. Przy wspinaczce obierałem sobie kolejne cele i rytmicznie parłem do ich osiągnięcia - czasem było to 5 metrów, a czasem 50. Za to kiedy przychodziło puścić się w dół, pozwalałem nogom spokojnie się rozpędzić i oddać wodze sile grawitacji. Przy czym zdecydowanie lepiej znosiłem łagodnie schodzące stoki niż strome ściany, których było na trasie sporo. Albowiem im stromiej, tym bardziej wychodziły moje braki w technice, a wypięty kuper, zamiast brać obciążenia na siebie i na mięśnie czworogłowe ud, każdy zwielokrotniony kilogram mojej masy ładował bezpośrednio w kolana.



Jakże wielkie było więc moje zdziwienie, gdy w poniedziałek wieczorem - dwa dni po biegu - kiedy fizycznie dochodziłem już do siebie, mój organizm pokazał mi, że wcale nie jest ze mnie taki kozak, jak mi się wydawało. Najpierw przyszły nudności, które męczyły mnie całą noc. Były chwile, że chciało mi się wymiotować, ale ostatecznie ani razu nie przyszło mi się modlić nad toaletą. Druga strona była z kolei solidnie zakorkowana ubitymi podczas biegu na kamień bananami, rodzynkami, orzeszkami i - przede wszystkim - trzema pizzami, które zjadłem: jedną dzień przed, drugą parę godzin po biegu, a trzecią nazajutrz już w domu. A zatem zostałem zatkany na amen.

Początkowo byłem przekonany, że to wina przeterminowanego makowca, który zjadłem w poniedziałek rano, jednak dziś - po zażegnaniu nudności i przeżyciu dwóch dni trzęsawki i wieczornego wypatrywania na termometrze wysokiej gorączki - jestem prawie pewien, że kryzys, który szczęśliwie ominął mnie na trasie, pokonał 400 kilometrów dzielące Szczawnicę od Warszawy i dopadł mnie w moim własnym łóżku. Jest jeszcze szansa, ze to jakiś wirus się przypałętał, ale coś mi mówi, że ten wirus zwie się nie inaczej niż...Niepokorny Mnich.



Wpis ten popełniam więc lekko tylko wychylając się spod kołdry i marząc o pozbyciu się poczucia rozsadzanej głowy, odchrząkiwania każdego wypowiedzianego słowa i trzęsących się rąk. Zabawne, że w ciągu dnia po tych dolegliwościach wydawało się nie być już żadnego śladu, jednak gdy wracałem z pracy na rowerze, w pewnym momencie z niego zsiadłem - raz że zadzwoniła przyjaciółka, dwa że po prostu bałem się wypierniczyć. I tym razem nie byłoby mi już do tego nawet potrzebne żadne volvo. Leżę zatem i kwiczę, ale ostatnią rzeczą, której bym żałował to udział w szczawnickim ultramaratonie. Ten cudowny bieg wart był nawet tego, żebym na zrzucanie z siebie piętna Niepokornego Mnicha spędził choćby całą majówkę!          

PS. Jakbyście jeszcze nie widzieli, koniecznie obejrzyjcie resztę przepięknych zdjęć ze Szczawnicy autorstwa Piotrka Dymusa: tu.

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Relacja z Niepokornego Mnicha - czyli jak zostałem ultramaratończykiem

Udział w Niepokornym Mnichu nie był moim pierwszym doświadczeniem w bieganiu po górach na długim dystansie. Już dwa lata temu zmierzyłem się bowiem z krótszą trasą debiutanckiego Chudego Wawrzyńca, kiedy to pokonałem 54 kilometry po Beskidzie Żywieckim. Jednak ultramaratończykiem z prawdziwego zdarzenia poczułem się dopiero w minioną sobotę, po minięciu linii mety w Szczawnicy i pokonaniu około 95 ciężkich kilometrów po szlakach Beskidu Sądeckiego oraz polskich i słowackich Pienin.

Podejście w Rytrze

To był piękny bieg. I nie mam tu na myśli tylko obłędnych widoków, które raz po raz wyłaniały się zza mgły ku uciesze oczu uczestników. Myślę o nim jak o czymś pięknym również dlatego, że na każdym kroku było czuć, że jest to wydarzenie organizowane przez pasjonatów dla pasjonatów. Skromna oprawa, skromne pakiety, skromne oczekiwania większości zawodników - wszystko to sprawiło, że już na starcie poczułem, że biorę udział w czymś więcej niż tylko w zorganizowanym biegu. 

3:15 przed biegiem

Nie było na starcie Niepokornego Mnicha biegowego blichtru, każdy z nas, stających na linii startowej i mających w perspektywie pokonanie niemalże stu kilometrów po odległych górskich szlakach, wiedział bowiem, że nawet najbardziej efektowne buty czy najbardziej zaawansowany technologicznie strój na pewnym etapie nie będą miały szczególnego znaczenia, jeśli my sami nie podołamy wyzwaniu. Reguła w górskim bieganiu jest bowiem taka, że jeśli wysiądzie technika, zawsze możesz nadrobić głową, jednak jeśli wysiądzie głowa, żadna technika nie będzie ci już w stanie pomóc.

Problem z głową na trasie

Pierwsza edycja Niepokornego Mnicha miała trzech głównych bohaterów zbiorowych. Pierwszym byli organizatorzy, którzy zaproponowali nam imprezę dopiętą na ostatni guzik z dobrze oznakowaną trasą, bogatymi punktami żywieniowymi i przyjacielską atmosferą sprawiającą, że wielu z nas zapewne będzie chciało do Szczawnicy wrócić. Kolejnym byli niewątpliwie niezmordowani biegacze, którzy w liczbie ponad 100 szczęśliwie dotarli do mety. Warto zaznaczyć, że było wśród nich kilka dzielnych dziewczyn, z których najlepsza okazała się faworytka Ewa Majer. Jednak i kolejne wspaniałe uczestniczki sprawiały, że gdy patrzyło się, jak pokonywały kolejne wzniesienia na trasie, ręce same składały się do oklasków a męskie ego grzęzło we wszechobecnym błocie razem z butami. I tym sposobem dotarliśmy do trzeciego bohatera, bez którego debiutancka edycja Niepokornego Mnicha nie byłaby aż tak spektakularna. Było nim błoto, a żeby o nim opowiedzieć, potrzebuję mu poświęcić cały oddzielny akapit.

Filip&błoto

Jeden z kolegów żartował, że naliczył go na trasie 12 rodzajów (choć podobno ktoś inny dobił nawet do 14). Nie znam się na składzie chemicznym ani na strukturze błota, ale jedno po szczawnickich zmaganiach wiem na pewno - błoto błotu nierówne! Albowiem nie sposób porównywać przyjazne błotko o głębokości kilku centymetrów królujące na pienińskich połoninach z okropnym, głębokim po kostki i kleistym błockiem pokrywającym leśne drogi na co dzień służące do zwózki drewna. Tak samo jak nie sposób zestawić mieszankę błota z kamieniami z miksem błota i zeszłorocznych liści - po każdym z nich zbiega się zupełnie inaczej i na każde trzeba znaleźć swój własny sposób. Ale nawet błota wyglądające na pierwszy rzut oka podobnie, często przy bliższym poznaniu okazywały się zupełnie odmiennymi gatunkami - każde z nich miało inne cechy poślizgowe, inną przyklejalność do podeszw butów i inną od nich odklejalność. Co więcej, niektóre błota okazywały się bardzo zdradliwe - w szczególności te pośród rozległych łąk, na których wszystko wskazywało na to, że można będzie się porządnie rozpędzić. Wszystko oprócz...warstwy brązowej paciary lgnącej do stóp i powodującej  wrażenie, jakbyśmy zamiast w sportowych butach biegli w cementowych chodakach. Jednak prawdziwą gwiazdą wśród pienińskich błot było to na ostatnim zbiegu, gdzie wiele osób zamiast zbiegać zjeżdżało, a jakiekolwiek branie zakrętów zwykle kończyło się lądowaniem na tyłku. Tak, to było prawdziwie królewskie błocko - nie był mu w stanie zaradzić ani najagresywniejszy bieżnik, ani kije ani nawet schodzenie zamiast zbiegania. Jest takie brzydkie powiedzenie: "jeździć jak szmata" - i ono właśnie najlepiej oddaje to co działo się z biegaczami na tym odcinku trasy...



Niepokorny Mnich to dla mnie zdecydowanie biegowa przygoda życia. Mam poczucie, że otarłem się na nim o granice własnych możliwości - może nie psychicznych, ale na pewno fizycznych. Tak naprawdę to wciąż nie mogę uwierzyć w to, że udało mi się pokonać na własnych nogach prawie 100 kilometrów, z których na dodatek większość przebiegłem. Chwilami mam nawet wrażenie, że wciąż jestem na trasie - przypominam sobie pewne obrazy i próbuję je przypisać do miejsca, w którym mogły się narodzić. Czasem mi się to udaje, a czasem nie. Jedno za to na pewno zdołałem poskładać z tej mieszaniny wspomnień, stop-klatek i kilku zdjęć, które udało mi się zrobić na trasie - a mianowicie podział pokonanego dystansu na trzy etapy.

© Filip Bojko

Pierwszy z nich to ten od startu do punktu żywieniowego w Rytrze na 24 kilometrze, który mógłbym nazwać okresem "entuzjazmu" - zbiegi brałem na nim jak rącza gazela, pod górę podchodziłem jak żwawy dzik, a w głowie nieustająco grał mi utwór "Prosto", poprzedniego wieczoru energetycznie wyśpiewany przez Kazika w ramach listy przebojów programu trzeciego na trasie Warszawa-Szczawnica. 

© Filip Bojko

Drugi etap - najdłuższy - rozciągał się między Rytrem a przedostatnim punktem w Wyżnych Ruzbachach na Słowacji na 64 kilometrze i był to okres "niedowierzania". Jednak niedowierzanie to - wbrew pozorom - nie wiązało się z kryzysem, a z faktem, że kompletnie nie wiedziałem, co może się stać z moim ciałem i moją głową na każdym z kolejnych kilometrów. Od początku najbardziej obawiałem się właśnie odcinka pomiędzy 60 a 70 kilometrem, ponieważ to tu upatrywałem największego ryzyka osiągnięcia limitu własnych możliwości. Jednak po minięciu Veternego Vrchu wiedziałem już, że nic złego nie może mnie spotkać. Co prawda doskwierały mi już wszystkie ścięgna i stawy, a ból w prawym kolanie był tak nieznośny, że ledwie mogłem zbiegać, jednak w pionie trzymała mnie świadomość, że z zapasem czasowym, jaki sobie wyrobiłem, do mety mogłem już choćby dojść, a i tak zmieszczę się w limicie. 

© Filip Bojko

I tak nastał etap trzeci - okres "spełnienia", kiedy wiedziałem, że nie jest już kwestią, "czy" dotrę do celu, tylko "kiedy" to się stanie. Z ważniejszych wspomnień składają się na niego: bajecznie położony ostatni punkt żywieniowy w Rabstinie, najpiękniejszy fragment trasy po łąkach u podnóży Lesnickego Sedla, wspomniany już ostatni zbieg z tegoż Sedla na pełnym poślizgu oraz odcinek, którego większość biegaczy bardzo się obawiała - 10 kilometrów po utwardzonej drodze ciągnącej się wzdłuż rwącego Dunajca aż do samej mety. I tu po raz kolejny posłużę się przysłowiem, bo stare porzekadło "nie taki diabeł straszny, jak go malują" doskonale opisuje to, jak mój organizm przyjął ten - mogłoby się wydawać - najtrudniejszy fragment trasy. Wspólnie z biegającym przyjacielem Rosołem (przeczytajcie koniecznie również jego relację) i fajnym ultrasem Markiem pokonaliśmy go prawie w całości biegiem z kilkoma tylko przerwami na sprawny marsz. Na metę wpadliśmy o godzinę z okładem przed limitem 16 godzin, zmęczeni, szczęśliwi i dumni z siebie ale i z wszystkich innych towarzyszy tej niezwykłej przygody.

© Filip Bojko

Na koniec chciałbym podziękować mojemu biegającemu bratu za wsparcie na trasie, jego magiczne pastylki magnezowo-potasowe i kilka bezcennych pamiątkowych zdjęć. Podziękowania należą się również wspomnianemu Rosołowi za to, że tak się zajechał treningami w tygodniu poprzedzającym Mnicha, że nie było dla niego problemem towarzyszenie mi na pozycji marudera. Wielkie dzięki również dla dopiero co poznanych Michała i Maćka za doborowe towarzystwo i motywację, oraz dla Marka z Raszyna za ostatni odcinek, który nadał mojemu wspomnieniu o biegu zupełnie nowego charakteru. Janku, Ty za to masz u mnie swoje ulubione piwo za zapewnienie rewelacyjnej bazy w Jaworkach - jeszcze raz dziękuję! No i Kubie i Elizie wypadałoby podziękować, bo przecież bez nich te wszystkie cudowne wspomnienia w ogóle nie miałyby prawa się w mojej głowie zrodzić!

© Filip Bojko
PS. Fajową ultra relację z Mnicha napisał też biegający brat - polecam!        

czwartek, 24 kwietnia 2014

Ultra Trail du Monte Kazura

Ultra Trail du Monte Kazura, a przynajmniej Ultra Trailik du Monte Kazura - tak spokojnie mogłaby się nazywać impreza biegowa, która zadebiutowała wczoraj na stokach ursynowskiej górki kazurki. Nawiązanie do jednego z najsłynniejszych biegów ultra na świecie jest absolutnie nieprzypadkowe. Albowiem - oczywiście zachowując odpowiednie proporcje - Monte Kazura już po pierwszej edycji bezwzględnie zasłużyła na miano gwiazdy biegów ultra w miejskiej odsłonie. I to gwiazdy nieprzypadkowej, bo zrodzonej w wyobraźni, dłoniach i stopach ludzi, którzy na czym jak na czym, ale na bieganiu się znają. Niech więc Alpy i Francuzi mają swoje UTMB, a my - górale mazowieccy - nie pozostając gorsi uroczyście ogłaszamy narodzenie nowej, pięknej, biegowej tradycji: UTMK!

Zanim przejdę do relacji z wczorajszych zawodów chciałbym tylko podkreślić, że mój entuzjazm co do potencjału Monte Kazury wcale nie jest taki bezpodstawny, podobnie jak mogące się wydawać na nazbyt śmiałe porównanie małego, miejskiego biegu do wielkiego, alpejskiego przedsięwzięcia, w którym biorą udział tysiące ludzi z całego świata. Miałem kiedyś bowiem okazję zamienić parę słów z Catherine Poletti, szefową UTMB, która powiedziała mi, że w pierwszej edycji biegu, który dziś jest jednym z najpopularniejszych na świecie (jeśli nie najpopularniejszym), wzięło udział...5 osób. Jak sama powiedziała, wszystko co nastąpiło później wzięło się z pasji, poświęcenia i ciężkiej pracy. Osobiście jestem przekonany, że akurat tych trzech czynników w działaniach napierajów nigdy nie zabraknie, a zatem jestem więcej niż pewny, że Monte Kazurę czeka świetlana przyszłość. Szczególnie, że debiutancką edycję ukończyło 55 osób, czyli ponad dziesięciokrotnie więcej niż UTMB w 2002 roku...

***

Nadchodzące ze wszystkich stron i kłębiące się nad Warszawą przez całe wczorajsze popołudnie burzowe chmury zapowiadały, że wieczorem (start był zaplanowany na 19) na kazurce może być mokro, ślisko i niebezpiecznie. Szczególnie biorąc pod uwagę ilość i stopień nachylenia zbiegów wytyczonych przez organizatorów. A było ich pięć na każdym okrążeniu, podobnie zresztą jak i zbiegów. A że okrążeń do pokonania było równo trzy, to ilość podejść i zejść w sumie zamknęła się w liczbie po piętnaście.

Ja sam górkę kazurkę znam już całkiem dobrze z przedrzeźnickich treningów, więc wiedziałem, czego mogę się po niej spodziewać. Natomiast wśród tych biegaczy, którzy u stóp Wzgórza Trzech Szczytów pojawili się po raz pierwszy, już sam rzut oka w jego stronę wzbudzał drżenie łydek i respekt przed nadchodzącym wyzwaniem. A było ich niemało, bowiem na kazurkę naprawdę trudno trafić bez, hmm powiedzmy...inicjacji. Nie widać jej z poziomu żadnej z głównych ursynowskich ulic i raczej nie sposób wpaść na nią przypadkowo. Ten uśpiony pomiędzy blokami kolos to takie najprawdziwsze miejsce dla wtajemniczonych - do tej pory głównie rowerzystów, snowboardzistów i paralotniarzy. Za to od wczoraj także dla biegaczy...

©Filip Bojko

Start I edycji Monte Kazury miał drobną obsuwę - debiut wymaga oprawy z pompą, trzeba więc było napompować dmuchaną bramę startową, a że przygotowania do tego trwały dobrą chwilę, w końcu wyruszyliśmy kilka czy kilkanaście minut po zapowiadanej 19. Na szczęście dla nikogo nie stanowiło to problemu - wśród niemalże 60 uczestników nie znalazła się ani jedna nieżyczliwa, narzekająca czy pomstująca osoba. Tak na marginesie, jakże to miła odmiana wziąć udział w kameralnych zawodach, na które zapisy nie wyczerpują się po kwadransie od ich otworzenia, i w których biorą udział właściwie sami pogodni, uśmiechnięci i sympatyczni ludzie.

Kiedy brama w końcu się naprężyła i stanęła dumnie po wschodniej stronie górki kazurki, zaczęło się wspólne odliczanie. Chwilę później wszyscy zawodnicy z czipami do pomiaru czasu wpiętymi w sznurowadła (biedni salomonowcy!) swoich butów przebiegli przez rozłożoną na ziemi matę, a wkrótce potem zniknęli za pierwszym z licznych zakosów na trasie Monte Kazury.

Trudno opisać wrażenia, jakie towarzyszą biegaczowi w trakcie tego krótkiego acz niezwykle intensywnego wysiłku. Każdy z nas bowiem inaczej rozkłada siły, przyjmuje odmienną taktykę na zbiegi i podbiegi. Historia trudu każdego z uczestników (w tym trzech dzielnych dziewczyn, brawo dla nich!) jest więc zupełnie odrębną historią, a każdy z biegaczy przeżywa ją na swój, niepowtarzalny sposób. Niezmienne pozostaje tylko jedno - nieważne czy biegniesz na maksa, czy się oszczędzasz, Monte Kazura w końcu i tak weryfikuje wszystko i wszystkich. Szczególnie trzecie okrążenie, kiedy ci, którzy szli "po bandzie" już ledwie łapią dech, zaś ci, którzy zachowali odrobinę sił na finał, teraz też dają z siebie wszystko, a w konsekwencji jedni i drudzy wpadają na metę tak samo zmordowani i wykończeni. Ale i szczęśliwi...

©Filip Bojko
        
Monte Kazura to piękne zawody zarówno w warstwie widokowej, sportowej jak i ludzkiej. Na każdym kroku widać niezwykle osobiste podejście napierajów do biegu, choć to nie powinno dziwić, bo przecież to ich najmłodsze organizatorskie dziecko, ursynowski pupilek. Jednak dobra energia nie płynie tylko od nich, można ją też czerpać garściami od współuczestników i - przede wszystkim - od wspaniałych kibiców. W ogóle jeśli określić Monte Kazurę wydarzeniem fenomenalnym z perspektywy biegaczy, to naprawdę nie znajduję słowa, jak mogliby ją określić kibice. Wystarczy bowiem raz wdrapać się na szczyt, a tam przychodzi zrobić już tylko parę kroków raz w jedną raz w drugą stronę, żeby wspierać "swoich" na każdym z piętnastu ciężkich podbiegów. Kibice przemieszczają się więc nadzwyczaj łatwo, a korzystają z tego zawodnicy, bo nawet kilku sprawnych dopingowiczów jest w stanie sprawić, że ma się wrażenie, jakby dosłownie cały szczyt był obstawiony przez szpalery fanów biegania.

Gdybym miał podsumować I edycję Monte Kazury jednym słowem, byłoby to takie oto słowo: "fantastycznezawodynaktórechcesięwracaćijużsięniemogędoczekaćkolejnejrundy!". Ale, żeby nie było, że słodzę, jest jedno ale. Rozumiem, że jednym z fundamentów MK jest założenie, że ma być trudno, i tu jest moja pełna zgoda. Jednak wredna, prawie pionowa mulda na ostatnim zbiegu to, moim zdaniem, element do usunięcia. Bez niej i tak każdy ucheta się na trasie dokumentnie, a z nią pojawia się ryzyko kontuzji, albo tego, że co cwańsi będą ją brali bokiem. A naiwniacy tacy jak ja, pomimo kontuzjowanego biodra, będą się przez nią honorowo przedzierali, jakby pokonanie jednej, głupiej muldy było grą o życie. Moja propozycja jest więc taka: muldę niech sobie zabierają runmaggedonowcy, a montekazurkowcy omijają ją szerokim łukiem, umowa stoi?


©Filip Bojko

środa, 23 kwietnia 2014

Z wizytą w Ortoreh-u

Od mojej rowerowej kraksy minął właśnie tydzień i jeden dzień. Przez ten czas poznałem technikę przemieszczania się przez kuśtykanie, na nowo obżyłem jazdę na dwóch kółkach, dwa razy odwiedziłem Ortoreh na Solcu, a w lany poniedziałek udało mi się nawet pobiegać. W tych okolicznościach mogę więc chyba bez obaw powiedzieć, że po zderzeniu z volvo nie ma już ani śladu.

Co prawda wypadek spowodował, że najadłem się sporo strachu, ale miał on też swoje dobre strony. Przede wszystkim pozwolił mi po raz kolejny uwierzyć w ludzi - a to za sprawą kierowcy-sprawcy, który, mimo że najpierw staranował mnie swoją szwedzką maszyną, to potem okazał się bardzo porządnym i honorowym człowiekiem. Nie dość, że dzielnie towarzyszył mi z zatroskaną miną w szpitalu, to po diagnozie wykupił przypisane leki, następnie odwiózł rower do serwisu i z góry opłacił jego naprawę, a na koniec zadeklarował jeszcze sfinansowanie pełnej rehabilitacji w Ortorehu. Szacunek!

Z własnej woli pewnie jeszcze długo nie wybrałbym się na pierwsze piętro budynku w zakamarku ulicy Solec. A tak - za sprawą zderzenia i jego sprawcy - byłem tam i w czwartek i wczoraj. Najpierw obite biodro obadał i ostukał doktor Wojciech Ceran, a już przy kolejnej wizycie porządnie je wymasował i porozciągał fizjoterapeuta Andrzej. Obydwa spotkania były dla mnie bardzo ciekawym i wzbogacającym doświadczeniem. Od pana Wojciecha nie dość, że otrzymałem zalecenia, jak obchodzić się z obecną kontuzją, to jeszcze w okamgnieniu zdiagnozował tę minioną, która jakiś czas temu wyłączyła mnie z biegania na dobre pół roku. Według niego ból pod kolanem po zewnętrznej stronie prawej piszczeli (prawego piszczela?) to był podręcznikowy objaw nadwyrężenia ścięgna pasma biodrowo-piszczelowego. Mimo że dziś nic mi już w tym miejscu nie dolega, to i tak bardzo się ucieszyłem, że dowiedziałem się, z czym miałem do czynienia i na co warto uważać w przyszłości.

Natomiast zajęcia z panem Andrzejem to już mniej teorii a więcej praktyki. Fizjoterapeuta Ortoreh-u porozciągał mnie na wszystkie strony z naciskiem (dosłownie!) na rozruszanie zbitych mięśni w okolicach prawego pośladka. Godzina ćwiczeń minęła momentalnie, a sam terapeuta okazał się bardzo konkretnym, spokojnym i niezwykle precyzyjnym człowiekiem. Dzięki jego klarownym komunikatom w lot chwytałem, czemu służyło wszystko, co robiłem, a z każdym kolejnym aplikowanym bodźcem biodro odzyskiwało część dawnej sprawności. Na koniec usłyszałem, które z wielu uprzednio wykonanych ćwiczeń są w mojej sytuacji absolutnie niezbędne, ale że najważniejsza i tak zawsze będzie łydka. Albowiem według pana Andrzeja to od niej wszystko się w bieganiu zaczyna i bez odpowiednio wzmocnionej łydki, noga biegacza nigdy nie będzie "podawała".

Wspomniane ćwiczenia były fantastyczne i już teraz wiem, że postaram się przynajmniej część z nich na stałe wprowadzić do codziennego treningu. Jednak w tym momencie najważniejszą rzeczą wyniesioną ze spotkania ze specjalistami z Ortoreh-u było dla mnie ich jednoznaczne stanowisko w kontekście nadchodzącej Szczawnicy. Obydwaj zgodnie zaopiniowali, że nie widzą szczególnych przeciwwskazań co do mojego startu w Niepokornym Mnichu. Jedyne na co kazali uważać to zbiegi, na których podobno łatwo można naderwać uszkodzony mięsień. 

A zatem umowa stoi - ja mam zielone światło od ortospeców na niepokorną tułaczkę po Pieninach, a w zamian obiecuję w sobotę nie udawać młodego jelenia pędzącego w dół po stromych górskich zboczach. Ale to za chwilę, bo przecież już dziś wieczorem...Monte Kazura - runda I! A że nad Warszawę przynajmniej z dwóch stron nadciągają burze, może być dzisiaj na Kazurce mokro, ślisko i wesoło...           

niedziela, 20 kwietnia 2014

Wszyscy jesteśmy Chrystusami - czyli świąteczne życzenia dla Dominika Zdorta

Na szczęście ustał już trochę niosący się przez dłuższy czas po sieci nieprzyjemny ferment po wyjątkowo (nie)popularnej wśród biegaczy publikacji Dominika Zdorta na łamach internetowego serwisu Rzeczpospolitej. Kiedy wracam do wrażeń, jakie towarzyszyły mi podczas lektury tego komentatorskiego "popisu", z jednej strony myślę sobie, że jest to jeden z tych tekstów, które służą tylko jednemu - żeby jak najszybciej o nich zapomnieć. Jednak z drugiej już sam fakt, że wracam tu do niego pokazuje, że nie dość, że o nim nie zapomniałem, to jeszcze wciąż mocno on w mojej głowie pracuje.
 
Przyznaję, że moje pierwsze odczucie po oderwaniu wzroku od ostatniego wiersza "Biegactwa i innych religii" było takie, że tekst ów popełnił sfrustrowany tłuścioch, zakochany w swojej wizji świata ksenofob, egoista z dłońmi przyklejonymi do kierownicy wziętego na kredyt kombi z pożółkłą od papierosowego dymu podsufitką, zapewne nieczuły dla partnerki, a dla własnych dzieci wyjątkowo srogi. Pomyślałem też, że rowerowa pasja, którą na łamach felietonu się chwali, to na pewno tylko kłamliwy wybieg służący jedynie usprawiedliwieniu jego krzyczącej niechęci wobec biegania. Któż bowiem - wydawało mi się - z jego sylwetką byłby w stanie przejechać jednego wieczoru na dwóch kółkach kilkadziesiąt kilometrów, a później mieć jeszcze siłę wylewać z siebie żółć w Internecie? Tym bardziej, że przecież powszechnie wiadomo, że wysiłek fizyczny uwalnia endorfiny i prędzej chce się po nim pisać o tym, że się kogoś lub coś kocha aniżeli nienawidzi...
 
Mój odbiór tego tekstu był jednoznaczny. Oto nieszczęśliwy człowiek o ewidentnym niedomiarze poczucia własnej wartości zbliżał się do granicy opanowania i granicę tę przekroczył w chwili, gdy utknął w korku spowodowanym przez przebiegających właśnie przez Warszawę uczestników półmaratonu. Zastanawia mnie, jak długo musiał w tym korku stać i jak bardzo było mu z tym źle, żeby zapragnąć dokopać biegaczom aż tak. Bo czymże jeśli nie dokopaniem jest określenie tysięcy przypadkowych ludzi mianem osobników o "niezbyt subtelnej umysłowości"? Wciąż nie rozumiem przy tym, jak można tak bardzo spłaszczyć i spłycić tak ogromny zasób ludzki, jakim jest nie tylko te dziesięć tysięcy uczestników półmaratonu warszawskiego, ale i setki tysięcy innych pasjonatów biegania w kraju i kolejne miliony na świecie. Czy nie jest nazbyt pochopnym określenie ich wszystkich w ten sposób? Bo nawet jeśli w biegającej masie znalazłby się odsetek takich właśnie "niezbyt subtelnych umysłowości", to absolutnie nie zgadzam się na przypisywanie tej cechy wszystkim biegaczom. Abstrahując od tego, że autor nawet nie raczył czytelnikom wytłumaczyć, co też w ogóle przez miano "niebyt subtelnej umysłowości" rozumie. To według mnie tak jakby dał nam wszystkim w pysk i jeszcze nie powiedział za co.  
 
Uważam, że pan Zdort wyraźnie się zagalopował. Szczególnie biorąc pod uwagę, że nie opublikował swoich wynurzeń na niszowym blogu, którego nikt nie czyta, tylko na dużym portalu o szerokim zasięgu. Oczywiście miał do tego prawo, w końcu od tego są felietony - żeby móc na ich łamach wyrażać nawet najbardziej kontrowersyjne opinie. Mimo wszystko mam jednak nadzieję, że po ogromnej fali krytyki, jaka wylała się po tej publikacji na Zdorta i jego tekst, każdy następny odważny, który będzie chciał w sposób równie bezkompromisowy i niesprawiedliwy rozprawić się z biegaczami czy jakąkolwiek inną grupą społeczną, najpierw dwa razy się zastanowi, czy nie warto wcześniej ochłonąć i ukoić wzburzonych emocji. Bo w innym wypadku może się skończyć tak jak tu - autor nic na napisaniu tego tekstu nie zyskał, pominąwszy prawdopodobne zaspokojenie żądzy osobistego rewanżu na biegaczach za to, że musiał przez nich przestać jakiś czas w korku. Choć i to nie jest takie oczywiste, bo po tym jak skrytykowali go z góry do dołu nawet ludzie niebiegający (a czasem wręcz przeciwnicy tego sportu) może być tak, że nienawiść Zdorta do biegaczy jeszcze wzrosła.
 
Nie wiem dlaczego piszę o tym akurat dziś. Może dlatego, że dziennikarz porównuje w swoim felietonie bieganie do biegactwa, a dalej do współczesnej, bezmyślnej religii. Może dlatego, że skojarzył mi się Zdort z Oskarżycielem a biegacze z niewinnymi ofiarami, których występek z racjonalnego punktu widzenia dostrzec jest naprawdę trudno. W związku z tym pozwalam sobie w Wielką Niedzielę na pewną uszczypliwość w stosunku do pana Zdorta i posłużę się parafrazą tytułu filmu Marka Koterskiego, żeby odpowiedzieć na bezpardonowy atak dziennikarza "Rzepy".

Tak, panie Zdort, my biegacze w obliczu pańskiego niesprawiedliwego wyroku, wszyscy musieliśmy stać się Chrystusami. Przyszło nam bowiem żyć i biegać z ciężarem Pańskiego osądu, iż jesteśmy tylko bezmyślnymi ofiarami nowej, ciemnej religii, a przy tym - powtórzę to po raz kolejny - "osobnikami o niezbyt subtelnej umysłowości". Załatwił nas pan, przygwoździł do krzyża i nie dał szans na obronę. Tylko, żeby się pan nie zdziwił, jak za jakiś czas się odrodzimy, a nasza - jak ją pan nazwał - religia rozleje się na jeszcze szersze kręgi. A wtedy nawet pan nie zauważy, kiedy subtelność pańskiej umysłowości zacznie się kurczyć w zastraszającym tempie i wkrótce nie pozostanie panu już nic poza wskoczeniem w biegowe buty i przyłączeniem się do naszej biegowej sekty. Tego szczerze panu w te Święta życzę - podobnie jak więcej wyrozumiałości, empatii i miłości bliźniego... Alleluja!       

sobota, 19 kwietnia 2014

Spowolnienie

Właśnie mija mój szósty dzień niebiegania. A piąty niechodzenia. Za to coraz sprawniej radzę sobie z kuśtykaniem.

Po niedzielnym maratonie w Łodzi i wtorkowej kraksie rowerowej na warszawskim Powiślu moja aktywność sportowa uległa totalnemu wywróceniu do góry nogami. Ze świata walki o życiówki, urywania sekund, pożerania kolejnych wzniesień i pokonywania biegiem dziesiątek kilometrów, nagle zostałem zmuszony odnaleźć się w krainie powolności. W minionym tygodniu każde napotkane schody były dla mnie jak maratońska ściana, dystans do osiedlowego warzywniaka nagle stał się wyprawą, nie mówiąc już nawet o trasie z przystanku autobusowego do bram pracy. Mój kulawy, powolny krok sprawił, że czas zaczął mi płynąć zupełnie inaczej.

Od razu zaznaczę, że nie jest ze mną tak znowu źle, a nawet zdążyłem w międzyczasie odebrać z naprawy rower. Co więcej w piątek wsiadłem na niego i pojechałem do pracy już na dwóch kółkach. Zabawne, że zdecydowanie łatwiej było mi jechać niż iść. Ale zanim to się stało musiałem stawić czoła żarliwym protestom mojej najdroższej biegaczki, która absolutnie nie chciała wypuścić mnie z domu, póki w dłoniach dzierżyłem rączki kierownicy. Przekonała ją dopiero moja obietnica, że cały dystans pokonam jadąc po ścieżce rowerowej, i że będę uważał tak, jak jeszcze nigdy nie uważałem. Poza tym pamiętam z czasów, gdy jeszcze trochę jeździłem konno, że po upadku należy jak najszybciej wskoczyć w siodło ponownie, jak to się mówi "na przełamanie", żeby nie hodować w sobie lęku. A więc podążając tym jeździeckim tropem wskoczyłem na siodełko i pomknąłem przed siebie czujnie wypatrując, czy gdzieś za rogiem nie czai się drapieżne volvo.   

Ale wracając do kwestii mojego spowolnienia, muszę powiedzieć, że świat widziany z perspektywy kogoś, kto nawet jakby chciał, to i tak nie może podbiec do autobusu, przebiec przez skrzyżowanie na czerwonym świetle czy skakać po schodach w dół po trzy stopnie, wygląda zupełnie inaczej. Ze swoją chwilową ułomnością czuję się trochę jak świadek życia, które toczy się obok mnie - bliżej mi tym samym do okraszonych dostojną siwizną dziadków niż do przepełnionych werwą młodzieńców łapczywie połykających czas każdym oddechem. Chodzę więc sobie powoli po warszawskich chodnikach, patrzę na moje miasto, obserwuję mijanych ludzi i mógłbym ten stan określić na wiele sposobów, ale na pewno żaden z nich nie brzmiałby "w biegu".

Jednocześnie wciąż mam nadzieję, że poobijane biodro będzie dochodziło do siebie w takim tempie jak dotychczas i ostatecznie będę mógł w przyszłym tygodniu zmierzyć się z dwoma upragnionymi wyzwaniami - najpierw z Monte Kazurą a później z Niepokornym Mnichem. Ale zanim będę wiedział, czy będzie mi to dane, pławię się w niespodziewanym, słodkim, a zarazem w pełni usprawiedliwionym lenistwie i cieszę się każdą upływającą w żółwim tempie chwilą.    

środa, 16 kwietnia 2014

Monte Kazura

Już przed łódzkim maratonem zakładałem, że cały tydzień po starcie spędzę na słodkim nicnierobieniu. Spodziewałem się jednocześnie, że będzie to odpoczynek z wyboru. Jednak wczorajsza rowerowa kraksa spowodowała, że  wybór wyborem, ale odpoczywać muszę - zgodnie z kategorycznym zaleceniem pani doktor ze szpitala na Solcu.

Rower cały czas pozostaje w rowerowym szpitalu przy Czerniakowskiej (tej ukrytej jej części, gdzieś w gąszczu uliczek Powiśla), za to ja może i już bym nawet o zderzeniu z Volvo nie pamiętał, gdyby nie to, że obolały prawy pośladek przy każdym ruchu przynosi mi świeże wspomnienie brutalnego pocałunku od szwedzkiej stali i polskiego asfaltu.

Z jednej strony cieszę się, że żyję, ale z drugiej już nie mogę się doczekać, kiedy znów będę mógł wskoczyć w biegowe buty i nastroić się w nich odpowiednio do nadchodzącego sezonu biegów górskich. Mam nadzieję, że mój zbity tyłek dojdzie do siebie przed zbliżającą się wielkimi krokami Szczawnicą, a może nawet i przed innym zacnym wydarzeniem, o którym właśnie dowiedziałem się od biegającego brata.
 
Otóż okazało się, że niespożyte siły ekipy napierajów sprawiły, że na mapie warszawskich biegów dość niespodziewanie pojawił się prezentujący się niesamowicie wyzywająco kros po górce kazurce! O treningach na tym niepozornie wyglądającym ale dającym w kość wzniesieniu pisałem tu i tu. Osobiście szczerze uwielbiam zmagania z tamtejszymi podejściami i zbiegami, a zatem możecie sobie wyobrazić, jak bardzo ucieszyłem się, że już za chwilę będzie można pościgać się po kazurkowych nierównościach już w oficjalnych zawodach.

Cykl Monte Kazurka obejmuje 5 biegów, z których pierwszy odbędzie się już w następną środę, 23 kwietnia, a ostatni pod koniec wakacji - 20 sierpnia. A pomiędzy nimi mniej więcej co miesiąc mazowieccy ultrasi będą mieli jeszcze trzy inne okazje, żeby podszlifować formę przed "Rzeźnikiem", Chudym Wawrzyńcem, Maratonem Gór Stołowych, Krynicką "setką" i innymi ultrabiegami. Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej, najlepiej zajrzyjcie sobie na stronę www.montekazura.pl i tam znajdziecie wszystko czego potrzeba.

Mam nadzieję, że do kolejnej środy moje tyły wydobrzeją i będę w stanie z przytupem zainaugurować debiut Monte Kazury. Znając zacięcie napierajów można się spodziewać, że zawody te - mimo, że kameralne - będą stały na najwyższym poziomie organizacyjnym. A jeśli uda im się do tego namówić na udział Kamila Leśniaka, Maćka Więcka, Agatę Matejczuk i rączą bandę z UNTS, to i sportowo możemy być na warszawskim Ursynowie świadkami bardzo ciekawego wydarzenia. Ale nawet i bez nich warto pojawić się u stóp Mt.Kazury i zmierzyć się z 5-kilometrową trasą, na której pot będzie się lał strumieniami, a ból nie ominie nawet najmocniejszych!      

wtorek, 15 kwietnia 2014

Zdjęty z roweru

Właśnie wróciłem z dalekiej podróży. I to bynajmniej nie biegowej.


W drodze do pracy z roweru zdjął mnie samochód. A konkretnie Volvo XC70. Kiedyś chciałem takie mieć, ale po dzisiejszej przygodzie już nie chcę. Volvo upolowało mnie pod samym wiaduktem Mostu Poniatowskiego. Jechałem spokojnie, z mięśniami jeszcze odczuwającymi trudy niedzielnych zmagań z łódzkimi górkami, pedałowałem więc z umiarem nie dociążając ich zanadto. Volvo tylko czekało na taką właśnie lekko osłabioną ofiarę jak ja - zaczaiło się na wyjeździe z Alei 3 Maja i w chwili gdy przecinałem skrzyżowanie z tą podporządkowaną uliczką, zasunęło we mnie bokiem z całym impetem.

Nagłe spotkanie z kupą żelastwa i jeszcze bardziej nagłe lądowanie na tyłku na środku ulicy zrobiło na mnie wrażenie, nie powiem... W pierwszej chwili byłem przekonany, że to niemożliwe, żebym po takim "dzwonie" był cały. Rower leżał kilka metrów z tyłu, chyba jeszcze bardziej zdziwiony ode mnie. Ja kręciłem z niedowierzaniem głową, on - tylnym kołem. Volvo trzasnęło mnie z prawej strony torując sobie drogę do nawrotki, która znajdowała się kilkadziesiąt metrów dalej, już za wiaduktem. Najciekawsze jest to, że ja widziałem to Volvo już na dobre kilkanaście sekund przed wypadkiem. Szkoda tylko, że ono nie widziało mnie...

A więc leżę na ulicy, prawa noga boli od biodra po kostkę, rower też leży i nie przestaje kręcić kołem. Z Volvo wysiada za to jakiś facet, pomaga mi się zebrać i pyta skąd się tu wziąłem. Ja na to trzęsąc się, że z Warszawy. On oczywiście, że nie to miał na myśli. Na co ja odpowiadam, że "stamtąd" wskazując kierunek, z którego przyjechałem. Kierowca szybko zreflektował się, że nie ma co dłużej prowadzić tej jałowej rozmowy, zaczął mnie więc wypytywać, czy coś mnie boli i czy pamiętam, jak się nazywam. Miałem ochotę powiedzieć, że jestem Scott Jurek, ale się powstrzymałem i powiedziałem tylko, że jestem biegaczem, i że boję się, czy moje nogi są całe, i czy będę mógł wystartować za dwa tygodnie w Szczawnicy. To się nazywa niezwyciężony duch biegacza!

Chwilę tak postałem i się potrząsłem na poboczu ulicy Kruczkowskiego, podczas gdy właściciel Volvo dotykał moich nóg wyszukując ewentualnych urazów. Nie byłem w jakimś przesadnym szoku, a przynajmniej miałem w sobie na tyle trzeźwości, żeby poradzić mu, żeby na razie mnie zostawił, i żeby lepiej przestawił ze środka ulicy samochód, bo zaraz oprócz pogiętego roweru będziemy mieli też pogięte Volvo. Po chwili staliśmy na poboczu już we czwórkę: ja, Volvo, jego właściciel i rower (choć on nie stał, a leżał). Sytuacja wydawała się opanowana. Tylko noga wydawała się boleć coraz bardziej...

Po momentalnej naradzie zapadła szybka decyzja, że nie ma co czekać i trzeba jechać z nogą do szpitala. Na szczęście Volvo miało duży bagażnik i bez problemu zmieściło rower. Ja usiadłem z przodu obok kierowcy i już jechaliśmy dosłownie za winkiel, do szpitala na Solcu. Na miejscu okazało się, że na szczęście tego ranka niewielu rowerzystów zderzało się z samochodami, dzięki czemu siedziałem w kolejce na ostry dyżur jako pierwszy. Pół godziny później trzymałem w dłoni skierowanie na rentgen, a po kolejnych pięciu minutach stałem ze spuszczonymi spodniami pośród monumentalnego oprzyrządowania pamiętającego czasy Gierka i "rozkoszowałem się" zbawiennym promieniowaniem. Przeszło mi wtedy nawet przez myśl, że nie jest z tą naszą służbą zdrowia tak źle, jak się o niej mówi i czyta. Jednak po chwili, gdy okazało się, że w szpitalu jest awaria prądu, zdjęć rentgenowskich nie da się wywołać, a na dodatek podsłuchałem, że operacje są wykonywane przy świetle wyświetlaczy telefonów komórkowych, pomyślałem, że mój entuzjazm był zdecydowanie przedwczesny. 

Usuwanie awarii i w konsekwencji oczekiwanie na wyniki mojego badania przedłużyło się do ponad godziny. Jednak jak się później okazało, warto było czekać. Pani doktor przyjęła mnie w gabinecie z dobrą nowiną - to tylko mocne stłuczenie, oznajmiła - zimne okłady, tabletki przeciwbólowe i tydzień oszczędzania się i powinien pan dojść do siebie. Co za fart - pomyślałem. Za to nie miał tyle szczęścia chłopak, który dosiadł się do mnie w poczekalni. Piłkarz, a zerwał więzadła chcąc usiąść na siedzeniu autobusu w drodze do szkoły. Co za paradoks - ja zderzam się na dużej prędkości z dwu i półtonowym autem i wychodzę z tego bez szwanku, a on nieszczęśliwie skręca nogę przy siadaniu i ma przynajmniej pół roku z głowy...

Nie wiem, kto miał w tym wszystkim więcej szczęścia - ja, że w sumie nic poważnego mi się nie stało, czy kierowca, którego ominął mandat i sowite odszkodowanie za chwilę nieuwagi i brak jednego, kluczowego spojrzenia w lusterko. Znam przy tym takich, którzy by nie przepuścili takiej okazji i wydusili z nieroztropnego właściciela Volvo ostatni grosz. Ja natomiast ani przez chwilę nie miałem takiego pomysłu - po prostu pragnąłem wyjść z tego wszystkiego na własnych nogach. I móc dalej biegać...

Mniej szczęścia niż ja i kierowca miał natomiast mój ukochany rower. Zwykle nie przywiązuję się do rzeczy, a tym bardziej nie obdarzam ich uczuciem, ale ten rower to wyjątek - spędziłem na jego siodełku zbyt wiele dobrych i niezapomnianych chwil, żeby traktować go jak zwykły przedmiot. To taki mój mechaniczny przyjaciel, towarzysz przygód, a przy tym niezastąpiony środek transportu. No i może to właśnie ten mój nieożywiony przyjaciel sprawił, że nie jest ze mną tak źle, biorąc na siebie znaczną część uderzenia. Wszak ja mam tylko obite biodro, on za to ma zdarty bok, wygięty hak tylnej przerzutki, a i sama przerzutka jest najprawdopodobniej do wymiany. Nie wiem czy zrobiłeś to umyślnie czy nie, ale i tak dzięki za ochronę rowerze!

Na koniec jeszcze tylko słowo o właścicielu Volvo. Wyjechał z podporządkowanej jak ostatni dureń - to fakt - nie zwolnił, nie spojrzał, po prostu nie zachował odpowiedniej ostrożności. Jednak to jak postąpił później, świadczyło o jego dużej klasie. Mimo że na pewno widać było po mnie, że ostatnim na co miałem ochotę, to angażowanie w to wszystko policji, jestem jednak przekonany, że nawet gdybym to zrobił, on zgodziłby się na to z godnością. Ani na moment nie czułem, że chciał choć w najmniejszym stopniu uciec od odpowiedzialności za to, co się zdarzyło. Wziął sprawy na klatę, karnie przesiedział ze mną bite 2 godziny w szpitalu, zawiózł rower do serwisu, a na koniec mnie do pracy. Nie przeczę - był to w tej sytuacji jego święty obowiązek - ale zbyt wielu znam takich, którzy nie mieliby takiego odruchu, a jedyne co mogłoby ich zmotywować do takiego działania to strach. W przypadku właściciela Volvo o strachu mowy być nie mogło - może kierowca z niego nie najlepszy, ale śmiało można o nim powiedzieć, że facet ma jaja!

PS Na koniec okazało się, że mój niedoszły likwidator wczoraj wrócił z Wiednia, gdzie towarzyszył przyjaciółce prowadząc ją w półmaratonie. O ironio - pomyślałem - jednak biegacz biegacza zawsze przyciągnie, nawet przy okazji drogowego wypadku!               

niedziela, 13 kwietnia 2014

Nie powodzi mi się w Łodzi

Spodziewałem się w tym miejscu napisać o moim biegu w Łodzi jako o osobistym największym zwycięstwie tego weekendu. Jednak ze względu na to, że start na obiecanej ziemi udał mi się tylko połowicznie (życiówka tak, 3:15 nie), moim największym sukcesem pozostaje...ukończenie malowania mieszkania!

I jeśli mam być szczery to nie wiem, czy większą wartość ma niby dobre ale jednak nie do końca satysfakcjonujące 3:22:34 w maratonie, czy jednak zupełnie nieplanowane wykonanie wielokrotnie wcześniej odkładanego zadania, które wisiało mi na duszy i męskiej dumie od bitych 4 lat. Odświeżenie  ścian naszego mieszkania obiecałem bowiem mojej najdroższej biegaczce jeszcze zimą 2010 roku, kiedy moje biegowe buty wciąż przemierzały kanadyjskie szlaki, a ja miałem na koncie tylko jeden jedyny ukończony maraton. Tak więc biorąc pod uwagę okoliczności i stopień skomplikowania zadań miano tej ważniejszej życiówki tym razem oddaję malowaniu. A życiówka biegowa niech czeka na swój czas do jesieni! 

A wracając do Łodzi, pomimo zdecydowanego niedosytu jeśli chodzi o rezultat, ogólnie jestem bardzo zadowolony ze swojego w nim udziału. Niech za potwierdzenie tych słów posłuży fakt, że już po minięciu linii mety, jeszcze długo stałem przy barierce ustawionej wzdłuż ostatniej prostej wewnątrz hali Atlas Areny i głośnym dopingiem i nieustannym klaskaniem dłoni wspierałem kolejnych wpadających w ciemne wnętrze gigantycznej hali biegaczy. A była wśród nich między innymi sympatyczna Ania, z którą wcześniej chwilę porozmawiałem na trasie, a która na co dzień pisze bardzo fajnego biegowego bloga.

Dzisiejszy bieg bardzo przypominał mi mój pierwszy maraton, tyle tylko, że ten był o dwadzieścia kilka minut szybszy od debiutanckiego. Jednak tak w 2009 roku w Warszawie jak i dzisiaj w Łodzi udało mi się pokonać trasę płynnie, bez kryzysów, walki ani żadnych szczególnych sensacji. I tak samo wtedy jak i dziś każdy z ostatnich pięciu kilometrów pokonałem znacznie wolniej niż wszystkie poprzednie. To dla mnie bardzo ciekawe, bo wydawało mi się, że akurat dzisiaj miałem zapas sił, nic mnie nie bolało, psychika wydawała się stabilna, ale nogi za nic nie chciały przyśpieszyć. Co więcej za każdym razem, gdy wydawało mi się, że z trójki przeskakuję na piąty bieg, w rzeczywistości okazywało się, że paradoksalnie poruszam się jeszcze wolniej niż dotychczas. Nie rozumiem, co mogło być tego powodem, ale przypuszczam, że to jednak niewystarczająca ilość długich wybiegań podczas okresu przygotowawczego taki oto sobie zebrała plon...

Gdybym miał wskazać przyczyny, dla których nawet nie udało mi się zbliżyć do 3:15 (a za takie zbliżenie liberalnie uznałbym czas na przykład - 3:18 lub 3:19), wskazałbym przede wszystkim następujące dwie. Pierwsza jest zupełnie przekonująca i nie mam do siebie o nią żadnych pretensji - a mianowicie łódzka trasa okazała się znacznie bardziej pofałdowana niż się spodziewałem. Szczególnie leśny odcinek oznaczał niekończące się górki i dołki i przyznaję, że solidnie mnie wymęczył. Druga jest natomiast dość głupia i trochę mi z jej powodu wstyd. Chodzi o to, że tuż po starcie jakimś cudem pomyliłem baloniki pacemakerów na 3:00 z tymi na 3:15. I tym sposobem myśląc, że zające na "mój" czas wciąż są za moimi plecami, większość dystansu przebiegłem na pełnym luzie, tylko momentami z lekka dziwiąc się, dlaczego mnie jeszcze nie doganiają... Możecie sobie więc wyobrazić, jaką minę musiałem mieć, gdy na słynnej prostej wzdłuż ulicy Maratońskiej (tam gdzie jest "agrafka", czyli nawrót o 180 stopni), jakiś kilometr przed pokonaniem tejże agrafki "moje" zające, które miałem mieć za sobą, wesoło sobie kicały z całą grupką z naprzeciwka. A to dla mnie oznaczało jakieś 2 kilometry straty - około 9 minut. W tym samym momencie przyśpieszyłem więc, ale pary starczyło mi może na niecały kilometr. Potem do szalonego na tym etapie tempa około 4:20 min/km już tylko doliczałem kolejne sekundy. A na ostatnim "osiągnąłem" już nawet 5:30. Wstyd, tempo spacerowe!

Jednak, tak jak pisałem wyżej, jestem po Łodzi w bardzo dobrym nastroju. Bardzo jasno miasto włókniarzy pokazało mi, że w tej chwili 3 godziny i kwadrans to dla mnie za wysokie progi, a zatem jest nad czym pracować przed jesienią. A wtedy może szybki wypad do szybkich Koszyc? To brzmi jak całkiem niecny plan!

PS A rzeczą, która sprawiła, że mój humor polepszył się dodatkowo, były meldunki od bardziej ode mnie wytrenowanych blogaczy: Kasi i Marcina, którzy złamali odpowiednio 3:10 (w Warszawie) i 3:00 (w Rotterdamie)! Moje najserdeczniejsze gratulacje!!!