sobota, 11 października 2014

Ultrałemkowyna - parę słów i zdjęć z I etapu

Prawie równo 3 miesiące po zmierzeniu się z drugim fragmentem trasy Ultrałemkowyny z Koziego Żebra do Wołowca, kilkanaście dni temu spróbowałem swoich sił na odcinku początkowym: z Krynicy-Zdroju do Regietowa. Tym razem niestety nie mogłem biec ze względu na ciągnący się jeszcze od Forest Run'u uraz pasma biodrowo-piszczelowego, więc pokonałem 26-kilometrową trasę ekspresowym marszem. Pięć i pół godziny po wejściu na czerwony szlak w Krynicy byłem w Regietowie i tym samym zakończyłem mój test generalny trasy. Po tym doświadczeniu i na dwa tygodnie przed startem 150-kilometrowej Łemkowyny Ultra Trail wiem jedno - zawody te na pewno będą ogromnym wyzwaniem dla uczestników, jednak po tym co zobaczyłem myślę, że przed jeszcze trudniejszym zadaniem niż biegacze stoją sami organizatorzy.


Poza nielicznymi odcinkami, gdzie pogubić się nie da, właściwie na każdym kilometrze znajdzie się miejsce, gdzie brakuje oznakowania, szlak jest niewidoczny, brakuje informacji o skręcie, albo skręt jest ale nie ma wskazówki czy należy skręcić razem z nim. Do tego tuż za Krynicą natkniemy się na sporo powalonych grubych drzew, przez które przeprawa w tłumie w środku nocy może być naprawdę upierdliwa. Myślę więc, że jedynym sensownym rozwiązaniem jest pójście tropem organizatorów np. UTMB i gęste "udekorowanie" trasy fluorescencyjnymi taśmami. Obawiam się, że w innym wypadku wszyscy się pięknie na naszej pięknej Łemkowszczyźnie pogubimy!

 
Oprócz tych fragmentów, gdzie zamiast biec będziemy musieli skakać niczym kozy karpackie ponad rozrzuconymi jak zapałki potężnymi świerkami, odcinek z Krynicy do Mochnaczki jest bardzo przyjemny, a jedynym dodatkowym utrudnieniem może być błoto. Podczas mojego rekonesansu było stosunkowo sucho, a i tak w niektórych miejscach przedzierałem się przez niezłą paciarę. Aż strach pomyśleć, co się tam będzie działo, jeśli - tfu, tfu - przed Ultrałemkowyną Beskid Niski, jak to ma czasem w zwyczaju, spłynie deszczem...




Jednak na szczęście wiele jest też momentów gdzie śmiało będzie się można rozpędzić, cieszyć każdym szybkim krokiem w dół i rozkoszować tajemnicą młodej, beskidzkiej nocy...



Tuż przed Mochnaczką po raz pierwszy spotkamy się z magią Beskidu. Kiedy to zobaczyłem, pomyślałem, że coś takiego mogło się zdarzyć tylko tu. Czyżby ktoś malował szlak po "kropce"?


Zaraz potem kolejna niespodzianka z gatunku tych naprawdę niespodziewanych - najprawdziwszy most zwodzony! A żeby było śmieszniej szlak na "moście" został namalowany tak, że widać go tylko z jednej strony - tej przeciwnej do kierunku, w którym już niedługo pobiegnie Ultrałemkowyna. Istnieje więc ryzyko, że bez odpowiedniego oznaczenia tej niezwykłej przeprawy, biegacze przegapią skręt i - kilkaset metrów dalej - będą zmuszeni skorzystać z mostu alternatywnego. Brrr...

Most zwodzony w kierunku Komańczy
most zwodzony w kierunku Krynicy
widok z mostu
most alternatywny
Dalej biegacze niech pamiętają, że winkiel stodoły należy wziąć z lewej strony, i już po chwili wyskoczą na krótki odcinek asfaltu w Mochnaczce. Za to później już prawie same górki aż do Banicy koło Izb. To zdecydowanie najpiękniejszy odcinek pierwszej części trasy, szkoda że będziemy go pokonywać po ciemku...









W Banicy koło Izb magia Beskidu przybiera swoją mniej przyjazną twarz. Po pierwsze, w miejscu w którym szlak wprowadza nas do wioski, to coś za stodołą to nie błoto tylko najczystsza gnojówka. A zatem impregnację Waszych salomonów, inowejtów i innych trailowych cudeniek dostajecie w pakiecie! 


Jednak najgorsze ma dopiero nastąpić. A jest nim Kajtek, 5-letni mieszaniec, klasyczny mały wioskowy czarno-biały jebik, który niepostrzeżenie wyskakuje zza rogu stajni, wgryza się swoimi nieproporcjonalnie wielkimi i ostrymi zębami prosto w achillesa, po czym momentalnie ucieka. Ugryzienie Kajtka bardziej zaskakuje niż boli, ale cholernie wkurza i jest nieuniknione. Kiedy następnego dnia przyjechałem do Banicy wylegitymować jego i jego właściciela z historii szczepień, bydlak użarł mnie znowu. Na szczęście tym razem byłem w długich spodniach, które ochroniły mnie przed ukąszeniem Kajtka. Dwie dobre wiadomości są takie, że jest szansa, że w nocy - kiedy będziemy przebiegali nieopodal jego stajennej budy - Kajtek będzie jeszcze spał. Druga jest taka, że ten mały potwór jest szczepiony!


Odcinek z Banicy do Izb jest dużo przyjemniejszy niż spotkanie z Kajtkiem, choć szlak wciąż można zgubić bardzo łatwo. Dopiero za rzeką (ciekawe jaki będzie jej poziom pod koniec października?) w Izbach widać, że PTTK jednak czasem czuwa. Zła wiadomość jest za to taka, że znaczniki są bardzo czytelne przy drogach, tam gdzie i tak wiadomo gdzie biec, za to jak tylko wkraczamy w las, trzeba liczyć głównie na swojego własnego czuja!


     








Za Izbami w kierunku Ropek z orientacją powinno być łatwo, bo przez kilka dobrych kilometrów będziemy brnąć lekko pod górę szeroką, szutrową drogą leśną. Jednak w pewnym momencie nagle trzeba będzie skręcić w lewo, więc czujność będzie na wagę złota! Ten szutrowy odcinek dla wielu może być nużący, także jeśli ktoś nie lubi "drogi Mirka" na Rzeźniku albo męczył się na dobiegu do mety na Niepokornym Mnichu, radzę solidnie przygotować się mentalnie na ten fragment. Dalej zbiegamy przez las do Ropek, gdzie szlak łączy się z bitą, wiejską drogą, aż docieramy do asfaltu, który doprowadzi nas aż do Hańczowej, czyli pierwszego oficjalnego punktu na trasie Ultrałemkowyny!









Tuż za Hańczową magia Beskidu w swojej złośliwej formie ukazała mi się tamtego dnia po raz trzeci, na szczęście - ostatni. Kiedy w oddali już widziałem skąpaną w chmurach czapę Koziego Żebra, na mojej drodze ukazał się mocno wezbrany strumień. Nie zastanawiając się długo, w końcu moje buty już i tak były całe mokre od siąpiącego od jakiejś godziny deszczu, przeprawiłem się przez niego sprawnie i ruszyłem dalej przed siebie. Po dobrym kilometrze zaczęło mnie zastanawiać, że czerwony szlak po raz kolejny nagle się urwał. Na szczęście łaskawy los zesłał mi pasterza z parasolką, który zapytany o to, czy dobrze idę, odpowiedział:

"A gdzie tam! Szlak idzie strumieniem. Tam kiedyś namalowali na drzewie czerwony znaczek, ale przyjechała energetyka, ścięła drzewo, ale znaczka już nie odmalowała. Najlepiej pójdź pan jeszcze do góry - ale nie za daleko! - i skręć pan w lewo, tam gdzie ścinka, i potem ostro pod górę, to wrócisz pan na szlak."

No po prostu takie rzeczy tylko tu! Bardzo podziękowałem panu z parasolką i podążając za jego wskazówkami rzeczywiście wkrótce odnalazłem czerwony szlak. Ale potem zgubiłem go jeszcze trzykrotnie i w końcu na szczyt Koziego Żebra dotarłem najpierw kierując się na azymut, a potem przypadkiem odnalezionym szlakiem niebieskim (który pod sam koniec połączył się z czerwonym). 
Ostre zejście z w kierunku Regietowa w połączeniu z kontuzją dało taki efekt, że poruszałem się jak paralityk, ale i tak byłem szczęśliwy, że po tylu perypetiach udało mi się zrealizować plan w jednym kawałku i nie musiał interweniować GOPR...




    
Drodzy uczestnicy Ultrałemkowyny, po tym wszystkim myślę więc, że na tej pięknej ale też jedynej w swoim rodzaju trasie, oprócz porządnych butów, ubrań, czołówek, dobrze wyposażonych przepaków, przyda się Wam też dużo...dystansu do samych siebie i jeszcze więcej poczucia humoru! Tak na wszelki wypadek. Do zobaczenia już za dwa tygodnie na Ultrałemkowynie!!!

9 komentarzy:

  1. Miko, bieglem to w nocy z 10 na 11 Pazdziernika. Twoj opis dokladnie odzwierciedla moje odczucia. Jak popada i siadzie mgla, trzeba bedzie miec niezla psyche i motywacje do jej ukonczenia. Pozdrawaim, do zobaczenia na ŁUT. Tomek Barszcz

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, Tomek! Miło Cię widzieć w wirtualu, ale jeszcze milej będzie zobaczyć w realu ;-)
      Pobiegłeś to nocą??!! Nie bałeś się?! Ja tam bym się zesrał ze strachu sam na czerwonym szlaku... No ale w końcu do odważnych świat należy! Trzymaj się ciepło, do zobaczenia no i tym razem musimy się wymienić numerami telefonów!!! Bedziemy na to mieli długie 150 kilometrów :-) Serwus!

      Usuń
  2. Kajtek w nocy spi...... albo go wilki zwinęły. W kazdym razie ataku nie było
    A jak popada i siadzie mgła to......., Tomek napisał delikatnie
    Bartek Malawski

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aha, znaczy że Tomek nie biegł sam!
      A tam niech pada, niech siada mgła, nawet niech wilki będą, byle tylko nie Kajtek ;-)))
      Do zobaczenia, nie wiem jak Ty, ale ja już czuję ogromne przedstartowe emocje!

      Usuń
  3. Mikolaj, koniecznie musimy wymienic sie numerami. Biegac sam owszem jednak jeszcze lepiej w towarzystwie Gumbasa. Trasa bedzie cudowna i tajemnicza, jak to w BN ... Do zobaczenia. Tomek

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słowo się rzekło! Widzimy się!!!

      Usuń
  4. Trzeba było strzelić fotę Kajtkowi (najlepiej wgryzionemu w łyde :D ) coby przestrzec innych przed gadziną. Pewnie nie wygląda aż tak groźnie na pierwszy rzut oka? Ogólnie zapowiada się niezła impreza, czekam na relację którą (jak każdą) przeczytam jednym tchem ;) Pozdrowienia - Justyna (wspieraczka Rafała S., od ulotek Darkowych ;) )

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyobraź sobie, że po tym jak ugryzł mnie drugi raz, od razu wyciągnąłem aparat, żeby zrobić mu zdjęcie, ale ledwie zdążyłem sięgnąć do kieszeni, a bydlęcia już nie było! A szkoda, już to sobie wyobrażałem "WANTED. Kajtek. Dead or Alive." Ku przestrodze dla ultrasów ;-)
      Dzięki za dobre słowo i do zobaczenia!!!

      Usuń
  5. Mikołaju nie wiem co się stało z moim wcześniejszym wpisem więc daje jeszcze raz - za piękny opis i rekonesans masz 1000 pkt do mocy, a za psa kolejny 1000 Ci się należy jak psu... Achilles :)

    OdpowiedzUsuń