środa, 20 maja 2015

"Szczęśliwi biegają ultra" - recenzja

To nie jest książka o bieganiu. To książka o miłości. Miłości do przestrzeni, do wolności i - przede wszystkim - dwojga ludzi do siebie nawzajem. Szczerze mnie ujęło w jaki sposób autorzy "Szczęśliwych..." na każdym kroku, w każdym kolejnym rozdziale subtelnie się uwodzą i przemycają wplecione w biegowe przygody dowody obustronnej sympatii i inspiracji. Niezwykłe jest to jak zgrabnie potrafią się uzupełniać, z jaką dojrzałością dążą do kompromisów, jak dzielnie każde z nich potrafi rezygnować z zaspokajania własnych ambicji po to by zrobić więcej miejsca partnerowi. Bije to zresztą nie tylko z opisów ich niezwykłych perypetii zebranych z biegowych tras na przestrzeni ostatniej dekady, ale i z samej konstrukcji książki, gdzie wyraźny podział na części Magdy i Krzyśka w ogóle nie przeszkadza by "Szczęśliwi..." stanowili spójną literacką całość.  


Jednocześnie jest to książka o przyjaźni. Wiele miejsca poświęcono w niej uhonorowaniu biegowych wyczynów bliższych lub dalszych znajomych autorów, które dzięki ich świadectwu na zawsze pozostaną nieśmiertelne. Za sprawą "Szczęśliwych..." już nie tylko wąski krąg ludzi ze świata biegów ultra, ale i szersza publiczność ma szansę dowiedzieć się, że pierwszym polskim rekordzistą legendarnego biegu dookoła masywu Mt. Blanc był Piotrek Kłosowicz, że w 2013 roku Maciek Więcek pokonał 500-kilometrowy główny szlak beskidzki z Wołosatego do Ustronia w niewiele ponad 100 godzin, i że po drodze wcale nie było mu łatwo, że Agnieszka Korpal nie tylko wjechała i wdrapała się z rowerem na plecach na 28 polskich szczytów w niecałe 16 dni, ale później powtórzyła swój wyczyn... biegiem, wreszcie że Darek Sztajner Strychalski z wydatną pomocą Dołęgowskich i ich teamu Inov-8 wyrównał rachunki z legendarnym ultramaratonem Badwater i w 2014 roku dotarł na metę tego arcytrudnego 217-kilometrowego biegu. To tylko przykłady, bo podobnych historii jest w "Szczęśliwych..." więcej. Co ważne, wiele z nich jest okraszonych przepięknymi zdjęciami Piotrka Dymusa, którego Magda z Krzyśkiem określili jako cichego współautora ich dzieła. To pełne ciepła i uznania podejście do bohaterów drugiego planu nadaje "Szczęśliwym..." wyjątkowego, kameralnego charakteru. Kwintesencją stosunku Dołęgowskich do biegowych przyjaźni jest rozdział opowiadający o ich wspólnym dziecku - drużynie Inov-8 - w którym każdy z czytelników przez chwilę poczuje się częścią ich zespołu wesoło napierającego ku szczytom Beskidu Żywieckiego.  

fot. Piotr Dymus

 "Szczęśliwi biegają ultra" wprawnie łączą cechy książki przygodowej, autobiografii, pamiętnika, ale i fachowego poradnika biegowego, co sprawia, że każdy - biegacz czy nie biegacz - znajdzie w niej coś dla siebie. Jedni będą z zaciekawieniem wczytywać się w drogę Magdy, która od imprezującej, palącej papierosy młódki z biegiem lat i stron zmienia się w atletkę pukającą do bram krajowej elity biegów ultra, podczas gdy inni chętniej wgryzą się w rozdziały, w których Krzysiek rozkłada na czynniki pierwsze zagadnienia związane z treningiem. Wielu będzie wodzić palcem po mapie od Sahary po Colorado szukając biegów i tras, które oboje przemierzyli podczas lat doświadczeń, a niektórzy pewnie od razu przeskoczą do najbardziej spektakularnego rozdziału, w którym razem z Dołęgowskimi spotykamy się z legendami dyscypliny Scottem Jurkiem, Antonem Krupicką i Joe Grantem. I to na ich ziemi, w mekce ultra biegów - mieście Boulder u podnóży Gór Skalistych. Za to wszyscy bez wyjątku, nawet jeśli nie zechcą od razu zostać ultrasami, po przeczytaniu "Szczęśliwych..." zapewne przynajmniej się zastanowią czy i oni nie mogliby spełniać swoich marzeń tak jak to robią Magda z Krzyśkiem.

"Szczęśliwi biegają ultra" to nie jest książka o bieganiu. To książka o miłości do biegania.

 
Polecam z całego serca. Można ją kupić na przykład tu.   

3 komentarze:

  1. Jeszcze tylko kilkadziesiąt stron Chrissie i zagłębiam się w szczęśliwych. Nie mogę się doczekać!:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam wielu znajomych biegaczy ultra i jeszcze przed wydaniem tej pozycji wszyscy się bardzo napalali, że oto zbliża się się wielkimi krokami książka ich życia :) Tym bardziej, że Dołęgowscy są znani i lubiani w środowisku. Sama też nie mogłam się doczekać, choć słuchając w przeszłości Dołęgowskich przy okazji różnych biegowych imprez dochodziłam do wniosku, że mimo tak wielu ciekawych sportowych doświadczeń i tylu inspirujących znajomości, nie potrafią o tym mówić z odpowiednią pasją... Ot, takie tam pitu pitu. Ale nic, nabyłam ich książkę czym prędzej i zabrałam się lektury. I niestety nie porwała mnie. Język jak w szkolnym wypracowaniu, wątki ubogie, mam wrażenie, że formą książka przypomina "Urodzonych biegaczy", co akurat przemawia na jej niekorzyść. Generalnie zawiodłam się na tej książce... Cieszę się, że jest w Polsce coraz więcej szalonych, pozytywnie zakręconych ludzi, osiągających w ogólnie pojętym sporcie rzeczy, jak się wydawało dotychczas, niemożliwe. Mam jednak nadzieję, że wykażą więcej pokory i zdrowego podejścia do własnych umiejętności pisarskich i nie zaleje nas fala wydawnictw pokoroju "Szczęśliwych...".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Muszę się zgodzić, jeśli chodzi o język.
      Pasja i historie - tym się ta książka broni, ale jest trochę nierówna.
      Mam oczywiście szacunek dla autorów i ich dokonań, książka mi się podobała i jest bardzo inspirująca. Czy jest jednak cudem, jak można czasem przeczytać?
      agnieszkaantosiewicz.blogspot.com/2016/06/fascynujace-ultrawariactwo.html

      Usuń