niedziela, 15 czerwca 2014

Bieg Rzeźnika 2014


Przejdź od razu do relacji z biegu.



Start sezonu zbliża się wielkimi krokami - już za 5 dni Bieg Rzeźnika! "Rzeźnik" to prawie 80 kilometrów spektakularnej trasy po bieszczadzkim odcinku Głównego Szlaku Beskidzkiego. A zatem jest to dystans niemalże dwóch maratonów, gdzie zasuwa się głównie w górę i w dół z niewielkimi tylko odcinkami po płaskim. "Rzeźnik" to prawdziwy test charakteru i organizmu, na którym zdarza się polec najtwardszym, a zarazem szansa dla niewielkich ciałem a wielkich duchem, którzy mocną głową potrafią zostawić w tyle rywali o największych nawet mięśniach. Wreszcie "Rzeźnik" to test przyjaźni, braterstwa i lojalności.


"Rzeźnika" biegnie się bowiem w parach i, według zasad, na całej długości biegu dystans pomiędzy partnerami nie może wynosić więcej niż 100-200 metrów. Kilkadziesiąt wspólnych kilometrów, kilkanaście godzin jedności na trasie, kryzysy i wzajemne wyciąganie się z nich, pretensje, nieporozumienia i najbardziej skrajne emocje - to na "Rzeźniku" macie jak w banku. Jedni dobiegną więc na metę w Ustrzykach połączeni niemalże w jedno ciało, podczas gdy inni nawet nie podadzą sobie rąk, rozejdą się w swoje strony i nigdy więcej już się nie zobaczą. Tak, "Rzeźnik" potrafi scementować jak najmocniejsza zaprawa, ale może też położyć kres najmocniejszej nawet przyjaźni. "Rzeźnik" jest jak dwuosobowa platforma wiertnicza, jak dwójka bez sternika na pełnym morzu, jak bezludna wyspa z dwoma samotnymi rozbitkami mogącymi liczyć tylko na siebie, jak dawny rower-tandem bez przerzutek. Jednym słowem "Rzeźnik" to wóz albo przewóz!


Ja swojego rzeźnickiego partnera na szczęście już dobrze znam i raczej wiem, czego mogę się po nim spodziewać. On jest ode mnie dużo mocniejszy i znacznie mniej wyrozumiały. Przy czym początek pewnie mi odpuści i nie zagoni od razu do najcięższej roboty - myślę, że dokręcanie śruby i motywacyjne pohukiwanie zacznie się dopiero za Cisną, tam gdzie - jak mówi wielu - prawdziwy "Rzeźnik" dopiero się zaczyna. 


Mój rzeźnicki partner jest świetnym gościem i moim przyjacielem, ale ma jeszcze jedną zaletę - trasę z Komańczy do Ustrzyk Górnych pokonał już dwukrotnie - w 2011 i 2013 roku - podczas gdy ja dopiero na niej debiutuję. Tym samym jego wkład w taktykę naszego wspólnego biegu może się okazać nieoceniony. Trochę już zresztą rozmawialiśmy o tym, jak będziemy biec: przede wszystkim nie chcemy przedobrzyć na początku, nie tracić czasu na punktach żywieniowych i biec wszystkie odcinki nie pod górkę. Brzmi banalnie, ale to właśnie w tych trzech elementach spala się większość początkujących na "Rzeźniku". Gonią na początku i już w połowie zawodów nie mają siły podnosić kolan, na punktach i przepakach robią sobie swawolny piknik z herbatką z termosu, a na płaskich odcinkach maszerują, bo tak im podpowiada zdradliwy chochlik w głowie. Potem lądują na ostatnim pomiarze czasu w Berehach "za pięć dwunasta" i tylko od szczęścia zależy, czy organizatorzy puszczą ich dalej czy nie. Tego na pewno chcemy uniknąć.


W zeszłym roku miałem okazję robić reportaż z Biegu Rzeźnika i - mimo że sam nie zmierzyłem się z trasą - przeżywałem zmagania tak mocno, jakbym był jednym z oznaczonych literką "x" lub "y" uczestników. Byłem wtedy na punktach na Przełęczy Żebrak, pod wyciągiem powyżej Cisnej, na przepaku w samej Cisnej, w Smereku, pod "Chatką Puchatka" na Połoninie Wetlińskiej, w Berehach i na mecie w Ustrzykach. Niezwykłe było to uczucie, gdy patrzyłem na twarze biegaczy i słuchałem ich wypowiedzi na kolejnych etapach, gdy ich stroje z czasem stawały się coraz bardziej ubłocone, kolana poździerane, oczy coraz dziksze, mięśnie wykończone, a zdania coraz mniej składne. Początkowo wszyscy wyglądali jak pewna zwycięstwa armia idąca w bój jak po swoje, jednak z każdym kolejnym pokonanym etapem, na ich obliczach pojawiało się coraz więcej niepewności, trwogi, czasem grymas bólu, a nierzadko i zwątpienie. Pod "Chatką Puchatka", po - według wielu - najtrudniejszym podejściu pod Smerek często było już naprawdę źle. Strudzeni biegacze rezon odzyskiwali dopiero po niezwykle trudnym zbiegu ku Berehom. Jednak uśmiech wracał na ich twarze dopiero 12 kilometrów dalej - po przekroczeniu mostku nad Reczycą, pokonaniu ostatnich kilku drewnianych schodów w górę i nadstawieniu karku po pamiątkowy medal, który nareszcie mógł zająć miejsce na ich dumnej piersi.


"Rzeźnik" to już bieg kultowy - dlatego, że trudny, że biegnie się go w parach, że na dzikiej trasie można spotkać wilka albo niedźwiedzia, ale też dlatego, że został stworzony i jest rozwijany przez grupę przyjaciół, zapaleńców, miłośników biegania i świetnych organizatorów. I to oni - oprócz fantastycznej trasy - sprawiają, że na Bieg Rzeźnika walą prawdziwe tłumy, a zapisy kończą się w kilkanaście minut od ich otwarcia. To dzięki nim atmosfera biegu jest tak świetna, punkty żywieniowe co roku obfitsze, a słynne kanapki na przepaku w Smereku coraz smaczniejsze. Wcale więc nie dziwi, że tym razem - już w najbliższy piątek przed świtem - na starcie w Komańczy stanie około 500 dwuosobowych zespołów, czyli w sumie jakiś tysiąc osób.


Tak się składa, że tegoroczna - jedenasta już - edycja "Rzeźnika" odbędzie się w ostatni dzień wiosny. Jest więc szansa, że tradycyjny nocny start tym razem okaże się wyścigiem z brzaskiem. I tu pojawia się pytanie: kto pierwszy pokona początkowy, stosunkowo łatwy odcinek po asfaltowej drodze prowadzący ku leśnym odstępom, my czy świt? Warto się nad tym zastanowić, bo jest bardzo prawdopodobne, że tegorocznego "Rzeźnika" będziemy mogli pobiec bez latarki-czołówki na głowie. Wygląda też na to, że w przyszłym tygodniu w Bieszczadach ma być relatywnie sucho i ciepło - koniecznie trzeba więc rozważyć uszczuplenie wyposażenia, jakie zabierzemy ze sobą na bieg. Może tym razem nie warto wypychać sobie plecaka wszystkimi możliwymi warstwami i ruszyć w bój "na pusto"? Jeśli tak się stanie "Rzeźnik" 2014 może przynieść wiele życiówek. A może i jakiś zespół pokusi się o rekord trasy?


Oczywiście na te kilka dni przed startem najważniejsza jest dla mnie dyspozycja moja i mojego partnera, jednak biegnąc będę mocno trzymał kciuki również za wszystkich innych uczestników. Szczególnie zaś będę życzył powodzenia dzielnemu Darkowi i mojemu biegającemu bratu, którzy w "Rzeźniku" startują w duecie już po raz drugi z rzędu, a także niesamowitej Noli, która do ostatniego tygodnia przed zawodami poszukiwała rzeźnickiej partnerki. Na szczęście w końcu ją znalazła, dzięki czemu do Biegu Rzeźnika przystąpi kolejny w pełni damski zespół - brawo! A już następnego dnia na starcie Rzeźniczka - biegu towarzyszącego "Rzeźnikowi" - stanie Ultra Rob, najnowszy nabytek polskich biegów górskich w kategorii 50+. Rob, powodzenia!!!             

***

Wszystkie fotografie pochodzą z galerii Adama Markiewicza

9 komentarzy:

  1. Przyznam, że pierwszy opis wreszcie bez podawania kilometrów. Jak dla mnie nieosiągalny start, dla mnie maraton to już wyczyn. Tym bardziej podziwiam i życzę powodzenia. Mała uwaga odnośnie zapisów na ten bieg (i inne), kiedy zapisy kończą się już po 5-10 minutach. Nie wiem czemu po prostu nie zrobi się osobnej kategorii debiutanci i już startujący. I to właśnie debiutanci powinni mieć pierwszeństwo, a już startujący niech rywalizują o start z jakimś dorobkiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety jeśli dobrze się przyjrzeć, o kilometrach (80) wspominam już w pierwszym akapicie - tym samym nie wyłamuję się z grona "podnieconych" rzeźnickim dystansem ;-) Ale wcale nie jest mi z tego powodu głupio, bo tak długa gonitwa po niemałych przecież górach to naprawdę duża sprawa, warta podkreślenia! Co do zapisów, niech i tak będzie, ale pod warunkiem, że debiutanci będą w stanie wykazać się startami upoważniającymi ich do myślenia o ukończeniu "Rzeźnika". Bo jednak głupio by było, jakby wystartowało 80% debiutantów i potem połowa z nich nie zmieściłaby się w limicie...

      Usuń
  2. Miko, no to żeby Ci pary starczyło :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, Kochana! Dziś mogę powiedzieć, że...starczyło :-)))

      Usuń
  3. Hej :) zgodnie z obietnicą, ujawniamy się i czekamy na porzeźnikową relację;) p.s. Daj znać na maila (paulina.raszewska@interia.pl),to podeślę nasze 2 zdjęcia :) pozdrawiamy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za ujawnienie się!!!
      Relacja już poszła w e-świat ;-)

      Usuń
  4. Dzięki Miko. Finalnie poleciałam w Mixie, ale nie żałuję, lepszego Partnera nie mogłam sobie wymarzyć na ten bieg - silny i pełen spokoju. Nola.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. hmm, "silny i pełen spokoju" - biegłaś z Thorgalem czy z Buddą? ;-)

      Usuń