poniedziałek, 14 lipca 2014

Naturalnie, że biegam! - rozmowa z Norbullo Kontrabaczem

Pierwszy raz zobaczyłem Norbulla w grudniu zeszłego roku, podczas jednego z pierwszych biegów w ramach ostatniej edycji Falenickich Biegów Górskich. Zdecydowanie wybijał się wtedy z tłumu już na starcie - przyciągał uwagę przede wszystkim nietypowym strojem jak na XXI-wiecznego biegacza. Ubrany był w grubą wełnianą czapkę, zwykłą bluzę, szerokie spodnie "szelesty" i tylko na nogach miał coś, co przypominało profesjonalne buty, w jakich biega dziś większość amatorów. Jednym słowem stara szkoła w pełnej krasie!

Wyróżniała go również efektowna broda i serdeczny, szczery uśmiech, pełny pozytywnej energii. Już wtedy pomyślałem, że musi być naprawdę równym gościem. Jak się później okazało, Norbullo jest nie tylko równym gościem, ale i świetnym biegaczem. Do dziś pamiętam świst wiatru, gdy wyprzedzał mnie na końcówce tamtego wyścigu sadząc na swoich długich nogach susy jak gazela, wybijając się wysoko ponad falenicką ścieżkę i mijając nie tylko mnie, ale i wszystkich innych, którzy znaleźli się w tamtej chwili na jego drodze.

Przez następne tygodnie regularnie widywaliśmy się w Falenicy, aż w końcu, w pewien mroźny dzień przybiliśmy zapoznawczą piątkę. Już krótka wymiana zdań z Norbullem pozwoliła mi zdać sobie sprawę, że oto mam przed sobą niezwykłą osobę, pełną optymizmu i niewymuszonej pasji. Wtedy nie znałem jeszcze jego imienia, ale po oszronionej brodzie, numerze startowym i zdjęciu na portalu maratończyk.pl doszedłem, że Norbullo tak naprawdę nazywa się Norbert Kubacz, jest profesjonalnym muzykiem, a hobbystycznie zgłębia tajniki tzw. biegania naturalnego. A czym jest bieganie naturalne? Tego i wielu innych rzeczy dowiecie się z poniższej rozmowy z najbardziej zabieganym muzykiem nad Wisłą - Norbullo Kontrabaczem:

fot. hellozdrowie.pl/mieszka.com/maratonczyk.pl

Norbullo, od czego zaczynasz dzień - od próby czy od treningu?

Dzień zaczynam przede wszystkim od sprawnego truchtu do toalety [śmiech]. A tak na poważnie, to biegam przeważnie rano, a próby mam później. Generalnie, lubię zacząć dzień od treningu, ciało lepiej się potem spisuje. Choć i wieczorami zdarza mi się pobiegać z jakimś znajomym, czasem kogoś trenuję.

No właśnie, na swoim profilu na Facebooku przedstawiasz się jako trener biegania naturalnego – jak nim zostałeś? Potrzebny był jakiś egzamin?

Egzaminu formalnego nie mam, za to na co dzień egzaminują mnie ludzie, którym pomagam trenować, i to oni wystawiają mi ocenę. A zatem moje trenerstwo wykluło się w sposób, można powiedzieć… naturalny [śmiech].
Już kiedy trenowałem sztuki walki, znajomi radzili się mnie w kwestiach ćwiczeń i treningu. Jeszcze będąc nastolatkiem prowadziłem nieformalną, amatorską szkółkę obrony dla koleżanek i kolegów. Miałem zapał do sportu, od dziecka bardzo dużo biegałem i byłem sprawny. Byłem dzieciakiem jak Forrest Gump - gdy gdzieś szedłem to… biegłem. Myślę, że to moje pełne pasji podejście do trenowania wkręcało znajomych i z czasem oni też zaczynali woleć to niż na przykład nudzić się siedząc na ławce. To czego nauczyłem się sam, przekazywałem po prostu dalej i to była fajna zajawka dla nas wszystkich. Ja miałem kompanów do treningów, a oni trenera na miejscu i alternatywny sposób na spędzanie razem czasu. Potem to się urwało, bo zaczęła się dorosłość, niektórzy powyjeżdżali za granicę do pracy, poszli na studia, wyprowadzili się... Ja poświęciłem się muzykowaniu bez reszty. Sport w moim życiu zepchnąłem do katakumb przeszłości i traktowałem go już tylko jak gimnastykę poranną utrzymującą ciało w jako takiej kondycji. Do aktywności zacząłem wracać bardzo pomału i chyba nieświadomie. Gdy 9 lat temu urodził się mój syn Felix, dużo z nim spacerowałem i w trakcie tych wędrówek zacząłem biegać z wózkiem. Podbiegi Agrykolą pchając wózek to był dobry wstęp do biegów górskich [śmiech]. Ostatecznie, zacząłem uprawiać bieganie na poważnie jakieś 5 lat temu. Historia zatoczyła więc koło, a ja znów zacząłem prowadzić treningi…

Jakbyś nazwał sam siebie: jesteś biegającym muzykiem czy raczej muzykującym biegaczem?

Jestem muzykiem biegającym. Obie te aktywności zespalają się u mnie w jedną pasję. Gdy biegam, gra mi w głowie muzyka, a kiedy gram muzykę, czuję jakbym był w biegu. Uprawiam bieganie i muzykę w formule długodystansowej. Często z muzykami gramy po kilka godzin i jest to bardzo podobny trans jak przy długich biegach, które kocham najbardziej. Powołałem z ulubionymi muzykami formację BIEGLI i razem wykonujemy kawałki inspirowane bieganiem i jesteśmy w trakcie przygotowywania pierwszej płyty.

Norbullo z zespołem Tupika. fot.independent.pl

Reszta zespołu też biega?

Bardziej spacerują. Perkusista Dodos gra w piłkę kopaną, za to wszyscy razem czasem gramy w „zośkę”.

Powszechnie uważa się, że ulubionym "izotonikiem" muzyków jest whisky, a przynajmniej zimne piwo, za to Ty wolisz wodę z miodem i cytryną. Dlaczego się wyłamujesz?

Piwo lubię, to na mecie Biegu Rzeźnika było naprawdę zacne [śmiech]. "Izotoniki” muzyków do biegania się nie nadają. Co prawda zdarzało mi się wracać biegiem z klubu w nocy "na bani" i chociaż dobrze mi się biegło, to na jakiś szybki i długi bieg bym się w tym stanie nie zdecydował. Dobra woda z miodem i cytryną ma dla mnie najlepszą wartość nawadniającą i - co ważne - jest dobra w smaku, a więc działa też jak nagroda. 

Oprócz tego, że jesteś muzykiem, wyróżnia Cię też to, że znalazłeś sobie w biegowym świecie niszę – bieganie naturalne. Jak to się zaczęło?

Bieganie „naturalne” było u mnie prostą konsekwencją tego, że wcześniej uprawiałem kick-boxing oraz kilka innych sztuk walki, gdzie trenuje się boso. Na dodatek w tych dyscyplinach poruszasz się na śródstopiu, a to jest jedna z głównych cech naturalnego biegania. Kiedy pewnego dnia wpadła mi w ręce książka „Urodzeni Biegacze”, uświadomiłem sobie, że jestem orędownikiem właśnie tej sztuki poruszania się w biegu i wszystko zaczęło się układać w zgrabny i logiczny puzzel.

Biegasz na bosaka, w sandałach huaraches albo w płaskich butach bez żadnej amortyzacji nawet po miejskich chodnikach - nie boisz się o stopy?

Na bosaka biegam tylko w naturze, po chodnikach w mieście raczej w butach tzw. minimalistycznych. Przy technice biegu jaką stosuję, od amortyzacji jest mój aparat ruchu, a nie gruba podeszwa. Podeszwa buta przydaje się tylko do tego, że gdy wyląduję na czymś ostrym, to się nie skaleczę. No i buty bez amortyzacji są lekkie, co też ma znaczenie.

Łatwo to mówić komuś, kto jest tak szczupły jak Ty. A co jeśli biegać naturalnie zapragnie ktoś znacznie większy i cięższy?

Nie rozumiem dlaczego technika biegania delikatnego i uważnego miałaby być niestosowna dla osoby większej. Przy większej masie, zła technika zrobi jeszcze większe spustoszenie w kościach… Moim zdaniem, oprócz złej techniki czy urazów spowodowanymi wypadkami, ludzie mają głównie problem z kontuzjami przez narzucenie sobie za dużej objętości treningowej. Mówiąc krótko, biegają za dużo albo za szybko. Chcą od razu przebiec maraton.

Norbullo fot.youtube.com

Na co trzeba według Ciebie uważać najbardziej przy przejściu na minimalistyczną stronę mocy?

Przy przejściu na technikę biegania ze śródstopia zazwyczaj pojawia się ból zmęczeniowy w łydkach, ponieważ one przy tej technice mocno pracują. Na początku trzeba więc trenować w małych dawkach, żeby nie nabawić się kontuzji. Inaczej ból może być naprawdę nieznośny.

Oprócz naturalnego biegania mocno promujesz również zdrową dietę, najlepiej opartą na lokalnych produktach. Skąd w Tobie taka pasja?

Pasję zdrowego odżywiania mam po ojcu, który odkąd pamiętam prowadzał mnie po bazarach w poszukiwaniu nieprzetworzonej żywności. Trochę pojeździłem też po świecie i wszędzie tam gdzie było lokalne jedzenie, smakowało mi najbardziej. Ostatnio na Mazurach siedząc nad jeziorem, jedliśmy z przyjaciółmi rybę wędzoną  z bułką i ogórkiem małosolnym i było to danie idealne, którego nie wyczaruje najlepsza nawet restauracja.
Poza tym w domu to ja gotuję, a skoro od jedzenia zależy, jak mi się potem biega i ma to znaczenie dla zdrowia moich bliskich, to nie rozumiem jak można działać inaczej. W końcu „jesteś tym co jesz”!
Jednocześnie ważny jest też dla mnie aspekt społeczny, czyli wspieranie lokalnej produkcji.

Podobno na biegach nie używasz żeli energetycznych, pijesz izotoniki własnej produkcji, a i większość przekąsek przygotowujesz samodzielnie. Rozumiem, że punkty żywieniowe omijasz szerokim łukiem?

Żele energetyczne nie działają na mnie dobrze więc ich nie używam. Robiłem porównanie, jak się czuję, jaki to ma efekt i wyszło mi, że wolę jednak bardziej naturalne doładowanie mocy. Punkty żywieniowe czasem oferują bardzo dobre jedzenie, więc ich nie omijam. Pamiętam, że na przykład na Maratonie Gór Stołowych były orzeszki, ciasteczka i duży wybór różnych owoców.

Stawiam dolary przeciw złotówkom, że największą inspiracją są dla Ciebie słynni amerykańscy ultramaratończycy - Scott Jurek (autor bestsellerowej książki "Jedz i Biegaj") i Anton Krupicka (najbardziej znany biegacz naturalny). Co Ty na to?

Jurek, Krupicka czy np. Kilian Jornet to fantastyczni zawodnicy i przez swoje osiągnięcia są oczywiście bardzo inspirujący ale i na naszym biegowym poletku jest wielu ciekawych biegaczy. Jednak w tym wszystkim głównie inspiruje mnie samo bieganie, rozumiane jako taka atawistyczna umiejętność, którą zaczęliśmy zatracać. Lubię biegać i wyobrażać sobie, że jestem jak Indianie Tarahumara czy Buszmeni. Czuję jak przenoszę się w czasie i pędzę razem z plemieniem nomadów. Dla mnie bieganie to wspólnota, uczucie bycia razem w dążeniu do tego samego celu. Mam grono przyjaciół biegowych z niesamowitym zapałem do pokonywania własnych ograniczeń. I to chyba jednak oni inspirują mnie najbardziej.

Co daje Ci bieganie, czego nie dawała muzyka?

Bieganie daje mi świadomość, że mogę osiągnąć to co chcę, bo skoro dałem radę przebiec maraton, to wszystko inne też mogę zrobić.

Gdybyś miał wyruszyć w podróż i zabrać ze sobą tylko jedną rzecz, byłby to kontrabas czy jednak para ulubionych butów?

Kontrabas. Bez butów mogę biegać, bez kontrabasu grać już nie...

Jest jakieś miejsce na świecie, w którym szczególnie chciałbyś się sprawdzić?

Na pewno chciałbym przebiec Ultramaraton u Indian Tarahumara.

A zdarza Ci się słuchać w biegu muzyki?

Zdarza mi się, ale tylko w mieście. Gdy biegam w lesie, wolę słuchać ptaków, żab i swoich własnych kroków…

***

fot.festiwalwujek.blogspot.com

Norbert Kubacz, bardziej znany jako Norbullo Kontrabacz, jest biegającym muzykiem. Regularnie trenuje od 5 lat, a do pierwszego biegu zainspirował go pies-bullterier Gitek. Gdy na jednym ze spacerów po parku Norbullo uświadomił sobie, jak wielką frajdą jest dla Gitka bieganie, sam postanowił wrócić do sportu. I tak narodziła się jego druga – po muzyce – wielka życiowa pasja, którą dziś konsekwentnie rozwija. Norbullo prowadzi amatorską szkołę biegania naturalnego, a w czasie kiedy nie biega, komponuje, grał i gra na kontrabasie w wielu zespołach i projektach muzycznych m.in. Bauagan Mistrzów, Tupika, a ostatnio pracuje nad muzyką inspirowaną bieganiem pod nazwą BIEGLI. Koncertuje i biega gdzie się da – także w ultramaratonach. Jednak przede wszystkim jest szczęśliwym mężem, ojcem i przyjacielem. Na zawodach najłatwiej poznacie go po szerokim uśmiechu i imponującej brodzie. Jego życiówka w maratonie to 3.03, w półmaratonie 1.26, a w biegu na 10 kilometrów – 40 minut. Wszystkie dystanse – długie i krótkie – pokonuje na naturalnym paliwie.

czwartek, 10 lipca 2014

Po czwarte: Monte Kazura

Czwarta, przedostatnia, edycja Monte Kazury już za nami. Kto przegapił, niech żałuje - a kto nie chce żałować jeszcze bardziej, niech zbiera siły na 20 sierpnia i ostatnie ściganie po ursynowskiej górce Kazurce w tym sezonie.

Co prawda zabrakło wczoraj Krzycha i jego tradycyjnej pogadanki przed startem, nie było zawsze wesołego psa Etosia, a na dodatek z trasy ubyło kilka muld, ale i tak Monte Kazura dała - jak zwykle z resztą - prawdziwego czadu. A my razem z nią!

***

Mija 52 minuta i 29 sekunda biegu, a na metę wpada ostatnia uczestniczka zawodów - niesamowita Marta Dawiczewska. Wszyscy pozostali zawodnicy patrzą na nią z uznaniem, dopingują z całych sił, a pogłos rytmicznych braw dociera do najwyższych pięter okolicznych bloków. Marta mija bramę i ostatni punkt pomiaru czasu, a na jej twarzy nadludzkie zmęczenie miesza się z widoczną z daleka ogromną satysfakcją. Gdy się w końcu zatrzymuje, brawa nie milkną jeszcze przez dłuższą chwilę. Marta wpada w opiekuńcze ramiona swojego partnera, a zaraz potem przyjmuje liczne gratulacje od swoich rywali, którzy w tym momencie żadnymi rywalami nie są - na to jedno mgnienie są jej przyjaciółmi. To zdecydowanie jeden z najbardziej wzruszających momentów, jakich byłem świadkiem od początku mojej przygody z bieganiem.

Pomimo, że rezultaty najlepszych zawodników wzbudzają mój najszczerszy podziw - szczególnie biorąc pod uwagę tropikalne warunki, w jakich odbywała się IV edycja Monte Kazury - to największą zwyciężczynią wczorajszego biegu jest dla mnie właśnie Marta. Już w chwili gdy mijałem ją na moim trzecim okrążeniu, podczas gdy ona dopiero zaczynała drugie, pomyślałem o niej z wielkim respektem. A gdy w końcu dotarła do mety, umordowana na ciele, ale widocznie szczęśliwa na duszy, pomyślałem o niej, że jest prawdziwą Bohaterką. Bohaterką, jakich bieganie potrzebuje, która tak jak Nola Szule (dzięki za doping!) pokonuje własne możliwości i daje innym wiarę, że nawet niemożliwe jest możliwe. Marta, byłaś wczoraj niesamowita, moje najszczersze gratulacje!

***

Jednak Monte Kazura dała wczoraj popalić nie tylko Marcie - 9 lipca 2014 roku wieczorem warszawski Ursynów postanowił bowiem na chwilę stać się brazylijskim Manaus, a lokalny inspektorat pogodowy musiał po południu przekręcić kurki z temperaturą i wilgotnością powietrza daleko za czerwoną kreskę, przez co wszyscy czuliśmy się jak amazońska partyzantka gotowa w każdej chwili wyzionąć ducha. Zabrakło tylko piranii w Wiśle i ludożerców czających się z ostrymi dzidami za którymś z kazurkowych zakrętów.

W teorii gwałtowna ulewa, którą spłynęła wczoraj cała Warszawa, miała schłodzić powietrze, przegnać przygniatającą parność, a nam dać idealne warunki do wieczornego biegania. Jednak albo padało za krótko, albo jakiś inny czynnik atmosferyczny sprawił, że zamiast lepiej, po deszczu zrobiło się jeszcze gorzej. Nawiasem mówiąc, gdyby korespondencyjna organizatorka, a prywatnie dumna absolwentka Geografii, Magda nie ganiała się właśnie z niedźwiedziami po rumuńskich Karpatach, na pewno by nam poleciła, jak sobie w takich okolicznościach radzić. A tak byliśmy zdani tylko na siebie...

Z wczorajszą pogodą jedni poradzili sobie lepiej, inni gorzej. Mi na przykład ciężkie powietrze nie doskwierało tak bardzo, za to poległem zupełnie na mokrej nawierzchni. Szczególnie świeżo zlana trawa kilka razy sprawiła, że zakręty brałem jak bolid formuły trzeciej z solidną podsterownością, a na zbiegach ze dwa razy niemalże wyłożyłem się jak długi. Jednak winy mogę szukać tylko w sobie - nie wiem, co mnie podkusiło, żeby zamiast moich magicznych, samoprzylepnych inov-8 założyć ulubione, ale jednak bardziej nadające się na suchy teren minimusy. Jest takie brzydkie powiedzenie biegaczy "latać jak szmata" - to o mnie wczoraj...

Co tu dużo gadać, kocham Monte Kazurę - za trasę, za górki i dołki, za atmosferę, za ludzi, którzy w niej uczestniczą i za poczucie sięgnięcia czeluści własnej wytrzymałości za każdym razem, gdy wpadam na metę. Coraz mocniej czuję przy tym, że Monte Kazura to nie jest zwykły bieg, Monte Kazura to taka piękna, dumna kobieta, która jak trzeba, to utuli, ale jeszcze częściej z uśmiechem na twarzy i nieopisaną pasją goni do roboty. A my do tej roboty z przyjemnością dajemy się zagonić.

No to co, tyłki w troki i do zobaczenia 20 sierpnia!   

fot. Ilona Wicherkiewicz

wtorek, 8 lipca 2014

Mini Ultrałemkowyna


Jeśli jeszcze nie słyszeliście o Ultrałemkowynie, to najwyższa pora, żebyście usłyszeli! To kolejny piękny ultramaraton na coraz bogatszej mapie polskich biegów na najdłuższych dystansach. Jego pierwsza edycja odbędzie się w drugiej połowie października (24-26 X), a uczestnicy będą mieli do wyboru dwie trasy – 70-cio i 150-cio kilometrową. Obie kończą się w Komańczy, przy czym pierwsza startuje z Chyrowej, za to druga aż z Krynicy-Zdroju.

Zarówno „krótka” jak i długa Ultrałemkowyna w całości pokrywają się z Głównym Szlakiem Beskidzkim, zwykle zwanym po prostu „czerwonym”, wiodącym z Ustronia do Wołosatego. Trudno to sobie wyobrazić, ale w zeszłym roku nasz narodowy ultras do zadań specjalnych Maciek Więcek pokonał biegiem calutki, liczący blisko 520 kilometrów, czerwony szlak, i to w zaledwie 114 godzin! W relacjach z jego wyczynu można było później przeczytać, że najciekawszy był dla niego właśnie odcinek wiodący przez Beskid Niski i Łemkowszczyznę.

Beskid Niski - widok na dolinę Ciechani

Przy czym trzeba zaznaczyć, że Maciek biegł ze wschodu na zachód, a trasa Ultrałemkowyny prowadzi w odwrotnym kierunku. Można więc uznać, że wrażenia i krajobrazy, które towarzyszyły jemu, my w październiku będziemy stale zostawiać za plecami. I na tym mógłbym zakończyć rozważania na temat potencjału Ultrałemkowyny, gdyby nie to, że cały czerwony szlak – tym razem już we „właściwym” kierunku - pokonało  w zeszłym roku również niezwykłe małżeństwo Rzeszótków - Marzena i Leszek. Przybiegli z Ustronia do Komańczy na start X edycji Biegu Rzeźnika, po czym – niejako na deser – pokonali bieg w wersji hardcore, czyli blisko 100 kilometrów do Wołosatego. Również z ich ust padły później słowa, że ze wszystkich fragmentów wyprawy najprzyjemniej biegło im się właśnie przez Beskid Niski – czyli, nic dodać nic ująć, trasą Ultrałemkowyny!

Ja sam nie znałem do tej pory czerwonego szlaku zbyt dobrze. Dopiero ten rok odrobinę to zmienił – najpierw dzięki Biegowi Rzeźnika zaznajomiłem się z jego bieszczadzkim rozdziałem, a w miniony weekend – w ramach początku przygotowań do październikowego debiutu na dystansie 100+ km – przemierzyłem jego beskidzką część. Tym samym zaserwowałem sobie taką moją prywatną Mini Ultrałemkowynę!

Dobieg

Jednak żeby móc cieszyć się kroczeniem po czerwonym szlaku najpierw musiałem do niego dotrzeć. Spod domu miał mnie do niego doprowadzić jego zielony brat wiodący z Nowicy przez Smerekowiec, wzgórze Banne, Skwirtne aż do Koziego Żebra, o którym – tak na marginesie – Maciek Więcek wyrażał się podczas swojej ubiegłorocznej przeprawy w iście żołnierskich słowach. A to dlatego, że podejście pod Kozie Żebro od wschodniej strony to naprawdę kawał stromizny! Na moje szczęście ja wchodziłem na nie akurat od drugiej strony, z której podejście jest zdecydowanie łatwiejsze. No może poza dziesiątkami połamanych i, jak na złość, rzuconych prosto na szlak drzew!



Kozie Żebro – Zdynia

Kozie Żebro - spotkanie na szlaku
  
Cóż to był za piękny odcinek! Najpierw szaleńczy zbieg ku bazie harcerskiej w Regetowie, później przyjemna wspinaczka pod Rotundę, kolejny leśny zbieg ku Zdyni i te pola na końcu, ach te pola… Łemkowszczyzna jest najpiękniejsza właśnie z tej perspektywy – wyjścia z lasu i postawienia stóp na polach. I nieważne, czy są już skoszone, czy jeszcze na swoją turę sianokosów czekają. Pola Beskidu są piękne zawsze i wszędzie! Kiedy wybiegłem z leśnego cienia i oślepiło mnie światło południowego, letniego słońca, na początku trudno było mi patrzeć przed siebie. Leciałem więc na ślepo i dopiero po dłuższej chwili ustąpiło łzawienie, a przede mną ukazała się piękna dolina rozciągająca się od Gładyszowa aż po Konieczną. To królestwo krów, owiec, pstrągów i…psylocybów zawsze mnie ujmowało, jednak tej niedzieli, gdy wkroczyłem w nie już lekko zmęczony, ale naładowany dobrą energią i endorfinami, wszystko we mnie chciało krzyczeć ze szczęścia. Jeśli istnieje jakiś biegowy absolut, to śmiem przypuszczać, że ma on coś wspólnego z tym co przeżyłem na zbiegu z Rotundy do Zdyni.

Beskid Niski - baza harcerska w Regetowie
Beskid Niski - Zdynia
 
Zdynia – Jasionka

Jeśli poprzedni odcinek był moim absolutem, to kolejny spokojnie mogę nazwać…absolutną porażką. Pasmo niepowodzeń zaczęło się już pod jedynym w okolicy sklepem, gdzie zapragnąłem poprosić o zimną puszkę coli, a jedyne co dostałem to zimny pocałunek od zatrzaśniętej klamki. Za to potem było już tylko gorzej: zgubiony szlak na podejściu, kilkukilometrowy, nieszczególnie ciekawy odcinek po Popowych Wierchach, szlak zgubiony po raz drugi – tym razem już na dobre – i w konsekwencji beznadziejna tułaczka po chaszczach, bagnach, jarach i ostrężynowych polach nieprzyjaznego w tamtej chwili lasu. 

Beskid Niski - pod sklepem w Zdyni

Dobrą godzinę zajęło mi przedzieranie się na azymut w kierunku doliny, przy czym ani przez chwilę nie miałem całkowitej pewności, że idę (bo tam już nie biegłem) w dobrą stronę. Na szczęście burza, która nie przestawała straszyć przez cały czas mojej leśnej tułaczki, w pewnym momencie dała sobie spokój i odleciała na zachód. Kiedy w końcu wygramoliłem się z gęstwiny beskidzkiego lasu, piszczele miałem tak rozorane, jakbym przez ostatnie pół godziny tarł je nieustająco cienkim papierem ściernym – a to tylko pamiątka po spotkaniu z jeżynami, na Łemkowszczyźnie zwanymi czernicami.

nogi przed spotkaniem z jeżynami-czernicami

Za lasem – jak to zwykle w Beskidzie bywa – nastąpiło pole i ciągnęło się aż do – jak to również w Beskidzie bywa – drogi. Za to na polu z ciekawostek mieliśmy świeżo skoszone siano i małe żmijki-miedzianki. Niewiele jest rzeczy na świecie, których się bezwzględnie boję – jedną z nich są właśnie żmije. Możecie więc sobie wyobrazić, co poczułem, kiedy gdzieś w połowie świeżo skoszonej łąki, mój rozradowany uwolnieniem się z leśnej pułapki wzrok przypadkiem powędrował w dół i zobaczył czmychającą między nogami młodą, ale już średnich rozmiarów, beskidzką gadzinkę. Na szczęście tym razem to ona była bardziej struchlała niż ja, ale i tak cały pozostały odcinek aż do drogi przebyłem ze ślepiami wlepionymi w podłoże. Ale to nie koniec przygód - na odchodne nastraszyła mnie jeszcze stara, zniszczona, żółta rękawica robocza zwinięta w kłębek, na którą prawie nadepnąłem, doznając przy tym niemalże zawału serca myśląc, że to kolejna gadzia zasadzka!

Jasionka – Wołowiec

Ostatni etap wycieczki pokonałem już nie biegiem a spacerem w wyborowym towarzystwie trzech sympatycznych włóczykijek i dwóch równie sympatycznych kudłatych psów. Po drodze natknęliśmy się na niebezpieczne urwisko z kilumetrowym lądowaniem dla nieuważnych i ślad kolejnego kudłacza – ale akurat jego to wolałbym na Ultrałemkowynie nie spotkać!


"tu biegłem" - MIŚ

Podsumowanie

Kilkunastokilometrowy odcinek czerwonego szlaku, który pokonałem w niedzielę nie należał do najtrudniejszych, jednak pod koniec października może być zupełnie inaczej – szczególnie jeśli popada. A w październiku w Beskidzie przecież lubi popadać! Wtedy przydadzą się buty z ciężkim bieżnikiem, dużo motywacji i jeszcze więcej cierpliwości...

Niewątpliwym wyzwaniem dla organizatorów jest dobre oznakowanie trasy, bo w wielu miejscach trzeba naprawdę wytężać wzrok, żeby odnaleźć na drzewach i kamieniach czerwone znaczniki. Inną sprawą jest, że na jesieni, po sezonie turystycznym, leśne ścieżki będą znacznie lepiej udeptane i bardziej widoczne niż dziś. Jednak na chwilę obecną zgubić się jest stosunkowo łatwo,  a szczególnie źle oznakowany jest skręt ze Zdyni ku Popowym Wierchom i sam odcinek prowadzący wierzchem "Popowych", gdzie na długości kilometra ukazały mi się tylko dwa znaczniki. Drugą istotną sprawą jest wspomniane urwisko kilkaset metrów za szosą Jasionka-Krzywa, które już teraz jest niebezpieczne, i nawet nie chcę myśleć, jak będzie wyglądało, gdy przebiegnie po nim sto czy sto kilkadziesiąt osób...



Jednak ogólnie trasa jest przepiękna, klimatyczna i wyjątkowa. Jeśli dodamy do tego jedyną w swoim rodzaju, tajemniczą, jesienną aurę Beskidu Niskiego, Ultrałemkowyna może być naprawdę ultra przeżyciem. Tego życzę organizatorom, sobie i Wam, dzielni biegacze!