sobota, 15 marca 2014

Falenica 2013/2014 - podsumowanie

No i się skończyło rumakowanie po wydmie. To była moja pierwsza Falenica, ale na pewno nie ostatnia. Już teraz nie mogę się doczekać, aż w grudniu znów stanę na starcie i wraz z całą ferajną ponownie ruszymy po kolejne zdobyte metry, urwane sekundy i upragnione chwile nieopisanej satysfakcji.

© Nola Szule
 
Sześć falenickich startów było dla mnie jak "szóstka" niechcący trafiona w biegowym totolotku. W każdym z nich rytm moich kroków wyznaczała intuicja, a cyfry, które pojawiały się na świetlnej tablicy, za każdym razem gdy wbiegałem na linię mety, to była istna gra na "chybił-trafił". Nigdy nie mogłem być pewny, czy pobiegłem lepiej czy gorzej niż poprzednim razem. Tylko radość była łatwa do przewidzenia - za każdym razem równie duża, szczera i nieokiełznana...

© Nola Szule
 
Dzisiejsze zawody były dla mnie najtrudniejsze ze wszystkich - a to dlatego, że miałem wobec siebie i swojej formy duże oczekiwania, za to warunki i trasa do najłatwiejszych nie należały. Od początku chciałem się bić o życiówkę, w związku z czym ruszyłem zdecydowanie żwawiej niż zwykle i pod pierwsze wzniesienie gnałem nawet przez chwilę z najlepszymi jak z równymi. Pierwsze okrążenie zrobiłem więc naprawdę szybko, ale jeszcze szybciej przekonałem się, że to nie był ani mój dzień ani moje wymarzone okoliczności do walki o indywidualne rekordy.

© Nola Szule
 
Myślę, że w osiągnięciu zamierzonego rezultatu, czyli zejściu poniżej 42 minut przeszkodziły mi dwa elementy: jednego z nich dziś mi zabrakło, drugiego z kolei było w Falenicy aż nadto. Zacznę od tego, czego nie miałem, a mianowicie mocy - pomimo, że czułem się silny i podbiegi pokonywałem w tempie dotychczas nieosiągalnym, brakowało mi "nośności" na zbiegach i na płaskim. Byłem lekko ociężały i kompletnie utraciłem swoje największe argumenty z poprzednich edycji, kiedy to lecąc w dół mijałem dosłownie wszystkich, a po równym, w najgorszym wypadku, nie odstawałem od pozostałych uczestników. Za to dziś to inni mijali mnie.

© Nola Szule
 
Drugi element, który nie pozwolił mi rozwinąć skrzydeł to piach. Było go dziś na wydmie jakby więcej, a na dodatek wydawał się bardziej kopny i grząski niż zazwyczaj. Chyba tylko podczas pierwszej edycji warunki były porównywalne z dzisiejszymi. Mnie w każdym razie piaszczyste łachy dzisiaj zatrzymały i nie pozwoliły biec tak szybko, jak wymyśliłem to sobie przed startem.

© Nola Szule
 
Rezultat 43:03 sprawia, że szósty bieg w Falenicy był zarazem pierwszym, na którym nie poprawiłem swojego najlepszego czasu, ale nie mam o to do siebie pretensji - dałem bowiem dzisiaj z siebie sto procent i absolutnie nie było mnie stać na pobiegnięcie ani o jedną setną sekundy szybciej. Swoją drogą ciekaw jestem, jak wielu uczestników poprawiło swoje życiówki, ale stawiam, że jednak nie ja jeden musiałem dzisiaj przełknąć gorycz zawiedzionych oczekiwań. Na szczęście, przynajmniej w moim przypadku, gorycz ta szybko została osłodzona przez magiczne eliksiry Sport Guru - w tym miejscu musi się pojawić tradycyjne DZIĘKI za to, że chciało się Wam stać w deszczu, w śniegu i na mrozie i grzać biegaczom swoją najsmaczniejszą na świecie herbatę i niewiele jej ustępujący izotonik!

© Nola Szule
 
A zatem to już koniec. Aż do grudnia nie będzie ani napojów od Guru, ani gromkiego odliczania sekund do startu ani serdecznych uścisków ze współzawodnikami na mecie. Ale żeby jeszcze przez chwilę popławić się w cudownej atmosferze falenickiej wydmy, postanowiłem zrobić subiektywne podsumowanie mojego udziału w Zimowych Biegach Górskich 2013/2014  i związanych z nim wrażeń:
 
Trasa
 
Z uwagi na to, że podczas każdego startu na 10 kilometrów tradycyjną pętlę po wydmie pokonuje się trzykrotnie, łatwo policzyć, że w czasie trwania całego cyklu trzeba ją przebiec osiemnaście razy. Niby dużo, ale nie na tyle, żeby mogła się znudzić. Jest bowiem na tyle różnorodna i męcząca, że przy każdym kolejnym okrążeniu ma się wrażenie, jakby pokonywało się ją po raz pierwszy. Na jedną pętlę składa się 7 podbiegów i 7 zbiegów, czyli po 21 na edycję. A zatem w przekroju całego cyklu zalicza się 126 podbiegów i 126 zbiegów, dacie wiarę?
 
Atmosfera
 
Pomimo że na kilku biegach frekwencja zdecydowanie przekroczyła zdolności absorpcyjne ścieżki, na szczęście na wydmie obyło się bez ekscesów. A to dlatego, że Falenica wciąż jest kameralnym biegiem, który może i nie oferuje technologicznych fajerwerków, ale za to daje uczestnikom wyjątkowe poczucie wspólnoty i rodzinnego podejścia do biegania. Ja sam, gdybym miał wybierać pomiędzy wprowadzeniem elektronicznego pomiaru czasu i innych udogodnień, a zachowaniem niezwykłego charakteru Falenicy w obecnej formie, zdecydowanie postawiłbym na to drugie. No chyba, że udałoby się obie te rzeczy pogodzić...
 
Postęp
 
Co prawda ostatni bieg okazał się końcem mojej passy wciąż poprawianych rezultatów, ale w niczym nie zmienia to faktu, że bieganie w Falenicy, oprócz tego, że przyjemnością, było dla mnie doskonałym treningiem i przygotowaniem do sezonu w górach. Po zaliczeniu całego cyklu czuję się silniejszy, mocniejszy i bardziej świadomy swoich ograniczeń. Dlatego uważam, że sześć falenickich rund zdecydowanie wprowadziło moje bieganie na wyższy poziom, za co jestem szczególnie wdzięczy organizatorom. Bo gdyby nie oni, pewnie nigdy nie dowiedziałbym się, że taki kawał pięknych gór mamy tuż pod Warszawą!   
 
Znajome twarze
 
W Falenicy w zdecydowanej większości przewijają się wciąż te same twarze. Wiele z nich widziałem wielokrotnie i gdybym teraz spotkał je na ulicy, mógłbym mieć problem z powstrzymaniem się przed rzuceniem się ich posiadaczom na szyję i przywitaniem jak najlepszych przyjaciół. Mogłoby to być zabawne, bo przecież wciąż znamy się tylko z widzenia...
Natomiast dwie z nich stały mi się dzięki Falenicy szczególnie bliskie. Z Tomkiem vel Gibonem w większości przypadków startowaliśmy ramię w ramię i tylko traf decydował, kto danego dnia był szybszy. W efekcie raz pierwszy przybiegał on, a raz ja. To zdecydowanie najbardziej pozytywna biegowa rywalizacja, jakiej doświadczyłem w życiu. Dzięki Gibon!

© Nola Szule
 
Z Nolą natomiast nie rywalizowałem bezpośrednio, ale nieustająco patrzyłem na nią z podziwem i stale dopingowałem obserwując, jak dzielnie zmaga się z falenickimi pagórkami. Nola, szczery szacunek! No i dzięki za piękne zdjęcia!
 
Twarze z Internetu
 
Dzięki Falenicy bliższe stały mi się również cztery twarze, które - jak się okazało - mają swoje "przedłużenie" w Internecie. Oprócz tego, że biegają, to o bieganiu piszą i bieganiem zarażają. Za ich sprawą odkryłem, że bieganie w Internecie ma swoje drugie, nie mniej ciekawe oblicze:
Biegacz Krasus: http://www.biecdalej.pl/  
Biegacz Mikołaj: http://mikolajbiega.blogspot.com/ (powodzenia w Lizbonie!)
i, na koniec, mój absolutny faworyt:
Biegacz Norbullo: https://www.facebook.com/biegowo (powodzenia w walce z kontuzją!)
 
Soundtrack na trasę do Falenicy
 
Ten utwór za każdym razem na trasie do Falenicy leciał jako pierwszy, często z włączoną funkcją "repeat", jeszcze częściej niemalże rozsadzając wysłużone głośniki w mojej poczciwej hondzie. "Getaway" napędzał mnie tak, że mając go w pamięci, pierwsze okrążenie robiłem jak na dopingu!
 
 
 
Soundtrack na trasie z Falenicy
 
Gdy wracając z biegu puszczałem z kolei ten kawałek, wyobrażałem sobie, że nagle przenoszę się z Falenicy w rozgwieżdżoną beskidzką noc i gnam przed siebie po odkrytych połoninach nie zważając na to, że na niebie już dawno zagościł księżyc. A od 2 minuty odpływałem już totalnie...

 

Buty

Nie byłoby takiej frajdy i takich wyników w Falenicy, gdyby nie nieocenione wsparcie moich butów. Cały cykl przebiegałem w ukochanych - czy to aby nie wariactwo pisać tak o butach? - minimusach. Podczas sześciu edycji dzielnie prowadziły one moje stopy po piachu, błocie, korzeniach, śniegu i lodzie, i muszę powiedzieć, że spisały się fantastycznie. Czy to na podbiegach czy na zbiegach zawsze trzymały poziom, dzięki czemu ja mogłem trzymać pion.
 
Minimusy to obuwie całkowicie pozbawione amortyzacji, tak więc dystans 10 kilometrów teoretycznie mógłby spowodować jakieś kłopoty. Jednak w moim przypadku ani razu nie pojawił się ani ból w stawach, ani żaden inny rodzaj dyskomfortu. To pewnie w równej mierze zasługa butów, co tego, że falenicka trasa jest bardzo miękka, ale fakt jest faktem i żadnej kontuzji się w minimusach nie nabawiłem.
 
Każdemu, kto chciałby spróbować minimalistycznego doświadczenia, szczerze polecam ten model ponieważ jest on niezwykle przyjazny biegaczowi a zarazem bardzo wytrzymały. Ja biegam w moich już półtora roku (z półroczną przerwą na kontuzję), a buty po umyciu (co za często im się nie zdarza) wyglądają jak nowe.
 
Na jedno tylko trzeba przed okutaniem minimusów uważać, a mianowicie na wagę. Zdecydowanie odradzam je cięższym biegaczom - pomimo całego mojego uwielbienia dla tego modelu, mam świadomość, że przeciążenia jakich doświadczają w nich stopy i nogi są znacznie większe niż w bardziej obudowanych butach. Dlatego przed ich przywdzianiem warto się upewnić, że jest się bliżej dolnej granicy swojej optymalnej wagi niż górnej!
 
                  

Falenico, będę tęsknił i już teraz obiecuję, że nie raz odwiedzę Cię incognito. Do zobaczenia!

© Nola Szule

8 komentarzy:

  1. Hej Miki! Koniecznie musisz wrócić do Falenicy w następnym roku bo tegoroczna edycja była wyjątkowo łaskawa biorąc pod uwagę warunki atmosferyczne. 3 pętle na wydmie na tętnie powyżej 190 w kopnym śniegu po kolana - to jest dopiero moc! A jak to póżniej ładnie nogę podaje na maratonie! Mistrz!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "nogę podaje na maratonie" - pięknie napisane :-) No to widzimy się za rok. Ze śniegiem w pakiecie startowym, obiecujesz?!

      Usuń
  2. Brawo Majki! Klawa relacja. A Ty Gibon korzystaj z pięknej aury, a nie marzysz o śniegu po kolana, bo "dwójka" czeka na Ciebie:) Rosół z Dyni

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, cześć Kasiu, miło że zajrzałaś! ;-)

      Usuń
  3. No i nie udało się spotkać, szkoda! Pewnie zanim ja ukończyłem (biegłem towarzysko z koleżanką chcąc oszczędzać kostkę) to już dawno się zmyłeś.. ;) Nie zawsze bije się życiówki (ja w tym roku Falenicę na poważnie robiłem trzy razy i za każdym razem czas był słabszy od poprzedniego:/.), najważniejsza jest przyjemność:) A z tego co Cię czytam, to jej nie brakowało i to jest najważniejsze!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj nie nie, z herbatką w dłoni czekałem dobry kwadrans i nawet pozwoliłem sobie w pewnym momencie huknąć w falenicką przestrzeń: "Krasuuuus!". Bez efektu... Za to satysfakcji faktycznie było sporo! No to co, do zobaczenia przy innej okazji i gratuluję życiówki na "5"!

      Usuń
  4. Dałeś zdjęciom drugie życie dzięki opowiedzeniu tej historii. Super relacja z Falenicy. Brawo! N.

    OdpowiedzUsuń